comment 0

#582; Nareszcie

Bibliotekę dopiero co otworzyli. Jak tu przyszłam to była puściutka. Miałam wszystkie stoły i wszystkie miejsca do wyboru. Na początek tego produktywnego dnia, który już za chwilę stanie się moim udziałem, krótkie uporządkowanie myśli z okazji kończącego się tygodnia.

Zajęło mi pół roku, jeden semestr, na odnalezienie się w nowej sytuacji. Może trochę lekceważyłam, może sama się troszkę oszukiwałam, ale przeprowadzka tutaj na te dwa lata, które tutaj spędzę i podjęcie nowych studiów na nowym uniwersytecie było większym halo w moim życiu niż mi się wydawało. Dopiero teraz, z dzisiejszej perspektywy widzę, jak trudny był początek. Miałam nieumeblowany pokój, dużo wydatków, mało hajsu, byłam sama, na zajęcia chodziłam półprzytomna, jako jedna z nielicznych nie studiowałam tego na licencjacie, więc tym mniej miałam pojęcia, co się dzieje i żyłam w dość dużym stresie. Zauważyłam też, że im bardziej jestem zestresowana tym bardziej cierpię na syndrom Zosi-samosi i dosyć dużo czasu musi upłynąć, zanim dopuszczę do siebie kogoś. Zanim się otworzę i przyznam, że nie daję sobie z czymś rady. Zanim poproszę kogoś o pomoc lub chociażby powiem komuś o mojej trudnej sytuacji przy herbacie w kuchni. Nakładam maskę, że wszystko w porządku, nic się nie dzieje, moje poliki są jak zawsze różowe, a tak naprawdę dzień jest o wiele za krótki i stresem skracam sobie życie. Teraz jest dobrze. Teraz moje życie nabrało kolorów i toczy się w przyjemnym tempie. Jestem główną scenarzystką i charakteryzatorką mojego życia.

Mam też inny stosunek do moich współlokatorów. W sumie pięć lat studiów i dopiero nauczyłam się z kimś mieszkać, można powiedzieć, choć w tej formie mieszkałam od pierwszego roku. Współlokatorzy to już nie osoby, które są mi obojętne, istnieją tylko w kontekście zajmowania łazienki lub nieznośnego przebywania w kuchni w momencie, kiedy ja chcę sobie zrobić kawę i z którymi uskuteczniam comiesięczną zrzutkę na czynsz. Teraz naprawdę mieszkam z tymi ludźmi. Nie unikam ich. Nie omijam. Mówię, dokąd wychodzę, wiem, co u nich słychać, pytam się, jak poszedł egzamin, gotujemy razem, czasami jemy śniadanie, zastanawiamy się, czy zrobić przemeblowanie w kuchni i snujemy luźne plany na kilka następnych miesięcy. Mieszkamy sobie i jest miło. To cały powolny proces zdejmowania maski. Lekkiego odchylania jej od twarzy. Wpuszczania kilku promieni słońca.

Podobnie ludzie ze studiów. Dużo nas różni: większość studiowała to samo na licencjacie, więc powtarza tylko te same treści zwieńczając je nieco innym tytułem naukowym. Wszyscy pobierali całą dotychczasową edukację w innym systemie szkolnictwa niż ja, a ma to znaczenie większe niż by się mogło wydawać, bo jeśli od 14 roku życia regularnie i na wszystkich przedmiotach ćwiczysz referaty wygłaszane z pamięci to nie dziwujesz się na pierwszym roku magisterki, że trzeba przez 45 minut o czymś opowiadać, nie mając żadnych notatek lub tylko pojedyncze słowa na małych karteczkach. Większość z nich mieszka w Lipsku i dojeżdża do Halle na zajęcia, co oczywiście jest możliwe, biorąc pod uwagę te 30 minut S-Bahnem odległości, aczkolwiek wszelkie “pozazajęciowe” rozrywki są tym bardziej utrudnione. Większość ma dość sprecyzowane plany zawodowe – dobrze wiedzą, co będą robili, a przynajmniej gdzie. Integrationskurse in Jena. Szkoła językowa w Halle. Bla, bla bla, Erfurt, bla, bla, bla, Leipzig. Przysłuchuję się lekko zdziwiona wszelkim takim zdecydowanym konstatacjom, bo nie wiem jak można być tak pewnym. Oczywiście, są to wizje na dzień dzisiejszy i każdy z nich wie, że wszystko może się wydarzyć, ale ja ostrożnie podchodzę do wszelkiego rodzaju obiecanek. Ja nie wiem, ja wzruszam ramionami. Może jestem przesądna albo wierzę w samospełniające się obietnice. Nie wiem, co będę robiła po studiach, dowiem się, jak przyjdzie czas. Zmiana w moim stosunku do moich koleżanek i kolegów ze studiów polega na tym, że więcej z nimi rozmawiam. Hej, to wszystko ludzie! Niektórzy też mają pracę i natłok pracy skumulowany w raptem dwóch zajęciach jest dla nich tak samo przytłaczający jak dla mnie. Nie do pomyślenia… Cuda, niewidy…

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s