comment 0

#587; Zagranica

kamienica

Znaliśmy się od gówniarza. Chodziliśmy razem do szkoły. Z czasem, wraz z następowaniem kolejnych szkół i etapów edukacji, nasze drogi się rozeszły. Odtąd tylko Święta Bożego Narodzenia były pretekstem do spotkania. Wszyscy mieli już 18 lat, obowiązkowym punktem programu było rozbijanie się autem rodziców po mieście – rundki. Było zimno. Zaparkowaliśmy koło promki i zastanawialiśmy się, czy odważyć się pójść na plażę czy lepiej zostać w ogrzewanym aucie. On opowiadał wrażenia z Londynu. Że regularnie chodzi do takiego klubu, gdzie ludzie sobie śpiewają i raz akurat nie poszedł, a następnego dnia dowiedział się od znajomych, że wpadła tam akurat Adele i sobie z ludźmi śpiewała, tak ot. Że pracował jako kelner w kawiarni, gdzie kierowniczka (Polka) kradła pieniądze i próbowała zwalić winę na niego. Że jak mu zabrakło hajsu na bilet to stanął w metrze i zaczął śpiewać, a po 5 minutach miał więcej hajsu niż po kilku godzinach pracy. Szalone miejsce nie z tej ziemi. Gdzie wszystko jest możliwe i wszystko można – nosić, osiągnąć, kupić, robić.


Byliśmy wtedy w gimnazjum. I w Unii Europejskiej. Był rok ok. 2005, jeżeli dobrze pamiętam. Zdawałam sobie sprawę, że Europa i że to wielkie wydarzenie, bo w mediach panowało wielkie podniecenie. No i jako dzieciarnia ze świnoujskiej szkoły musieliśmy się publicznie cieszyć na plaży ze sztandarami i z całym tym cyrkiem. Wejście Polski do Unii Europejskiej. Poza robieniem z siebie pajaca na plaży w chłodny, majowy dzień wraz z młodzieżą niemiecką po przeciwnej stronie już nieistniejącej barykady, nie miało to dla mnie większego znaczenia. Pewnego razu ona zaczęła opowiadać, że siostra wyjeżdża do Londynu. Tam jeżdżąc na śmieciarce zarabiasz więcej niż tutaj pracując w niewiadomojakiej firmie. Pojechali. On pracował na rzeczonej śmieciarce, ona nie. Ściągnęli rodzinę. Były odwiedziny w wakacje i niesamowite zakupy w Primarku. Wyprzedaże w Aldi, wszystko po 1 funta. Zachwyt tamtejszymi realiami, tamtejszą beztroską wyrażaną w ilością niesamowicie stylowych rzeczy z Primarka za 1 funta. Też chciałam mieć te piękne podróbki emu we wszystkich kolorach tęczy za te śmieszne pieniądze. Londyn zachwycał. Jego zabytki, królowa, London Eye i ciapaki. Dla niewtajemniczonych, “ciapaki” to ludzie pochodzenia hinduskiego tudzież wszyscy o innym kolorze skóry niż biało-różowo-świnkowo-europejski.


Moje życie jest dziełem przypadku.

Miałam to szczęście, że wychowywałam się w małej, nadmorskiej miejscowości, jednak nie powiedziałabym, że odcięta od świata. Prawdopodobnie byłam zajęta innymi rzeczami – czytaniem, pisaniem, budowaniem z klocków lub chodzeniem na zajęcia pozalekcyjne. Być może liczba mieszkańców Dziwnowa nie przekraczała ilości wolnych wakatów, być może bezrobocie w ogóle nie istniało? Zagranica jako magiczny wytwór niespełnionych marzeń i bezkresnych możliwości dla mnie nie istniał. Może byłam mała i naiwna. Może z 10-letnimi dziećmi się na ten temat nie rozmawia? Za granicą byłam jedynie w Czechach. Babcia Franciszka mieszkała w Kłodzku, bardzo blisko czeskiej granicy i jeździliśmy tam za każdym razem, jak ją odwiedzaliśmy, czyli w niemal każde lato. Czekaliśmy w naszym małym tico w kolejce na przejściu granicznym oczekując na kontrolę. Zawsze bardzo chciałam dostać pieczątkę w paszporcie. Pan celnik rzadko był tak łaskawy. Zawsze tylko patrzał i kazał szybko przechodzić dalej. Po czeskiej stronie kupowaliśmy słodycze, głównie lentilki. Prawie wszystko było tak jak u nas. Podobne budynki, podobny język, ludzie się niczym nie wyróżniali. W innych krajach nie byłam.

Jak byłam trochę starsza to jeździliśmy czasami do Świnoujścia, jako do wielkiego miasta. Czasami mama pozwalała nam nie iść na ostatnią lekcję w piątek. Ja i moja siostra musiałyśmy się szybko przebrać, mama nas czesała i szliśmy na autobus do Świnoujścia. Najczęściej wymiotowałam, bo jako dziecko cierpiałam na chorobę lokomocyjną. Pewnie moje przyzwyczajone do świeżego, morskiego powietrza płuca nie mogły znieść tego smrodu w PKS Kamień Pomorski. Jeździliśmy pozałatwiać różne sprawy – raz lekarz, raz urząd. Największą atrakcją, na co najbardziej się cieszyłam, był Adler. Adler to statek z możliwością zakupów wolnocłowych. Pływają w Świnoujściu do dzisiaj, nie wiem tylko, czy jest jeszcze ten sklep. Widziałam na własne oczy przemyt. Nie byłam tylko w stanie pojąć po co. Kobiety ubierały sukienki i obklejały sobie nogi i podbrzusze sztangami papierosów i butelkami z alkoholem. Proszki do prania w nieziemskich ilościach, słodycze i inne produkty spożywcze. Do dzisiaj jest to dla mnie zagadką. Był z tego jakiś zysk, jeśli następnego dnia sprzedało się te wszystkie papierosy na targowisku miejskim? Adler pływał do Niemiec pod niemiecką banderą, a więc frajda była podwójna – nie tylko płynęło się statkiem, gdzie mama pozwalała iść na górę, tylko po to, żebym na własnej skórze się przekonała jak kurewsko jest zimno i wieje, ale widziało się też Niemców. No i było się, jak by nie patrzał, za granicą. Taka krótka i bezbolesna wycieczka w nieznane. Statkiem kawałek do Niemiec. Podejrzeć, popatrzeć, zmarszczyć nos, zmarznąć i wracać.


Były takie decyzje w moim życiu, które poniekąd narzucili mi moi rodzice, ale nie ta, gdzie będę studiować. Był to też w gruncie rzeczy bardzo poważny moment, gdzie potrzebowałam porad i wskazówek, a wręcz chciałam jakiegoś rozkazu. Niech ktoś mi powie, niech ktoś za mnie określi, niech ktoś mi podsunie odpowiedź na pytanie “i co?”. Pani od niemieckiego w liceum napomknęła, że jest taki kierunek, na którym jednocześnie można się uczyć kilku języków. Spodobał mi się ten pomysł i od razu przyjęłam go za swój. Od zaraz chciałam studiować lingwistykę stosowaną, bo uznałam, że nawet jeżeli nie wiesz, co chcesz robić w życiu, znajomość języka obcego na pewno nie zaszkodzi, a gdyby naszła mnie wspaniała idea za parę miesięcy to zawsze mogę podjąć się czegoś innego, a jednocześnie nie zmarnowałam czasu. Padło na Poznań. Wtedy wszyscy szli na studia do Szczecina, teraz wydaje mi się, że wszyscy są w Poznaniu. Na Uniwersytecie Adama Mickiewicza okazało się, że języki obce są, owszem, nauczane, ale najbardziej niemiecki. Eee, yyy, no okej, no dobra, miałam przecież niemiecki w szkole, ale nie taka była umowa. Przecież lepiej znam angielski, bardziej lubię angielski i łatwiej mi on przychodzi. Niemiecki??? Serio??? Okazało się, że te studia to generalnie germanistyka z kursem angielskiego i lektoratem trzeciego języka po pierwszym roku. Wszystkie zajęcia z językoznawstwa itd. były po niemiecku. Ach, tego też nie wiedziałam – naiwnie myślałam, że to stricte kursy językowe, nie wiedziałam, że będę musiała się uczyć historii językoznawstwa i wszystkich tych praktycznych rzeczy. Uczyłam się ciężkimi nocami i to wszystko po niemiecku. Wtedy byłam na etapie, że ledwo byłam w stanie zrozumieć język niemiecki w najczystszym jego wydaniu, czyli w mowie, co dopiero teorię objaśnioną w tym języku. Musiałam wszystko sobie dwa razy tłumaczyć w głowie, najpierw zrozumieć tą warstwę po niemiecku, a potem wyłapać jeszcze z tego teorię. I to też zrozumieć. Było to dosyć trudne. Myślę, że na tym polega główna trudność studiów, gdzie językiem wykładowym jest język inny niż ojczysty tudzież studiów za granicą w ogóle. To tłumaczenie sobie lub ta, nabyta z czasem, umiejętność nietłumaczenia sobie i rozumienia mimo to.

Być może zawodzi mnie pamięć, ale nie przypominam sobie, żebyśmy jeździli do Niemiec lub mieli jakikolwiek kontakt z tym krajem, poza tym, że niemalże na pamięć wkuwaliśmy dziwny i sztywny podręcznik na dumnym poziomie C1. Przypominam sobie, że raz byliśmy na wymianie w Marburgu. Było zimno i z dupy. Najbardziej w pamięci zapadł mi Weihnachtsmarkt i fakt, że nie pojęłam, że do każdego kubeczka wina za 2,50€ doliczana jest kaucja również 2,50€ za kubeczek i myślałam, że mnie oszukali, ale bałam się odezwać. I nie powiedziałam nic. W duchu i w ułamku sekundy pogodziłam się z myślą, że właśnie piję 200ml ciepłego wina z kartonu za 5€. Za dwadzieścia złotych polskich, innymi słowy.

Bardzo sensowny wydał mi się wyjazd na Erasmusa. Jak gdyby naturalna kolejność rzeczy. Miła odmiana dla wkuwania podręcznika. Przekonanie się na własne oczy (i uszy), co ludzie mówią i czy mówią tak, jak się uczyliśmy w tym głupim podręczniku. Milion synonimów na wszystko. Głupie pytania na egzaminie, na które odpowiedź była zawarta w tytule pewnego rozdziału lub w poleceniu do jednego z ćwiczeń.

Moje życie jest dziełem przypadku.

Rzuciłam rozpoczęte dla pozoru studia magisterskie w Polsce i podjęłam je jeszcze raz w Halle. Od początku. Niektórzy pytali, czy nie szkoda mi tego roku, ale w ogóle nie mam świadomości, żebym cokolwiek straciła. Zyskałam i to bardzo wiele. Więcej niż byłam sobie w stanie zażyczyć. O tyle więcej, że ta śmieszna książka nie zna nawet tylu synonimów.

Od 10 miesięcy żyję w innym kraju. Normalnie. Nie jestem na wymianie, w pracy tymczasowej, na wakacjach w odwiedziny. Mieszkam, żyję, pracuję, studiuję, kocham, spełniam się. Wiodę życie, którego nie znałam nawet z opowieści. Mam satysfakcjonujące poczucie, że żyję zupełnie normalnie. Poznaję ten kraj każdego dnia od coraz to innej strony. Każdego dnia nowi ludzie, którzy mnie zadziwiają, nudzą, bawią i wkurwiają na przeróżne sposoby. Zdaję sobie sprawę, że 10 miesięcy to nie dużo i że zwiedziłam do tej pory stosunkowo niewiele miast, dlatego na tym etapie trudno postrzegać ten kraj w całości i wygłaszać złożone opinie, ale z mojej perspektywy mogę stwierdzić, że wiodę zupełnie normalne życie. Nie doświadczam dyskryminacji. Robię rzeczy, które robiłabym też gdziekolwiek indziej. Chodzę do muzeum i teatru, rzadziej do kina. Na kawę lub coś zjeść. Spotykam co rusz ciekawych ludzi i uczę się nowych rzeczy. Funkcjonuję tak samo, jak funkcjonowałam w takim Poznaniu, z tym że tutaj mam dziwne imię. I jeszcze dziwniejsze nazwisko. No i jestem z Polski. A wszyscy (naprawdę 90%) ludzi, których tutaj spotykam pochodzą w pewien sposób ze Schlesien. Dziadek, pradziadek, dalsza rodzina. Ludzie mają polsko-brzmiące nazwiska lub imiona. W każdej, nawet tej niezobowiązującej rozmowie ze mną, dowiaduję się o śląskich korzeniach mojego rozmówcy oraz że Das war ja alles Deutschland. No tak. Racja.

Teraz poznaję legendarną zagranicę z jeszcze innej perspektywy. Pracuję w małej firmie, miłym biurze wypełnionym pomarańczowymi, połyskującymi meblami. Cały dzień wiszę na telefonie lub stukam w klawiaturę, zatrudniając moich rodaków do pracy zagranicą. Nasza cecha narodowa to mówienie trochę nie na temat i opowiadanie wszystkiego, co nie potrzebne, dlatego pośród pytań o doświadczenie i kwalifikacje zawodowe wysłuchuję opowieści rodzinnych i innych pretensji. Że ktoś ma dość Polski i chce do Niemiec zabrać rodzinę. Innym razem dzwoni ktoś zaaferowany, bo zorientował się, że z tytułu pracowania na terenie Niemiec ma prawo do pobierania zasiłku. Pani kochana! Ktoś opowiada, zupełnie od rzeczy, gdzie to on nie mieszkał, nie pracował i ile to jego rodziny i znajomych mieszka w Köln. Prośby, czy można by szybciej dostać pieniądze, bo ja przecież do Polski też muszę wysłać, wie Pani jak to jest. Niektórzy dzwonią i pytają, czy mogę im załatwić pracę, bo oni bardzo chcieliby pracować w Niemczech, bo potrzebują pieniędzy, a wie Pani, jak to w Polsce jest naszej kochanej. 

Zagranica jako idylliczna kraina mlekiem i miodem płynąca nadal istnieje. O ile istnieją wszelakie różnice między Polską a krajami zachodnimi, nazwijmy je zbiórczo gospodarcze, bardziej fascynuje mnie to głęboko zakorzenione, wyrosłe na kompleksach wyobrażenie o Zachodzie. To głęboko komunistyczne pragnienie wyrwania się. Mleko i miód. Dziwię się bardzo, kiedy słyszę, że moi rówieśnicy używają terminu Erefen, mając na myśli Zachód Niemiec. Lub w ogóle termin “Zachodnie Niemcy” określający nie tylko czysto geograficzne usytuowanie niektórych miast. Ten nieznoszący sprzeciwu głos, konstatujący – przecież zawsze można wyjechać do erefenu… – no, jak już się zaczepisz to pójdziesz jak burza… – a, to są te – dedeery?! 

Ja postrzegam się jako obywatelkę Europy. Ludzie, których spotykam tu na co dzień, są dla mnie przede wszystkim ludźmi, nie Niemcami (lub innej narodowości). Narodowość nie ma znaczenia. W każdej jednej rozmowie poruszam trzy obowiązkowe tematy – moje imię (i nazwisko) oraz pochodzenie, rodzina mojego rozmówcy ze Schlesien lub Pommern oraz dramatyczne pytanie, czy potem chcę wrócić czy zostać w Niemczech na stałe.

Najbardziej wkurwia mnie to ostatnie, do tych dwóch ostatnich już się przyzwyczaiłam. Dlaczego jest ta dychotomia? Niektórzy pytają po prostu, czy chcę zostać w Niemczech. A ja nie chcę. Oznajmiłam już, że nie będę tutaj mieszkać na stałe, dla zasady. Bo zdaję sobie sprawę, ilu jest tutaj Polaków i nie chcę być jedną z nich. Emigracja do Niemiec to niemalże stereotyp. Nie chcę podążać tą ścieżką. Ponadto, chciałabym być kimś innym niż laską z dziwnym imieniem, pochodzącą z terenów, z których przed laty wypędzono czyichś dziadków. Chcę opowiadać o innych rzeczach. Zmienić atmosferę. Coś zdziałać. Nie chcę być Ausländerin całe życie. Chcę się przemieszczać. Chcę mieszkać wszędzie po trochu. Nie mam zamiaru zapuszczać korzeni w wieku 23 lat. Nie zostanę w Niemczech na stałe. Wrócę do Polski i udowodnię sobie i innym, że można. Na chwilę obecną będę mieszkała tutaj jeszcze 1,5 roku i bardzo cieszę się na te 1,5 roku. Przygodo, trwaj.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s