comment 0

#592

Nadszedł mój ulubiony miesiąc. Mogę zacząć świętować okrągłą rocznicę mojego dorosłego życia, bowiem rok temu rzuciłam jedne studia i zaczęłam drugie, przeprowadziłam się do pustego pokoju i miałam nie za dużo € w portfelu.

Teraz spędzam spokojne, jeszcze wakacyjne dni w jeszcze dość opustoszałym mieście. Moje dni składają się ze spacerów nad rzeką, kawy, jazdy na rowerze i czytania. Bardzo dużo czytam. Nigdy wcześniej nie zdarzało mi się czytać jednej książki dziennie. Lekturę prywatną przeplatam z tekstami, które muszę przeczytać na zajęcia albo w ramach researchu do Hausarbeit. I tak płyną dni, a ja znowu złapałam się na myśli, że nic nie zrobiłam w to lato, ale przecież zrobiłam. Dużo dla siebie. Choćby to, że zdarzały się dni, kiedy to czytałam wspomnianą jedną książkę dziennie.

Najważniejsze, czego nauczyłam się przez ostatni rok to świadomość, że można przyznać się do słabości. Można jasno i klarownie stwierdzić, że jakaś decyzja nie była właściwą. Można stwierdzić, że jest trudno, ciężko, że się z czymś nie daje rady. Zaczęłam rok temu nowe studia i męczyłam się w stresie i ciężkich katorgach całe dwa semestry. Teraz jeszcze dwa semestry przede mną, z czego tylko jeden będę musiała chodzić na zajęcia, siedzieć w przyciasnym pomieszczeniu i oglądać te same twarze, gadające wciąż to samo, mające wciąż te same problemy.

Doszłam do wniosku, że nie lubię tych studiów. Nie lubię tych ludzi, tych profesorów gadających od rzeczy. Wczoraj musiałam pójść na konsultacje i tylko szybko oddać książki, które wypożyczyłam do pisania pracy, a stresowałam się cały dzień i pół nocy. Zupełnie nieświadomie, ale zdarza się przecież i tak, że głowa się nie stresuje, ale ciało tak – jeżeli nie zabrzmiało to teraz jakoś podniośle. Jeżeli stresuję się zwyczajnym, w porywach jednominutowym ujrzeniem czyjejś postaci, to wiedz, że coś się dzieje.

Ponadto jestem bardzo nieszczęśliwa z tytułu, że mój chłopak w całym swym egoizmie zabrał dupę i pojechał do Francji. Bo Erasmus, bo studia, bo trzeba. Nic nie trzeba. Nie musi mi się to podobać i nie jest to znak dzisiejszych czasów, że ludzie na całym świecie robią różne rzeczy – projekty, zlecenia, szkolenia, podróże. Artykułuję moje niezadowolenie niemalże na każdym kroku. Bo mam takie prawo i nie musi mi się wszystko podobać.

Nie wiem dokąd zmierzam z tym tekstem. Co po niektóre wprawne oko, być może rozpozna, że słowa mi się nie kleją, ale tak mniej więcej się teraz czuję. Jakby mnie ktoś obuchem w głowę trafił. Lekki spadek energii, zupełnie jak gdybym potrzebowała kawy. Piję tą kawę, ciut mocniejszą niż zazwyczaj i nic. Z cukrem, bez cukru, z ciepłym mlekiem i z zimnym. Sprzątam ubrania w szafie i układam kolorystycznie jak tylko się da, bo mam dosyć monochromatyczną paletę kolorów. Przestawiam rzeczy w pokoju w miarę możliwości, wszak to tylko 11 metrów. Segreguję ubrania i niemal raz w tygodniu wynoszę torbę ubrań, których już nie będę nosić. Segreguję foldery na komputerze. Wszystko, tylko nie to co, trzeba. Nadal potrzebuję kawy. Jak powietrza.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s