comment 0

#597; Przygnębiający weekend w Halle

Nie miałam internetu w ostatnim czasie albo przeżywałam chwile tak piękne, że choć krótka wizyta w sieci przyprawiłaby mnie o srogie wyrzuty sumienia. W ostatnich dniach byłam offline i to dosłownie, bo nie miałam nawet telefonu, tylko stacjonarny – zgubiłam kartę sim i zorientowałam się, że nie potrzebuję wcale telefonu do życia. Jedyną jego funkcją, bez której trudno się obejść to budzik, nic więcej. Przełamałam się jednak i w końcu nabyłam nowy numer. Mam też znowu internet, ale zdążyłam się lekko odzwyczaić, tak że nadal czytam mniej więcej jedną książkę tygodniowo.


Prowadzę dość rozbudowane stadium przypadku nad moją własną osobą. Bo któż jak nie ja?

Cały czas przeglądam się w różnych odbiciach i innych ludziach i zastanawiam się nad sobą. Wydaje mi się, że można byłoby nazwać to życiem tu i teraz – z jednej strony umiem celebrować chwilę i czynię to z dziką rozkoszą, z drugiej strony zastanawiam się regularnie nad moimi poczynaniami, analizuję je i wyciągam z nich to, co najlepsze na przyszłość.

Gdy nie ma się co robić, weekendy są zazwyczaj niezwykle przygnębiające. Wyobrażam sobie, że wolna sobota i niedziela to co innego, gdy pracuje się na pełen etat od poniedziałku do piątku, gdy zdarzają się nadgodziny bądź pracująca sobota czy nawet cały weekend. Albo gdy ma się dzieci. Natomiast gdy się studiuje i ten wolny weekend rozumie się sam przez się, często nie mam co robić. Cieszyłam się wbrew pozorom prowadziwszy związek na odległość pomiędzy Halle a Dreznem, bo musiałam przeżyć tylko do czwartku, a piątek już się nie liczył, bo w piątek wieczorem siedzieliśmy już w miłej knajpce u Italiener jedząc pizzę ze zdecydowanie za dużą ilością rukoli.

Teraz moje weekendy są przygnębiające. Halle zdecydowanie nie jest miastem o największym współczynniku zadowolenia z życia. Nikt pewnie nikogo w tym kierunku nie przepytywał, ale poniżej pozwolę sobie przytoczyć krótką charakterystykę tego miasta:

Co się dzieje w weekend w Halle:

  • w każdą sobotę jest Fußball, więc już popołudniu miasto wypełniają tabuny policji i stosunkowo nieliczna grupka kibiców, skinheadów, czy jak ich zwał – kobiety i mężczyźni o takich samych fryzurach, ciemnych koszulkach z mądrościami typu „skinhead is a way of life” obowiązkową skrzynką piwa w ręce i darciem mordy. Obowiązkowe darcie mordy. Jak nie drzesz mordy to nie należysz do naszego fight clubu.
  • prawie wszystko jest zamknięte, nie licząc miliona azjatyckich knajpek, kebabów i sklepów typu „Handydoctor”. Wokół wszystkich tych miejsc tłoczy się dużo młodych mężczyzn o brązowym kolorze skóry, którzy kulturalnie się z tobą witają, szturchając jeden drugiego, żeby kompan też był uprzejmy przywitać się z miłą panią i nie omieszkał długo patrzeć w jej kierunku, gdy odchodzi zażenowana feralnym wyborem swojej ścieżki do miasta – dlaczego musiałam przechodzić przez ten plac?
  • w sobotę rano ludzie trochę się krzątają, jedzą kiełbasę na rogu trzymając jedną rękę w kieszeni, kupują niezliczone ilości mięsa i kwiatów na targu, a potem wesoła targowa atmosfera się kończy wczesnym popołudniem i zaczyna się weekendowy letarg. Doprawdy nie wiem, co ludzie wtedy robią, ale w mieście nie dzieje się absolutnie nic.
  • N-I-C.

Z tej rozpaczy pojechałam do Lipska, gdzie jest o niebo lepiej. W zasadzie jest normalnie, świeci słońce, a miasto jest pełne ludzi, tak jak w każdym mieście od 200 000 mieszkańców powinno być. Lipsk tryska energią. Wszędzie ludzie, wszędzie coś się dzieje. Co dosłownie 5 minut można napotkać jakiegoś ulicznego muzykanta, którzy nie reprezentują poziomu skacowanego wujka w koszuli z krótkim rękawem na poprawinach tylko naprawdę talent – taki, który ma milion wyświetleń na YouTubie i który idzie potem do programów typu talent show tak naprawdę będąc już gwiazdą w Internecie. Ludzie są kolorowi i to dosłownie – każdy wygląda inaczej, kolorowo, jest na czym oko zawiesić. Podstarzali hipisi protestują przeciw TTIP. Na każdym rogu co rusz powstają nowe knajpki, wszędzie można usiąść na ulicy i napić się kawy. Lipsk naprawdę tryska energią. Ludzie są energiczni i wydaje się, że się nigdzie nie spieszą. Coś się dzieje.

Czytałam artykuł w Tageszeitung (link) o sytuacji 25 lat po zjednoczeniu Niemiec.

Jako przykład – Wittenberge. Flagowy reprezentant wielu wschodnioniemieckich miast, gdzie ludzie mieszkają tylko dlatego, że nie zdążyli się wyprowadzić. Ciężkie pieniądze wpompowane w ich rewitalizację, a w rezultacie to odnowione do bólu wyludnione miasta. Halle też jest tego typu. Na pierwszy rzut oka urzeka tymi kamienicami, latarniami, małymi, brukowanymi uliczkami. To, że nie ma tam żadnej przyjemnej atmosfery zwala się na początek na różnice kulturowe. Z jednej strony jest tam uniwersytet, szkoła artystyczna, zabytki, zamki, stare kamienice – których jest zaskakująco dużo, bo Halle było mało bombardowane w czasie wojny.

Na drugi rzut oka, czyli mniej więcej po roku, okazuje się, że to beznadziejne miasto, gdzie wszystko jest ładne i chce być w pewnym sensie nowoczesne, ale nie jest. Uniwersytet, który szczyci się diversity i – jak każda inna szkoła wyższa na świecie – miejscem w ogólnokrajowym rankingu najlepszych uczelni, a z drugiej strony wykładowcy, którzy niby to ironicznie i niby z przymrużeniem oka cisną bekę z obcokrajowców – widzisz Azjatów na swoich zajęciach i każdy język obcy to na przykład chiński, każdy kraj to na przykład Chiny, a w ogóle niemiecki to taki trudny język i obcokrajowcom na pewno trudno go zrozumieć (true strory).

Remonty, przebudowywanie ulic i rond, modernizacja i postęp, a wszystko to można to sprowadzić to obrazu może i pomocnej, ale nie za bardzo miłej pani w urzędzia, która siedzi przed ogromnym, nowoczesnym komputerem, ale nie bardzo umie się nim posługiwać. I na pewno przynajmniej raz powie “Das geht nicht”. W okolicy dworca (i nie tylko) stoją otyłe kobiety z różowymi włosami – pryszczate twarze wpatrzone w wielki iPhone 6 w złotej obudowie, papierosy, obwisłe spodnie. Trochę trudno to wyrazić, ale nie można powiedzieć, że ludzie są pozytywnie nastawieni do życia – zarówno swojego, jak i innych.

Jedyną atrakcją ostatnich kilku miesięcy to uchodźcy, którzy rozpalają społeczeństwo do czerwoności, szczególnie te zamulone miasta na wschodzie, wszak tu narodziły się coponiedziałkowe demonstracje przeciwko islamizacji Europy, bla bla bla. Krótko mówiąc – w Halle nie ma nic, są uchodźcy. I ludzie, którzy się temu sprzeciwiają.

Czy chciałabym tam mieszkać? Nie.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s