comment 1

#617; Życie bez poliestru

Lumpeksy w dużej mierze ukształtowały mój styl. Moja mama przestała mi kupować ubrania we wczesnej adolescencji, bo ja też wtedy przestałam je tolerować. Chciałam mieć konkretne buty na zimę, a nie po prostu ciepłe i na grubej podeszwie, żeby się nie ślizgały. Spodnie były też nie takie i po prostu nic nie pasowało. Gdzieś w czasach gimnazjum odkryłam lumpeksy, których już wtedy było w Świnoujściu całkiem sporo. Już wtedy pojawiały się tam całkiem nowe ubrania, z zeszłorocznych kolekcji, a nie tylko znoszone ubrania z lat osiemdziesiątych lub starsze. Najbardziej zachwyciła mnie cena, bo za raptem kilka złotych można sobie już było kupić nową bluzkę. Nową, nie-nową. W tamtym wieku ważne było często zmieniać ubrania, a największym grzechem wydawało się chyba chodzić w tym samym. Chodził w tym samym to nauczyciel od historii. I ta jedna nauczycielka, której nikt nie lubił. Młodzież zmieniała ubrania codziennie i co sezon. Wtedy też zaczęłam czytać metki tych ubrań, zwracając bardziej uwagę na firmę niż na skład. W sklepie znajdowały się jeszcze modele sprzed lat, więc żeby odróżnić to, co się nadaje, trzeba było sugerować się firmą. I tak marka Atmosphere stała się dla mnie wyznacznikiem wielkiego gustu i stylu. Atmosphere to synonim bycia cool, znaczyło, że nawet jeżeli coś z pozoru dziwnie wygląda to jest to przecież bardzo modne, bo to taka nowoczesna marka. Potem doszło kilka angielskich marek – New Look, Next i Marks & Spencer.

Dużo potem dotarło do mnie, gdzieś na pierwszej fali minimalizmu i slow fashion, że ważniejszy niż firma jest przecież skład ubrań. Przez tych kilka lat ubierania się niemal wyłącznie, czasem i razem z butami, w lumpeksie nabrałam świadomości co do ubrań i ich składu. Wszystko było tanie, a ja kupowałam bardzo dużo. Nietrudno było zauważyć, że niektóre swetry dziwnie się piorą i cały czas jest w nich zimno. A były to swetry z akrylu. Płaszcze niby zimowe, które wcale nie izolowały. T-shirty, które nie wytrzymały kilku prań. I jeden niezniszczalny materiał, który można było często prać, szybko sechł, wyglądał cały czas dobrze i można go spokojnie spakować do walizki na wyjazd, bo się nie gniótł. Poliester. Najczęściej w postaci bluzek koszulowych i innych przewiewnych.

Doinformowana na wszystkich możliwych blogach, doedukowana o właściwościach przeróżnych materiałów, w lumpeksach zaczęłam się rozglądać za rzeczami z wełny, skóry lub czystej bawełny, z drobną domieszką syntetyku dla zachowania dobrego wyglądu. Tych starych rzeczy, na które za młodu nawet nie zwracałam uwagi, było z czasem coraz mniej, a szkoda. Na Atmosphere i inne już nawet nie patrzałam. Pozostał tylko Marks & Spencer, gdzie też czasem można znaleźć rzeczy dobrej jakości.

Czytam aktualnie książkę “Dreimal anziehen, weg damit!” Hilke Holdinghausen. O współczesnym przemyśle odzieżowym. Dobrze w formie książkowej poczytać to, co wcześniej znałam tylko z blogów i innych poradników. W książce dokładnie opisane są materiały i sposoby ich produkcji. Nie jest to wyliczanka i właściwości materiałów, tylko w rozdziale o wełnie opisane są także w ujęciu historycznym, różne hodowle różnych ras, potem dokładny proces produkcji i przerabiania włókien na ubrania i inne produkty. Przy tym ważne są wszystkie materiały, nie tylko nasze ubrania. Z jakiego materiału zrobiona jest pościel, w której śpimy? A poduszki? Ręczniki? Ścierki w kuchni? Skarpetki? Rzeczy sportowe?

Mimo że już wcześniej podczas zakupów w pierwszej kolejności zwracałam uwagę na skład, nawet nie na cenę. Dowiedziałam się, że poliester i inne sztuczne materiały mogą być szkodliwe dla zdrowia i że ich ślady odkryto nawet w ludzkiej krwi. Bezpośredni kontakt sztucznych materiałów ze skórą powoduje niekiedy podrażnienia lub wywołuje alergie. Mimo że już dobrych kilka lat wiem, że wełna, kaszmir i jedwab to naturalne materiały i to one są najlepsze, najtrwalsze i warto w nie zainwestować, nadal kupowałam rzeczy z domieszką poliestru lub – o zgrozo – 100% poliester.

Kupuję ubrania regularnie i bardzo lubię mieć nowe rzeczy w mojej szafie. Jeszcze miesiąc temu, a także w tym tygodniu kupiłam ubrania 10o% poliester, bo coś przecież trzeba nosić. Najczęściej tak to sobie tłumaczę. Poliestrowe mam najczęściej sukienki, a sukienek mam dosyć dużo. Dzisiaj odkryłam poliamid, poliester i elastan w moim biustonoszu, kupionym w tym miesiącu. Dlaczego kupując sukienkę czy sweter tak długo dotykam materiał i podejrzliwie czytam metkę zastanawiając się, czy producent nie kłamie, a bieliznę kupuję tylko na zasadzie podoba mi się – biorę?

Postanowiłam zrobić detoks mojej szafy. Zacznę od szafy, z czasem dojdą też inne materiały użytku codziennego, może jak się przeprowadzę i będę kupować nowe rzeczy, wtedy będzie dobra okazja. Odłożę wszystkie poliestrowe rzeczy na bok i zobaczę, co mi zostanie. Nie wyrzucę tych rzeczy, bo większość z nich jest nowa, a ostatecznie naprawdę w czymś trzeba chodzić. Będę starała się je ograniczyć, inaczej wykorzystać, oddać. Chociaż dać komuś sukienkę 100% poliester w prezencie to też raczej kiepski prezent… Poliester to zło, nieważne o czyją skórę się ociera.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

1 Comment so far

  1. Pingback: Detoks szafy – wrażenia – Dziennik

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s