comment 0

#620; Wakacje

Koniec czerwca i lipiec był niemiłosiernie upalny. Odczułam to może o tyle intensywniej, że pracowałam niemal codziennie, a pracować z bez mała trzydziestoma osobami (głównie mężczyznami), którzy to niekoniecznie codziennie zmieniają przepoconą koszulkę, w przyciasnych pomieszczeniach, w budynku, który z zewnątrz otulony jest z niewiadomych powodów metalową siatką, nie należy do najprzyjemniejszych.

W międzyczasie starałam sie nosić możliwie przewiewne materiały, lniane bluzki i spodnie culotty, ale i tak to niewiele dało. Pod koniec miesiąca wybierałam się na wywczasy w Świnoujściu, a spotkanie z rodziną równa się wszelkiego rodzaju komentarze pod moim adresem, co jest pewnie naturalne, zważywszy, że długo się nie widzieliśmy. Z tej okazji byłam specjalnie na zakupach, żeby wyglądać możliwie ładne i do ludzi. Mając w głowie spacery po plaży, wycieczki na działkę i kawę w Coffeebarze ulegałam estetyce licznych firm promujących kolekcje letnie i kupowałam ubrania w kolorze dried ginger i różnego typu zwiewne akcesoria, bo przecież spacerując brzegiem morza trzeba owinąć się delikatnym szalem koloru capuccino. Wieczorem na  pewno pójdę pić drinki w przyplażowym barze, gdzie ubiorę kaszmirowy sweter w paski i zamszowe pantofle. Tak, mniej więcej tak się obkupiłam, a tymczasem w Świnoujściu

a) nie było gdzie zaparkować, ale to średni problem

b) było niemiłosiernie zimno, dosłownie jesień, deszcz codziennie i poza tym wiatr

c) usłyszałam, że wyglądam staro i mój styl jest zbyt klasyczny.

Tak, było bardzo zimno. Spędziłam tam 10 dni, a przez pierwszy tydzień niemal codziennie padało. Zapomniałam już chyba jak zmienna jest pogoda nad morzem. Raz pada deszcz i przez dwie godziny jest istna jesień, a potem nagle jak gdyby nigdy nic pojawia się słońce. Nosiłam więc moje spódnice dried ginger, białe koszule i brązowe sandały. Było zimno i na pewno nie upalnie, choć lubię taką pogodę.

Uwielbiam przyjeżdżać do Świnoujścia. To dla mnie miasto absolutnie idealne, które nie ma sobie równych. Jest idealny klimat – absolutnie zawsze wieje orzeźwiający wiatr, zimą nigdy nie jest mroźnie, klimat jest łagodny. Teren jest płaski, więc można jeździć do woli na rowerze, nie ma nieprzyjemnych podjazdów ani zjazdów (tym, czego najbardziej nie lubię w Halle są liczne górki). Można jeździć na rowerze, bo prawie całe terytorium miasta połączone jest ścieżką rowerową. Jest to mimo wszystko miasto, nawet jeśli raptem 38-tysięczne, ale zna się ludzi i jadąc raz autem przez miasto widzi się minimum trzy osoby, które się zna z imienia i z nazwiska. Chodząc do sklepu, zna się sprzedawcę z imienia. Second-hand u Kamili, kwiaty u Mareczka, rower u Dziadka. Nie wiemy jeszcze, jak się nazywa dziadek, dlatego dla pewności nazywamy wszystkich widocznie starszych ludzi dziadkiem. W Świnoujściu jest wszystko pod ręką. W promieniu 1 km jest sklep spożywczy, rowerowy, Urząd Miasta i Urząd Skarbowy, plaża, kanał, prom, sklep budowlany, ulubiona kawiarnia, ulubiona restauracja, ulubione second-handy, mieszkanie mojej siostry. Pamiętam, że nawet jak byliśmy w Paryżu, miałam nieodparte wrażenie, że nie jest tam tak ładnie jak w Świnoujściu. Oczywiście ta architektura, ten przepych ubiegłego stulecia, bulwary, Haussmann, kawiarnie, Brasserie i wszystko absolutnie na miejscu, ale ten syf??? Proszę cię. W Świno nie ma syfu, no chyba, że mewy czy rybitwy wyżerają akurat zawartość śmietnika i nie odkładają na miejsce. Żyć, nie umierać.

Jedyne, co mi się nie podoba, to ten ogromny hotel, który budują na końcu nowej promenady. Radisson, czy jakiś taki. Nie rozumiem, dlaczego to robią i kto im dał na to pozwolenie. Świnoujście do tej pory miało raczej niską zabudowę, tak że z plaży nie było widać nic. Plaża była taka dziewicza – piękna, szeroka, zwieńczona wydmami. Kilka lat temu wybudowali apartamentowce, które nieco wyglądają na plażę w jednym miejscu, ale nie rzucały się jeszcze aż tak w oczy, mają może z sześć pięter. Teraz budują ten przeogromny Radisson, który nie wiem, ile ma mieć pięter w zamierzeniu, ale na oko ze dwadzieścia i widać go zewsząd. Z plaży, z promenady, niemalże z miasta. Byliśmy na molo w Ahlbecku, w sąsiedniej miejscowości po niemieckiej stronie i stamtąd też go widać. Uważam, że to takie przykre, że jednym budynkiem burzy się swojego rodzaju tradycję, nawet tą architektoniczną – Świnoujście od dobrych dwustu lat było bowiem kąpieliskiem z charakterystyczną architekturą nadmorską, do której na pewno nie należą tego rodzaju kolosy.

Najbardziej urokliwym miejscem jest pole namiotowe Relaks, nad którym można nocować pod chmurką w namiocie albo w małym drewnianym domku. Tam od lat, ma się wrażenie nic się nie zmieniło.

Z wywczasów wróciłam wyposażona w zapas polskiej literatury, która będzie umilać mi nadchodzące popołudnia i wieczory:

  • Hen, Ilona Wiśniewska – reportaż o życiu na północy Norwegii. Zaczęłam czytać i już mogę powiedzieć, że jest bardzo wciągający i dobrze napisany.
  • Księga zachwytów, Filip Springer – bo przeczytałam już 13 pięter, które wciągnęło mnie do tego stopnia, że dłużej jechałam pociągiem niż zajęło mi przeczytanie tej książki
  • Najlepsze buty na świecie, Michał Olszewski – słyszałam o tej książce w Trójce i zaintrygowała mnie tematyka – Polska, jakiej nie chcielibyśmy oglądać
  • To nie są moje wielbłądy, Aleksandra Boćkowska- o modzie w PRL
  • Stewardessy w PRL, Anna Sumińska – kontynuując tematykę PRL, ciekawy temat, nad którym nigdy wcześniej się nie zastanawiałam
  • Ślepnąc od świateł, Jakub Żulczyk – bo już tyle dobrego słyszałam o tej książce, że postanowiłam i ja spróbować

I jeden dodatek, tym razem tutejszy:

  • Darm mit Charme, Giulia Enders – interesuje mnie tematyka jelit, tym bardziej, że ostatnio sama zmagam się z różnego rodzaju dolegliwościami

Nadchodźcie, deszczowe jesienne wieczory, jestem przygotowana!

Ostatnio pomyślałam sobie też, że to taka dziwna odmiana, bo im człowiek starszy, nawet na studiach, to te wakacje coraz mniej istnieją. Nie mówię nawet o tym, że nie ma się dwóch miesięcy absolutnej laby na koszt rodziców, jaką są wakacje, gdy się chodzi do szkoły, tylko jakikolwiek wypoczynek. Ja na szczęście mam rodzinę, która mieszka w Świnoujściu, więc regularnie jeżdżę ich odwiedzać, a przy okazji mogę to nazwać urlopem z prawdziwego zdarzenia, bo nad morzem, nawet jeśli na plażę nie pójdę ani razu na plażę. Wakacje spędzam już któryś rok z rzędu po prostu w pracy i te zimowe miesiące nijak nie różnią się od sierpnia. Tylko się nosi inne ubrania. Albo jest za gorąco, bo temperatura za oknem ma 30 stopni, albo się odkręciło ogrzewanie za mocno. Kiedyś czerwiec oznaczał jeszcze trochę, jeszcze te dwa, trzy tygodnie i będą wakacje. Teraz czerwiec to po prostu czerwiec. Normalny miesiąc, jak i lipiec i sierpień. To chyba smutne i nie do końca zdrowe psychicznie. Ja spędzam drugą połówkę wakacji w pracy, w bibliotece i w domu, czyli tak jak zawsze, to co zawsze. Kiedyś tą labę, chociażby dla zdrowia psychicznego właśnie, należałoby sobie urządzić.

Tego sobie i nam życzę. Oby nam się.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s