comment 0

Melduję się!

Zamilkłam na pewien czas.

Trudno mi było znaleźć czas. To znaczy, miałam nawet tego czasu trochę, ale czas, kiedy to nie jestem zestresowana, smutna lub zmęczona – tego czasu trochę brakuje.

W radiu Marek Niedźwiecki puszcza jak co sobotę świetną muzykę. Za oknem znów deszcz, wiatr i kurtki zimowe. Dobrze, że sobota, nie trzeba wychodzić z domu. Ostatnio poczułam wiosnę. Wzrosła ilość produktywnych godzin w ciągu dnia. Gdy wstaję rankiem o 5:20, to słońce wstaje razem ze mną. Jem śniadanie przy wschodzącym słońcu. Wieczorem relaksuję się przy zachodzącym słońcu, chwilę potem idę spać.

To nawet dobrze, że pogoda nie sprzyja, bo powinnam przecież pisać pracę.

Pisać pracę, te dwa monotonne słowa. Ostatnio zorientowałam się, że rok temu zwolniono mnie z pracy pod pretekstem “pisania pracy magisterskiej”. Napomknęłam, że oto mam zamiar zacząć pisać moją pracę i czy w związku z tym mogłabym przychodzić dwa dni, ale na więcej godzin (a warto wspomnieć, że pracowałam 13 godzin tygodniowo wtedy). W odpowiedzi zwolniono mnie dokładnie pod tym pretekstem.

W sumie jestem za to wdzięczna. Bo musiałam/odważyłam się poszukać innej pracy i w ten oto sposób już od niemal roku uczę niemieckiego. Już niemal rok jestem Frau Gosia. Goshia, Gosha, Gushe, Gosha, Goshe. Z moją magisterką tkwię jednak w miejscu. Zrobiłam mały, nieśmiały krok do przodu. Pewne rzeczy się w międzyczasie pokomplikowały, na przykład to, że straciłam promotora, któremu opiekowanie się moją pracę najwidoczniej się odwidziało. Teraz, wraz z wiosną, znów mam motywację. Zasiadam przy fotelu przy oknie, wśród kwiatów, wśród mojego wypielęgnowanego buszu i czytam książki naukowe. To miłe uczucie.

U nas w domu panuje ogólnie naukowa atmosfera. Gdy jesteśmy oboje z Julianem w domu i akurat nie sprzątamy, nie jemy lub gotujemy to pracujemy. Emy-emy. Jest cicho, każdy pogrążony w lekturze lub pochylony nad laptopem. Nie mamy telewizji. Mamy telewizor, ale, jakby, w środku nic nie ma, to znaczy mamy tylko urządzenie telewizor, który czasem podłączamy do laptopa i oglądamy Netflix, film albo Germany’s Next Topmodel. To w sumie świetne rozwiązanie, polecam każdemu. Telewizor, a właściwie reklamy, nie brzęczą w nieskończoność w tle, za głośno i zupełnie bez sensu, a mimo wszystko można o wiele wygodniej oglądać treści, które naprawdę nas interesują. Muzyka to Trójka naprzemiennie z Deutschlanradio. Ewentualnie Madeleine Peyroux, Beatlesi, Julian Casablancas lub Hey na winylu. Gusta muzyczne ani repertuar za bardzo mi się nie zmieniły. Nie nadążam też za bardzo z technologią, więc słucham muzyki, którą mam na płytach, a nowych ostatnio nie kupuję za dużo. Pracujemy. Chcesz kawy?

W kwietniu zaliczyłam też pierwszy (płatny) urlop w moim życiu, który to spędziłam za granicą. Przedwielkanocny tydzień w Madrycie!

W Madrycie nie rozumiałam za bardzo, o co chodzi. Nie złapałam za bardzo bakcyla. Być może dlatego, że niemal cały czas poruszaliśmy się pięcioosobową grupą, więc hiszpańskie życie i widoki właściwie tylko podziwialiśmy z odległości. Jedyna interakcja z miejscową ludnością miała miejsce z kelnerem – w kawiarni lub restauracji. Była ładna pogoda. Codziennie dwadzieścia pięć stopni – mikroklimat był na tyle zadziwiający, że pomimo tej temperatury nie było gorąco. Podczas gdy przyjezdni chodzili porozbierani do rosołu, paradując w najdziwniejszych okryciach głowy i karku, miejscowi preferowali modę iście jesienną – dżinsy, botki, płaszcze. Jedną z nielicznych rzeczy, która mi się kojarzy z Hiszpanią to oczywiście Tapas, więc pierwszą pozycją na mojej liście “to-do”, a właściwie to-eat, były właśnie one – Tapas! Dzisiaj idziemy jeść tapas!

W międzyczasie zorientowałam się jednak, że tapas to nie nazwa żadnej konkretnej potrawy, tapas to po prostu mała porcja czegokolwiek. Po polsku powiedzielibyśmy może przystawka? W wielu restauracjach można było zamówić jedzenie w formie tapas lub raciones. Mała lub duża porcja. Przystaweczka lub normalna porcja.

Hiszpanom można pozazdrościć ich życia ulicznego. Ludzie po prostu spędzają czas na ulicy. Gdyby się nad tym dłużej zastanowić to nawet nie wiem, dlaczego. I pewnie najlepiej pokazuje to też tę różnicę kulturową – u nas być może trzeba mieć powód, żeby wyjść z domu, na ulicę, podczas gdy w Hiszpanii jest to zupełnie naturalne. I nawet nie chodzi o to, że idę do knajpy i przesiaduję w tej knajpie dzień i noc (choć oczywiście też). Ludzie wychodzili na dwór i przesiadywali po prostu na ławeczce pod domem, ławeczce pod Carrefour, gdziekolwiek. I wcale nie były to super ławki albo super do tego stworzone miejsca do przesiadywania, tak jak architekci miejsc publicznych to sobie wyobrażają. Ulica to takie przedłużenie mieszkania. Jak gdyby w myśl zasady, dlaczego mam wylegiwać się na kanapie, mogę to zrobić na świeżym powietrzu. Być może też rzadkością są balkony (poza takim mini, niektórzy mówią na to rzygownik…), dlatego gdy chcę pospędzać czas na świeżym powietrzu to po prostu muszę wyjść z domu? Niemniej jednak stwarza to niesamowitą atmosferę. Życie uliczne. Myślę, że po to ludzie jeżdżą w ogóle do Hiszpanii lub Włoch. Szczególnie zamuleni turyści z Niemiec.

Przyszłe miesiące stoją pod znakiem dalszego zmagania się z pracą magisterką, literatury naukowej i bibliotek uniwersyteckich.

Na pamiątkę minionych wakacji – mały madrycki widoczek.

IMG_20170410_155357

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s