comments 4

Co po studiach

Po oddaniu pracy magisterskiej nie bardzo wiem, co ze sobą zrobić. Nagle mam popołudnia, wieczory i weekendy tylko dla siebie. Czuję niemalże pod skórą jak rysuje się pewna granica oddzielająca mnie od innych studentów. Budynki uniwersytetu rozrzucone są po całym mieście, więc chcąc nie chcąc co rusz się na nie napotyka. Ciężko więc o nich zapomnieć. Na każdym kroku studenci, którzy już o tej porze roku chodzą na boso. Kobiety. Długie włosy splątane na czubku głowy w dziwną konstrukcję przypominającą stożek lub żądło. Opatulone chustami z wzorami boho, nazwijmy je roboczo. Z jednej strony zadrukowane w esy i floresy, przeciągnięte złotą nitką, druga strona matowa. Kilka warstw różnych ubrań na sobie, całość obowiązkowo zakończona legginsami. Do tego bose stopy. Pod koniec lutego, po kilku słonecznych dniach z temperaturą powyżej dziesięciu stopni, już można. Coraz bardziej czuję, że nie mam z nimi już nic wspólnego. Przy sąsiednim stole studentki uczące się do jakiegoś egzaminu, wyraźnie podekscytowane wymądrzają się same przed sobą. W krótkich przerwach wertują swoje zeszyty i dyskutują o jakości poszczególnych mazaków. Fajnie podkreśla czy się rozmazuje. A ten nawet nie przebija.

Dryfuję w bliżej nieokreślonej rzeczywistości pomiędzy. Oczekiwanie na wyniki. Na jakąkolwiek odpowiedź. Zawieszenie w czasoprzestrzeni, które mnie nieco uwiera. Głównie dlatego, że moje wewnętrzna motywacja każe mi przeć dalej. Potrzebuję systematycznego dookreślenia się. Mieć zawsze w pogotowiu tę odpowiedź na pytanie „co u ciebie?” i „a ty co porabiasz?”. Pracować na czymś i nad sobą. Mieć coś do zrobienia i odhaczać to z listy zadań. Uwzględniać coś w swoim planie dnia.

Teraz jestem na etapie nicnierobienia, bo nie mam co robić. Zakończyłam moją ustawową edukację, czyli tą zagwarantowaną, powiedzmy, przez państwo. Więcej edukacji nikt ode mnie nie wymaga. Ewentualnie z pracy może się trafić jakieś szkolenie, ale po studiach nikt nie podchodzi do tego z większym zainteresowaniem bądź rygorem. Wystarczy, że jedna osoba zaloguje się za wszystkich innych i przeklika się przez dziwne testy BHP i inne.

Ciekawa jestem, ile pieniędzy zostało wydanych na stworzenie i wdrożenie systemu informatycznego, żeby pracownicy mogli odbywać szkolenia online. Te spotkania z kolesiami w t-shirtach, którzy tego jednego poranka włożyli koszulę. Ci po drugiej stronie z najnowszymi telefonami, którzy nerwowo zawsze muszą coś sprawdzić, wyciszyć, wyłączyć, kliknąć, dotknąć, odpisać. Hektolitry kawy. Delikatna warstwa kurzu na stole widoczna w porannym słońcu. Ile spotkań, telefonów, maili, listów wysłanych w grubej kopercie z okienkiem. Po to, żeby praktykant przeklikiwał się przez te wszystkie pytania o stosowaniu podestów i drabin w miejscu pracy dla wszystkich pięćdziesięciu pracowników.

To dziwne uczucie, bo od małego wtłaczani jesteśmy w machinę oświaty, która nas wssysa i miele przynajmniej do dwudziestego piątego roku życia. Odpowiada na nasze pytania, rozwiewa lub gasi nasze wątpliwości, podejmuje za nas decyzje. Nikt nas nie pyta, czy chcemy iść do żłobka albo czy nam się tam podoba. Miotamy się od jednej placówki do drugiej. Jakaś przypadkowa osoba bawi się czasami we Wszechmocnego i mocą jednego dekretu zmienia kolejne biografie. Te szkoły likwidujemy, te dodamy, te zmienimy, odnowimy elewację. Będzie papier w toaletach. Nikt się nie zastanawiał, czy iść, czy nie iść na studia, jedyną zagwozdką było tylko, na jakie. To przecież oczywiste, że idziem. A magisterkę robisz, system lizboński? No ba! A co po magisterce?

Najbliższe otoczenie wystarczy mieć przygotowany i kolejny krok. Zacząć pracę na pełny etat i starać się o kredyt na mieszkanie. Ewentualnie chcieć kupić dom, mknąć pożyczonym autem przez pola, łąki i lasy, żeby znaleźć tę jedną, jedyną obórkę, dobudówkę lub dom po pożarze. Albo się wybudować w stylu skandynawskim z tarasem. Potem zrobić wszystko na biało i szaro i założyć obowiązkowe konto na instagramie. Powinni zakładać konto na instagramie od razu w banku w ramach kompleksowej obsługi i odpowiedni nick i pierwszych kilka postów załączać w teczce razem z decyzją kredytową. Potem może nadarzą się dzieci, w szaro-turkusowym pokoiku, małe skrzaty w szpiczastych czapeczkach. Urlop za granicą europejską, a gdy już byliśmy w Hiszpanii i Grecji, i Porto (tak, wiem, że to miasto), uznajemy Europą za odhaczoną i kierujemy się w kierunku Azji.

Living is easy with eyes closed, jak śpiewał klasyk, ja dodałabym jeszcze: żyć jest łatwo, wystarczy tylko odgapiać od innych. Wystarczy znaleźć sobie tylko jednego sprzymierzeńca, a już jesteśmy utwierdzeni w przekonaniu, że robimy dobrze i jest to akceptowalne.

A jeżeli nie chcemy tak żyć?

Znamienne dla mnie jest to, że jest kilka miliardów ludzi na świecie, a tylko kilka życiorysów. Kilka powtarzalnych schematów. Nawet gwiazdy rocka mają w większości podobne żywota. Niektóre pokończyły się w wieku 27 lat, inne dogorywają w niebiańskich willach położonych wszystkie po sąsiedzku w tym samym miejscu. Wszyscy odgapiają od siebie. Każdy zespół z wystarczająco długim stażem wydaje antologię, a Martin Scorsese kręci o nich dokument. Każdy aktor z wystarczająco długim stażem w końcu dostanie Oscara bądź inne znamienne uznanie. Po pracy chodzi się na siłownię, a w weekend na imprezę. Wszyscy emeryci robią podobne rzeczy. Świat stereotypów.

Stąd bierze się wewnętrzne przekonanie, że pewne rzeczy są właściwe, a inne mniej.

Ja mam to szczęście, że pracuję trzydzieści godzin tygodniowo, a zarobione pieniądze dobrze wystarczają mi do życia. Czy muszę zacząć pracę na pełny etat, dlatego że wszyscy pracują na pełny etat?

Dlaczego ludzie właściwie pracują na pełny etat? Jedyna odpowiedź, która mi się teraz nasuwa to składki emerytalne, bo im mniej zarabiamy, tym mniej odkładamy na emeryturę. W porządku, ale czy te kilkaset złotych lub euro robi faktyczną różnicę w wysokości emerytury?

Jeżeli nie, to co mam robić?

Praca na pół bądź trzy czwarte etatu wydaje się sensowna, jeżeli mamy dzieci, którymi – wiadomo – trzeba się zająć, a wciąż brakuje czasu. Jeżeli mamy drugą pracę. Jeżeli mamy osobę w rodzinie, która wymaga całodobowej opieki. To tylko garść przykładów.

W jakiej sytuacji można świadoma (praw i obowiązków) zrezygnować z pracy na pełny etat i nie musieć się tłumaczyć? Dlaczego wydaje mi się, że trzeba się tłumaczyć?

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

4 Comments

  1. Jeśli satysfakcjonują Cię pieniądze, które dostajesz za 30 godzin pracy w tygodniu, to nie szukaj etatu tylko dlatego, że wydaje Ci się, że ktoś tego od Ciebie oczekuje.

    Natomiast ludzie, którzy pracują na pełny etat (albo i dłużej), zazwyczaj robią to dlatego, że inaczej nie mieliby dość pieniędzy, albo zgoła nie mieliby ich wcale, bo pracodawcy mogą się wcale nie palić do zatrudniania ludzi w niepełnym wymiarze.

    Liked by 1 person

  2. O tak. O TAK. Kiedy choroba zmusiła mnie do przerwania studiów, dotarło do mnie, że nie pozostało mi już nic – bo od miesięcy wszelkie resztki energii wkładałam w uczelniane obowiązki. A jak nie wyszło z uzyskaniem dyplomu, zostałam na lodzie… Było widzieć coś jeszcze poza tą jedną jedyną drogą, którą wskazali mi inni.

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s