Rewolwer

Tego dnia w 1966 roku ukazał się “Revolver” Beatlesów. Dzisiaj słucham go na okrągło. Raz na winylu, raz wersję zremasterowaną na Spofify. Ta muzyka jest już chyba na stale wryta w mój mózg. Znam bodaj każdy dźwięk. Wracanie do tych płyt to jak wracanie do swojego pierwszego przedszkola czy murku przed podstawówką, gdzie to oddawaliśmy się grze w jakże fascynującą zabawę, mianowicie ganianie się z murka na murek, kto szybciej.

Co bym zobaczyła, gdyby prześwietlić moją głowę? Na pewno katalog Beatlesów w formacie tururututu. Mnóstwo zdjęć. Ostatnio dużo memów. Dużo tekstów z Wyborczej i z Oko.Press. Mnóstwo wiadomości, informacji i faktów, których nikt w takiej ilości nie potrzebuje.

Dziś – kajam się – spędziłam na Instagramie 2,5h, mimo że absolutnie nie mam tam nic do roboty. Nie prowadzę wszak popularnego profilu, nie muszę odpisywać na wiadomości, nie mam firmy, którą tam promuję, nie jest to moja praca, nie mam w sobie nawet genu aktywistki, nie zbieram pieniędzy na chore dzieci. Po prostu oglądam. Nieskończoną ilość obrazków. I innych obrazków podobnych do tych, które przed chwilą obejrzałam. Płynę z algorytmem.

Niby turn off your mind, relax and float upstreamjak to śpiewa John Lennon w “Tomorrow never knows”. Tylko że ja często płynę właśnie z nurtem algorytmu. Porywa mnie on bez końca, angażuje do reszty i nie chce oddać.

Oczywiście jestem też pierwszą pacjentką fear of missing out. Powinni nazwać tą przypadłość moim nazwiskiem. Miałam tak nawet w świecie analogowym. Muszę wiedzieć, co się dzieje, muszę mieć przeczytaną każdą gazetę. Teraz mam zaprenumerowanych kilka gazet i czasopism online i po prostu nie mogę spokojnie usiąść, bo przecież muszę czytać, muszę! Przecież mam wykupione. Nie przeczytam jednego numeru, a już będzie nowy i co wtedy?

Aby wszystko powyższe przestało dolegać jak za dotknięciem czarodziejskiej wróżki, należy odłożyć telefon na jeden dzień. Tyle to u mnie trwało, gdy w poprzednim telefonie mi pękł ekran, a nie zdążyłam jeszcze kupić nowego telefonu. Na drugi dzień nawet nie miałam ochoty po niego sięgnąć, nawet mnie nie interesowało, co tam w sieci słychać.

Moje małe postanowienia na kolejne dni:

  1. używać komputera, a nie telefonu
  2. słuchać płyt w całości, a nie składanek tworzonych przez algorytm
  3. czytać książki w całości, więcej niż jedną danego autora, dla lepszego poglądu
  4. jeść cztery posiłki dziennie

Wolne

Okazało się, że najlepszą decyzją z początku roku był zakup terminarza bez uprzednio wpisanej daty i dni tygodnia. Na początku marca byłam nieco nader nadgorliwa i wypisałam sobie kalendarz aż do kwietnia. Nie trzeba chyba mówić, że go w ogóle nie używałam.

Dzisiaj mamy już lipiec, a ja mam prawie nowy kalendarz i jestem o parę miesięcy do przodu. W grudniu nie będę musiała kupować nowego.

Wczoraj dostałam wiadomość, na którą długo czekałam. Od 13 lipca zaczynam nowy kurs, co oznacza, że wracam do pracy. Zapowiada się, że po jednym przepracowanym miesiącu w tym roku, lutym, nadejdzie drugi – lipiec.

Nie ukrywam, że obecny rok przyprawia mnie o dziwny czas, w którym trudno mi się odnaleźć. Ciężko mi też go zdefiniować. Największy problem mam z moimi rodzicami, którzy – co zrozumiałe – są pokoleniem, którym na próżno tłumaczyć sens sabbatical lub że nareszcie mam wolne, a na studiach czy po maturze nie miałam, bo dorabiałam, a nie jak rówieśnicy…

Ja jestem zadowolona i aż nie potrafię zareagować – już od dłuższego czasu marzyłam o takiej właśnie dłuższej przerwie. Takim chwilowym wyłączeniu się z życia, gdzieś około trzydziestki. Zrobić aktualizację i ustawić tory na resztę życia. Mam wrażenie, że takim czasem jest dla wielu kobiet małżeństwo i dzieci. Ten czas przed urodzeniem dziecka, a potem macierzyński. Czas wolny od pracy, odbywający się nieco poza rzeczywistością, przynajmniej tą, do której zdążyliśmy przywyknąć.

Myślałam sobie – hmm, skoro nie zdecydowałam się na dziecko to znaczy, że muszę pracować ciurkiem od osiemnastego roku życia do emerytury?

Przeczytałam książkę Rafała Wosia “To nie jest kraj dla pracowników”, który stwierdza rzecz z pozoru oczywistą – jeżeli praca jest coraz bardziej zautomatyzowana i poprzez to wykonujemy dane zadanie w nieporównywalnie krótszym czasie, to czemu pracujemy nadal te osiem, a przecież często i więcej godzin?

W przyszłości normalnością powinny się stać tygodnie wolne od pracy. Nie tylko klasyczny urlop, dwa tygodnie, raz w roku, w lipcu. Cztery miesiące pracy, miesiąc wolnego. Jak kapitan żeglugi wielkiej. Normalnością, a nie fanaberią powinny być sabbaticale. Czyli po prostu dłuższy okres, niech będzie i rok, wolny od pracy. Wczasy od aktualnego życia.

Rolę takiego sabbaticalu pełni obecnie urlop macierzyński, a także tacierzyński. W Niemczech przykładowo jest tak, że można sobie taki urlop wykorzystać do osiągnięcia przez dziecko pełnoletności. W praktyce wygląda to więc tak (szczególnie w tych zamożniejszych rodzinach), że można sobie zrobić kilka miesięcy wolnego na koszt państwa i wyjechać w podróż dookoła świata lub na jakieś inne Baleary.

Niemniej myślałam, że brak dziecka nie kwalifikuje mnie do tego. Że ja to już zawsze będę musiała wstawać o piątej i wsiadać w pociąg. Aż nadszedł koronawirus i lockdown. Dobrze, że można użyć tego angielskiego sformułowania, bo po polsku jak powiemy? Kwarantanna, no niekoniecznie? Izolacja? Siedzenie w domu? Okres zamknięcia? Skaranie boskie?

Marzec, kwiecień, maj, czerwiec i połowa lipca, to moje wolne. Mój zaległy urlop. Moje wolne po maturze, którego nie miałam. Moja przerwa semestralna, kiedy akurat nie było egzaminu.

Był to czas, w którym dużo się przyglądałam. Przyglądałam się życiu swoim i życiu innych ludzi. Znajdowałam ukojenie w czytaniu książek o czasach, które minęły. Wpadły mi w ręce pamiętniki Günthera Grassa z roku 1989/1990. Tego typu rzeczy. Ciężko zastanawiałam się nad moją przyszłością zawodową i nic ciekawego nie wymyśliłam. Żadna kariera, żaden profil na instagramie z niebieskim dziubkiem. Stwierdziłam po prostu, że chcę robić to, co robiłam do tej pory, więc po prostu poczekam aż kursy się zaczną na nowo. No i się doczekałam.

Piątek, pierwszego maja

To zadziwiające, że nawet jeśli od dwóch miesięcy nie chodzę do pracy, nadal funkcjonuję w tym rytmie wytyczonym przez pracę. Od poniedziałku do piątku, od 8 do 16, weekendy wolne.

W tygodniu budzę się zazwyczaj o 6:11. Nie wiem, dlaczego, ale to jakaś magiczna godzina. Dzień w dzień 6:11. Nie nastawiając budzika.

Dzisiaj jest dzień wolny, więc wyspałam się i zbudziłam się krótko przed ósmą. Dlaczego tak jest? Przecież mój organizm nie wie, czy jest wolne, nie interesują go weekendy, bo weekendem jest każdy dzień od początku marca.

Przedziwny był ten kwiecień. Kwiecień, który niejako w ogóle się nie odbył. Wiadomo, nie chodziłam do pracy, nie planowałam wyjazdów ani spendów, nie trzeba było się na nic umawiać, zaglądać w kalendarz, więc nie spostrzegłam tych dni. Żyłam niczym zbieracze-łowcy, jak to mówi Harari. Wschody i zachody słońca. Pory roku.

A dzisiaj nagle nastał maj.

Rano zaraz po przebudzeniu otwieram okna na oścież, a potem zaczynam czytać. W zupełnej ciszy. Zazwyczaj funkcjonuję z jakąkolwiek muzyką w tle, inaczej czuję się nieswojo, ale nie rankiem. Lubię te poranki bez technologii. Żadnych kwadratowych obrazków na Instagramie, żadnych pasków breaking news w telewizji, jingle w radiu. Uspokaja mnie to i nastraja na cały dzień. Myślę sobie, że trzeba karmić i organizm, i mózg. W równych proporcjach.

Na samym początku całego tego dziwnego okresu myślałam sobie, że będę czytać książki. W dnie, kiedy byłam wyjątkowo sfrustrowana moją obecną pracą, fantazjowałam o ludziach, którzy nie muszą pracować, którzy w tym świecie zaczynającym się codzień o ósmej rano nie uczestniczą – myślałam wtedy głównie o emerytach i młodych matkach.

Staruszkowie ze Świnoujścia. Niektórzy jeżdżą rowerem o 4 rano na działkę, żeby spędzić tam cały dzień. Niektórzy chodzą codziennie punkt o 9 rano na zakupy. I drugi raz po obiedzie na długi spacer, oboje dobrze po osiemdziesiątce. Wszyscy ci ludzie, którzy nic nie muszą, wszystko mogą. Żyją w tej małej społeczności, gdzie ludzi zna się z imienia, nazwiska i życiorysu. Na plażę nie chodzą, bez przesady. O nich myślę sobie często, gdy stoję na chłodnym peronie o 6:45 i nieświadomie wychylam się wraz z całą gromadą innych pasażerów, jak gdyby to wyglądanie za pociągiem miało przyspieszyć jego przybycie.

Młode matki. Te ze Świnoujścia, a po części te z Lipska. Mieszkające w pięknym mieszkaniu od wschodu, od samego rana zlane słońcem. Spacery po parkach zdrojowych i wzdłuż promenady. Nic nie muszą. Muszą tylko wyjść na spacer około 10 rano. Nie mam doświadczenia w owej dziedzinie, ale naiwnie wydaje mi się, że obowiązkowy spacer przedpołudniem jest raczej czymś przyjemnym, czyż nie? Jest taki wtorek, wszyscy albo w korku albo na dziwnym spendzie w pracy, u mnie na zajęciach na przykład ludzie mi już trzaskają drzwiami i drą mordę, a ty w parku Zdrojowym. Ogrodnicy miejscy sadzą kwiatki w kształcie rozety.

Teraz niespodziewanie doczekałam takiego czasu, a przynajmniej mam okazję go skosztować. I oczywiście, wcale nie jest tak, jak sobie to wyobrażałam. Oczywiście, miło jest przespacerować się przed południem, kiedy to owy spacer urasta do najważniejszego wydarzenia danego dnia, ale trwa to tydzień. Dwa jeszcze okej, taki rytm urlopowy. Ale dwa miesiące?

Owy czas był/jest dla mnie o tyle niespokojny, że trochę trudno mi czytać książki. Boję się tego spokoju. Nie mogę się skoncentrować, po kilku minutach nie wiem, co czytam. Pierwsze dni i tygodnie minęły mi na oglądaniu seriali, głównie Gilmore Girls. Chciałam wtopić się w życie innych ludzi. Szczególnie Gilmore Girls przypomina mi trochę moje dzieciństwo w małej miejscowości, a z resztą ten początek XXI wieku to taki nostalgiczny już okres. Jak jeszcze wszystko było w porządku.

Z czasem nabrałam spokoju lub zobojętniałam, nie potrafię tego jednoznacznie zinterpretować. Znów czytam książki, i to nie audiobooki. Siedzę w ciszy i czytam. Teraz mnie to nie stresuje, teraz się nie boję. Ma to zapewne coś wspólnego z tym, że na ulicach jest większy ruch, trochę więcej aut, świat już nie jest tak przejmująco pusty jak jeszcze miesiąc temu.

Co przeczytałam w tym roku

Jak się mówi, jeśli skończyłam audiobooka? Wysłuchałam książkę? Przesłucham? Przeczytałam, mimo wszystko?

Była to pozycja “Sapiens. Od zwierząt do bogów” Yuval Noah Harariego. Absolutnie polecam! Nie będę nawet próbować popełnić tutaj pseudoprofesjonalnej recenzji. Powiem tylko, że mi jako osobie, która wszystko analizuje aż do bólu, szuka powiązań a czasem także drugiego dna, ta książka wiele rozjaśnia, a przede wszystkim porządkuje. Nie jesteśmy wcale tacy szczególni, jak by nam się to wydawało.

W tym roku ogólnie planowałam prowadzić rejestr przeczytanych książek, ale… hm, nie udało mi się.

Pamiętam tylko, że pierwszą książką była biografia Michelle Obamy w oryginale, która dużo wniosła i trochę nastawiła na nadchodzący rok. Tak, w styczniu jeszcze snułam plany i dużo sobie wyobrażałam.

Była też “Płuczki” o szukaniu żydowskiego złota, którą zaczęłam czytać z przypadku, to znaczy jechałam pociągiem, było duszno, byłam za ciepło ubrana, przede mną jeszcze długa droga, a ja już miałam dosyć. Pierwsze strony i rozdziały czytały się niczym jakaś baśń, myślałam, że zaraz wyskoczy niedobra babajaga i baśń się skończy. Mniej więcej tak abstrakcyjna jest opowieść o Polakach, którzy chodzili na tereny po obozach koncentrancyjnych, rozkopowywali zbiorowe mogiły, żeby dobrać się do rzekomych skarbów pochowanych wraz z ofiarami. Czaicie to?

Najbardziej w pamięci zapadła mi scena, kiedy miejscowa ludność zajęta była akurat kopaniem, wtem przyszła milicja, która niby to trochę kontrolowała i przeganiała ludzi, ale nie do końca, na co jeden z lokalnych mężczyzn odrąbał głowę i uciekał z nią pod pazuchą, bo – wiadomo – mogły się w niej znajdować złote zęby, w uszach złota biżuteria i inne kosztowności. A nuż widelec, jak nie, to co z tego…

Książka o domach na Śląsku, bardzo dobra. W równych proporcjach przenika się architektura, historia i kultura.

Ponadto zaczęłam czytać kilka kolejnych książek, których nie skończyłam. Nie mogłam przez nie przebrnąć. Męczyłam się strasznie już od pierwszych rozdziałów. Pierwotnie chciałam je skończyć mimo wszystko, wszak być może zawiera ona coś, co muszę wiedzieć. Może to akurat ta jedna jedyna książka, którą warto przeczytać, by potem nazywać w towarzystwie wymieniać autora z nazwiska i z rozochoceniem mówić “no, no”?

Wyznaję jednak zasadę w życiu, że nie warto kończyć nudnych książek. Nie dojadać rzeczy, które nam nie smakują. Nie pić za mocnej czy za słabej kawy. Niedobrego wina. Nie nosić spodni, które cisną w brzuch. Koszuli rozchodzącej się w biuście. Nie zapuszczać włosów, gdy nie grzeszą objętością. Wyjść z kina z banalnego seansu (lub zasnąć). Nie uprawiać sztuki dla sztuki.

Tą samą zasadą potraktowałam moją biblioteczkę. Dotychczas miałam trzy regały Billy ustawione obok siebie. Przyszłościowo planowałam dostawić kolejne, tak żeby całą ścianę pokrywały książki. Podobają mi się ich kolorowe grzbiety w mieszkaniu, to najładniejsza dekoracja, tak szlachetna i prawdziwa. Z czasem stwierdziłam jednak, że większość z nich to przypadkowe pozycje przytargane jeszcze z domu rodziców, nie wszystkie o specjalnej wartości, nawet niekoniecznie sentymentalnej. Pozbyłam się większości z nich i ostałam się z jednym zwykłym drewnianym regałem.

W ciągu tych ostatnich dziwnych tygodni zaczęłam czytać niektóre książki po raz kolejny, żeby sprawdzić, czy mi się jeszcze podobają i czy zagrzeją miejsce w moim regale. To ważne sobie tak zaktualizować życie. Co innego czytałam jak miałam 15 lat, co innego teraz. Nawet jeśli dostałam ładnie wydaną książkę na święta, to muszę ją trzymać do końca życia, tylko dlatego że to papier w okładce? Należę do tych ludzi, którzy traktują książkę też jako makulaturę, więc niektóre wyrzucam po prostu do śmieci, jeżeli wiem, że nikt nie będzie nimi zainteresowany.

Niedawno przeczytałam “Granicę” Zofii Nałkowskiej, która dotarła do mnie zupełnie inaczej niż w drugiej liceum, kiedy to przerabialiśmy ją jako lekturę. Piękna książka, swoją drogą. Pełna cytatów, w sam raz na tumblr. Jako że została wydana po raz pierwszy w 1935 roku, a niektórzy jej bohaterowie są biedni i mają trudne warunki mieszkaniowe, tak to ujmijmy, jako lekturę uzupełniającą zajrzałam też do “13 pięter” Filipa Springera, gdzie na początku czytamy o problemach mieszkaniowych młodej Polski w latach dwudziestych i trzydziestych XIX wieku. Potem przeszłam gładko do “Szpetnych czterdziestoletnych” Agnieszki Osieckiej, która to wspomina lata 50. i dalej. Taka to najnowsza historia Polski.

Wirus a sprawa (fajno)polska

Ależ dziwne czasy nam nastały!

Czasy, które wszyscy opatrują sformułowaniem – coś tam-coś tam w czasach zarazy.

Czy ktoś w ogóle przeczytał tę książkę? Ja nie, ale mam zamiar. Od zawsze mam zamiar nadrobić klasyki światowej literatury. Swoją drogą to ciekawe, że tytuł tej książki jest tak znany i parafrazowany, mimo że naturalnie nie wszyscy ją mieli w ręku.

Ostatnio przeczytałam książkę Piotra Stankiewicza “My, fajnopolacy”. Stankiewicz przystawia wszystkim Polakom lustro i każe się w nie tak długo patrzeć, aż dojdziemy do pewnych wniosków. Trochę odpowiednik rodzicielskiego “idź do swojego pokoju i zastanów się nad swoim zachowaniem” (nie wiem, czyi rodzice tak mówili). To socjologiczny i bardzo trafny portret wszystkich Polaków w czasach zarazy Facebooka, trzeciej czy tam czwartej rzeczpospolitej, Zbigniewa Stonogi i mebli z Ikei.

W tej oto książce znajdujemy na stronie 205 rozdział pod tytułem “Koniec pokoleń podległości”. Stankiewicz przytacza w nim książkę Jarosława Kuisza pod tymże tytułem. Kuisz stawia w swojej publikacji tezę, że jesteśmy w przełomowym momencie polskiej historii, bo mamy pierwsze pokolenie, które urodziło się i wzrastało w wolnym kraju.

Chwila przerwy na przetrawienie i powtórka dla ludzi z tyłu sali.

Czaicie? W ostatnich 250 lat polskiej historii nie było jeszcze całego pokolenia, czyli jakiś dwudziestuparu lat, wolności. Jest to wywyższane pod niebiosa dwudziestolecie międzywojenne, tak romantyzowane i ukochane przez wszystkich Polaków, bo w końcu nic przedtem ani potem nie było tak wspaniałe, jak wtedy. Żadna sztuka, kultura, literatura, żadne pączki Bliklego i budynek Prudentialu. Kolejna wojna nadeszła wtedy po 21 lat, więc to trochę za mało, by mówić o pokoleniu wolności.

Pokolenia podległe to pokolenia żyjące w podległym kraju, w kraju niewolnym, wiecznie od kogoś zależnym, niemającym racji bytu. Polska, po której zawsze trzeba było stawać zapytanie. Jak to pisze Stankiewicz, wejdą czy nie wejdą, będzie wojna czy nie będzie.

Przyznajmy się – narracja wejdą/nie wejdą jest tak silnie zakorzeniona w języku polskim, że nikt nie musi się zastanawiać, kto ma wejść i gdzie.

Cała najnowsza sztuka, czyli to co oglądamy w muzeach i wiersze, które interpretujemy w szkole, powstały w podległym kraju. W kraju ze znakiem zapytania, z podkulonym ogonem. W duchu tej myśli wychowuje się kolejne pokolenia. Tęsknota za ojczyzną i gotowość cierpienia za nią.

Kuisz pisze: “Wielokrotny upadek państwowości sprawił, że wielu rodaków ogląda normalne niedostatki III Rzeczpospolitej przez pryzmat spraw ostatecznych”.

Stankiewicz na to: “Pokolenia wychowane w PRL-u (…) mają skłonność do wpadania w karuzelospiralę natrętnych, samoniszczących myśli, tendencję do tego, by każdą niekorzystną informację traktować jako ostateczny definitywny wyrok.

Pokolenia niepodległości cechuje pewna nieuleczalna histeryczność, chciałoby się nawet powiedzieć, że metafizyczna labilność. Jeżeli to lub tamto w Polsce nie działa lub działa źle, traktujemy to od razu jako najwyższą tragedię i koniec świata.

Myślenie podległe. Jak myślą ludzie podlegli? Wiecznie się czegoś boją, we wszystkim widzą podstępek, mają skłonność do paniki. Wyobraźmy sobie, że żyjemy w Polsce pod zaborami – niepewność jutra, wola przetrwania za wszelką cenę, ciągłe obcowanie z wrogiem są na porządku dziennym. Podobnie podczas pierwszej i drugiej wojny światowej, jak i w PRL-u. Nasi rodzice wychowani za komuny i nasi nauczyciele chcąc nie chcąc przekazali nam te wzorce i schematy myślowe. To czekanie na apokalipsę.

Skoro każde pokolenie miało swoją wojnę, to u nas też coś musi pierdolnąć.

Na pewno każdy z was sto razy słyszał sformułowania, choćby i w zupełnie luźnych rozmowach ze znajomymi – wszystko dobrze, praca, związek, mieszkanie, zdrowie swoje i rodziców, a więc coś musi pierdolnąć. Jest za dobrze, a dobrze – jak wiadmo w Polsce – być nie może, bo nigdy nie było więc nie będzie!

Czym więc, jeśli nie naszą własną prywatną wojenką jest obecny koronawirus?

Mówię tu o reakcji ludzi około trzydziestki na obecnego wirusa, co można sobie podejrzeć w mediach społecznościowych. Samo porównywanie kwarantanny do babci chowającej się z dziećmi w lesie przed Niemcami. Nasi dziadkowie byli wzywani na front, a my jesteśmy wzywani do siedzenia z dupą na kanapie. Damy radę, jeśli się zmobilizujemy. Wygramy.

Cała ta narracja to świadectwo myślenia podległego. W ogóle samo to dążenie do jakiegoś dramatu, jakiegoś kolektywnego cierpienia charakteryzujące całe pokolenie. Dziadkowie mieli wojnę, rodzice komunę, a my wirusa.

Ile jeszcze? Ile jeszcze czasu musi minąć, żeby pokolenie urodzone po ’89 roku zaczęło myśleć niepodlegle, czyli tak samo jak połowa świata?

(Wszystkie cytaty z książki Piotra Stankiewicza “My, fajnopolacy”)

Mam taki pomysł

Może byśmy tak zaczęli rok 2020 jeszcze raz, zupełnie od początku? Wykasujemy minione dwa miesiące i wszystko, co się wydarzyło, zostawimy aktualną pogodę, dłuższe dni (o 6:15 rano robi się jasno!) i zaczniemy jeszcze raz, co?

Postanowiłam sobie pierwszego stycznia, że w nadchodzącym roku nie będę nic kupować. No więc tak… Pierwszy dzień nowego roku ma w sobie ten pewien rodzaj magii, kiedy wszystko nam się wydaje możliwe, oczywiście, jeśli jesteśmy trzeźwi. Jest ta biała kartka, niezapisana strona. Jak nowy rok szkolny i zaczynanie nowego zeszytu. Pierwszego stycznia łatwo się snuje plany. Większość ludzi ma wolne, spędza się czas z rodziną, można się wynudzić na śmierć, wjeżdża ten Kevin i paczka chipsów, można wstać rano i odpieprzyć się w białą bluzkę, a potem spędzić cały dzień na kanapie i przy stole. Jest w tym jakaś komiczność. Gdy już powrócimy z wszelkich wyjazdów, kiedy na dodatek wymęczą nas jeszcze koleje państwowe, niech to będzie i Deutsche Bahn i zawitamy z powrotem na własnych włościach, wstawimy jedno pranie i zaczniemy sobie myśleć o przyszłości to tak prosto sobie zarzucić paroma takimi postanowieniami. Ale wiadomo, że od postanowienia do zrealizowania go jest bardzo długa droga.

U mnie ta droga trwała właśnie minione dwa miesiące.

Tak się złożyło, że miałam cały styczeń wolny. Byłam w trakcie zmieniania pracy, konkretnie na wypowiedzeniu. Miałam więc dużo czasu dla siebie. To były moje wakacje po maturze i wszystkie przerwy międzysemestralne. To były dni wolne od wykładów, to były popołudnia w dniach, kiedy w planie był tylko jeden wykład i to na ósmą. To były wszystkie ferie i okienka, kiedy inni mieli wolne i byczyli się brzuchem do góry, a ja miałam pracę. Nie tam jakaś nie wiadomo jaką pracę przez duże “p”, po prostu jakąś pracę zarobkową. Dorobkową. Job.

W styczniu, gdy cały świat budził się z letargu poświątecznego, ja byłam w domu. Kiedy cała ludzkość z bólem ignorowała swój naturalny rytm biologiczny wstając w środku nocy do pracy i funkcjonując, jak gdyby nigdy nic, jakby właśnie nie był środek zimy – ja byłam w domu. Miałam wakacje od życia, wakacje od myślenia. Czasem towarzyszy mi wrażenie, że ostatnie lata, szczególnie lata edukacji wyższej, przeżyłam niejako z rozpędu. Zdecydowałam się na coś, co trwało kilka lat i nie zastanawiałam się w międzyczasie, dlaczego to robię i właściwie po co. Tak samo zaczęłam pracę niejako w zawodzie. Z rozpędu przepracowałam trzy lata w jednym miejscu, nie zastanawiając się, czy chcę, czy mi się podoba, czy są perspektywy. W styczniu wzięłam sobie niejako to wolne, żeby się nad sobą zastanowić. To śmieszne, ale moi rodzice często mówili do mnie ten nieśmiertelny rodzicielski frazes “dziecko, zastanów się nad sobą” – a ja jeszcze nigdy się dobrze nie zastanowiłam, wiesz o co chodzi?

W styczniu bardzo dużo rzeczy mi się wyklarowało. Okazuje się, że na wszelkie bolączki i znaki zapytania w życiu potrzebny jest po prostu święty spokój i czas. Wyspać się, wstać, ubrać, zjeść śniadanie, zmyć talerzyk i kubek, przewietrzyć mieszkanie. Życie. Doszłam z samą sobą do porządku i zaczęłam robić sobie update życiowy. Wewnętrzny i zewnętrzny. Poczyniłam drobne zmiany w wyglądzie mieszkania, bo znowu – większość to tanie meble przywleczone jeszcze z czasów studenckich. Bagaż minionych lat. Zmieniły się potrzeby – teraz doszłam do wniosku, że przydałby się duży, porządny stół. Drobne meble ułatwiające codzienne życie. Żeby przy zakładaniu butów było gdzie przycupnąć, a przy wejściu do domu odłożyć klucze. Drobne zmiany w wyglądzie, porządek w szafce z kosmetykami do makijażu, porządek w regale z książkami. Tu też bagaż minionych lat – ksiażki, które się nie do końca spodobały, będące nieudanym prezentem, dziwne albumy i kompilacje, które niekoniecznie interesują. Biblioteczka została znacznie odchudzona. Podobnie garderoba. Ubrania, które już nie pasują lub nie uszczęśliwiają, które po prostu są i zajmują miejsce. Skupiłam się na uniwersalizacji mojej szafy, to znaczy mieć ubrania na każdą okazję i porę roku. Co z tego że mam frywolne letnie białe bluzki, skoro marznę w nich przez większą część roku?

Wszystkie te zmiany wymagały drobnych zakupów, dlatego nie było mowy o moim postanowieniu niekupowania niczego.

Teraz jestem gotowa. Teraz przeprowadziłam już aktualizację i można bezpiecznie wyłączyć komputer. Mam poczucie, że mam uzupełnione mieszkanie przyjazne swoim mieszkańcom, garderobę, regał z książkami, pracę i życie ogólnie. Posprzątane, wywietrzone i tak można teraz mieszkać, tak można przeżyć najbliższą dekadę.

Byłam wczoraj u fryzjera

Tutaj tego koło Aldi. Okazuje się, że w podczas żmudnego okresu zapuszczania z włosów z krótkich bardzo na krótkie ale za ucho też trzeba chodzić do fryzjera, bo włosy nieproporcjonalnie odrastają. Dlaczego te nad uchem nie rosną tak szybko jak na karku?

Zawsze trafiam na fryzjerów, którzy ścinają grzywkę na bok. Na którą stronę się pani czesze? I tyle. Na początku krótko, parę wystrzępionych włosków, potem skos, kończący się w moim lewym oku. Czy w szkole fryzjerskiej uczą ludzi obcinania grzywek kończących się na wysokości tęczówki? Czy to jakieś boskie proporcje? Czy człowiek witruwiański miał grzywkę? 

Tym razem zebrałam się na odwagę zapytać się, czy mogłaby być nieco pełniejsza grzywka na całe czoło. Czy mogłaby być, czy ewentualnie zaistniałaby taka możliwość… Pani z miejsca nie zrozumiała mojego pytania. Musiałam doprecyzować. Zaczęłam krótką opowiastkę o moich włosach, co jest zawsze żenującym elementem każdej wizyty u fryzjera, a ona po wysłuchaniu zrobiła nierozumiejący grymas i powiedziała Więc ty nie nosisz tej grzywki na prosto, bo… ? 

Bo twarz za okrągła. Bo włosy za krótkie. Bo włosy nie takie. Bo kolor. Bo bla bla bla.

Pani mnie nie zrozumiała i w tym momencie mnie olśniło i jednocześnie zrobiło mi się głupio. Fryzjerstwo to nie zawody w dwóch przeciwnych narożnikach można-nie można. Wszystko można. Kto miałby określić, że nie można? Że nie mogę nosić takiej grzywki i jestem skazana na inną? Kto? Inne kobiety? Damskie czasopisma? Partner, tata, wujek w wigilię? Otóż nikt. W tym krótkim momencie w fotelu fryzjerskim (który wcale nie był tak spektakularny, jak to tu opisuję) zrozumiałam, że należy pieprzyć wszystko, co do tej pory słyszałam z ust każdego fryzjera.

Fryzjerki, które przekonywały mnie do zapuszczania włosów. A jeżeli nie, to chociaż zapuść grzywkę, to sobie tak weźmiesz na bok. Obcinanie grzywki w jeden i ten sam sposób przez jakieś 15 lat. Niechęć do jakichkolwiek zmian i adaptowania innych rozwiązań, co pewnie służyło jako przykrywka braków warsztatowych.

To małe, acz ważne odkrycie. Piszę te słowa do innych kobiet, które mają wymarzoną fryzurę, ale noszą zupełnie inną, bo nie mają odwagi. Lub (najgorszy przypadek ever!): partner akceptuje tylko długie włosy. Piszę te słowa do jednej koleżanki, która cały czas chce mieć krótkie włosy, ale uważa, że tylko chude dziewczyny mogą takie fryzury nosić, a więc musi ona tkwić w przekonaniu o własnej tuszy i z nieszczęśliwą fryzurą. Nie musisz!

Pozdrawiam. Ja, mój mini bob z grzywką (może potem wstawię zdjęcie) i otwarte na oścież okno pod koniec lutego.

Rok 2020 oznajmiam rokiem niekupowania niczego

Tak bardzo chciałam zasiąść jeszcze wczoraj do komputera i  coś tu napisać. Przygotowywałam się do tego umysłowo dłuższy czas – zbierałam wątki, sentencje, pomysły nabierały kształtu. Chyba konsumuję za dużo mediów społecznościowych, w szczególności Instagrama – przyznaję się, mój mózg najlepiej trawi obrazki i treści o długości jednego tweeta, no może jeszcze odpowiedzi nań. To niedobrze, kiedyś całkiem dobrze mi szło w formę dłuższą.

To samo z czytaniem. Trudniej mi się skupić na – hm, jakby to ująć – książce z prawdziwego zdarzenia, na przykład Hanna Krall i jej zbiór reportaży, powieść Osieckiej, książka o współczesnym kapitalizmie “To nie jest kraj dla pracowników” i żadna książka po niemiecku. Wymienionych zostało tylko kilka, które przewinęły się ostatnio przez mój stolik czytelniczy. Ciężko mi się skupić na ich treści i równie ciężko mi przez nie przebrnąć. Może to ogłupienie instagramowe, a może też dorosłość? Mam na myśli to, że kiedyś, w wieku szesnastu czy dwudziestu lat, mało się jednak miało do roboty i wiele rzeczy praktyczno-codziennych nie było naszym zmartwieniem, można więc było całymi dniami się mościć na rozkładanym tapczanie, tapicerkę do którego wybrało się jako dziecko i ten kolor deczko jaskrawy, i czytać ową książkę aż do wieczora. Teraz jednak ma się na głowie parę innych rzeczy, praktycznych i nie, parę zmartwień, parę spotkań, wizyt i obowiązków, a więc rzadko zdarzają się sytuację, kiedy można poświęcić cały dzień na czytanie. U mnie jest to też tak, że jeżeli już poświęcę kilka godzin na czytanie to nie mogę się skupić, bo myślę o owych rzeczach, spotkaniach, wizytach… Kiepsko u mnie z uważnością.

No i tak bardzo chciałam wczoraj zasiąść do tego komputera, bo wczoraj sylwester i ostatni dzień roku, więc trzeba, podsumować, zamknąć, odłożyć na miejsce. Tak naprawdę tegoroczny sylwester w ogóle mnie nie zainteresował. Zignorowałam jego obecność, ale to tak absolutnie. Nie z premedytacją, po prostu podświadomie zrozumiałam, że to nic dla mnie nie znaczy. Zdarzały się już końce roku, kiedy płakałam, bo nie miałam, dokąd pójść na imprezę, a wszyscy inni się gdzieś wybierali. Zdarzały się domówki, zdarzało się oglądanie głupich filmów po północy, randka we dwoje, deska serów, wino i antipasti. Zawsze starałam się jednak jakoś uczcić tego sylwestra, mimo że głównie spędzałam go w domu. W tym roku jednak nic – nie było szampana, wina ani żadnego innego alkoholu, nie było przekąsek, paluszków rybnych ani z mozzarelli. Czytałam. Czytałam do 23, po czym poszłam spać i zasnęłam, a godzinę później zbudziły mnie fajerwerki.

Nadchodzący, a właściwie obecny już, rok 2020 oznajmiam rokiem niekupowania niczego. 

Chodzi przede wszystkim o rzeczy materialne, czyli te, które de facto, po osiągnięciu pewnych ilości, są zbędne. Ubrania, kosmetyki kolorowe, buty, biżuteria.

Za bardzo skupiałam się na tych trzech kategoriach. Konsumowałam treści reklamowe, również te instagramowe, które zasiewały pewne ziarenko, które kiełkowało w mojej podświadomości po to, by rozkwitnąć wieczorami lub po wkurwiającym dniu w pracy.

Nie będę.

Mam zapasy wszystkiego. Ubrania starczyłyby mi chyba już do końca życia. Kosmetyki kolorowe na przynajmniej dwa lata. Buty.

Dozwolone są: 

  •  przeróbki ubrań u krawcowej 
  •  bielizna i rajstopy (choć i tu całkiem pokaźny zapas) 
  •  naprawa i pielęgnacja obuwia 
  •  kosmetyki do włosów i ciała 
  • książki, czasopisma, gazety 

Zobaczymy, jak mi się to uda. Chciałabym zrzucić z siebie ten ciężar materializmu. Nieustanne kupowanie rzeczy i związany z tym stres, który powoduje ciągłe podejmowanie decyzji. Ten mały stres związany z zamówieniem czegoś w internecie – że wybierasz kolor i rozmiar, choć nigdy nie wiadomo, można trafić źle i co wtedy. Że potem się na to czeka, a czekać nikt nie lubi. Że nie będzie cię w domu, gdy paczka dotrze, więc trzeba iść na pocztę, a czy się zdąży jeszcze po pracy? Że jeśli dana rzecz pasuje i chcemy ją zostawić, to trzeba zapłacić, zrobić ten przelew. Małe rzeczy na codziennej liście zadań. Małe stresy. W zupełności niepotrzebne. Tego chcę się pozbyć. Zaczynam od dzisiaj.

Lübeck i kwiaty pomarańczy, czyli co robiłam ostatnio

Tydzień, który właśnie się kończy rozpadł się na dwie części.

Miniony weekend, ten nieco przedłużony spędziliśmy w Lübeck. Podążając za moim planem, jakby to powiedzieć, niezobowiązującego zwiedzania. Polega on na tym, że nie zwiedzam w pierwszej kolejności wielkich miast europejskich typu Florencja czy Lizbona, jeśli nie zwiedziłam miast parę godzin na północ ode mnie. To mój stosunek do podróżowania. Tak, z pewnością wspaniale jest zwiedzić Sri Lankę, ale czy byłaś kiedyś w Łomży?

Lübeck zachwyca wąskimi kamieniczkami z cegły, starą zabudową, pięknymi podwórkami, gdzie wspomniane domki stoją ciasno jeden obok drugiego, a w środku pan gra na klarnecie (naprawdę!). Aby się dostać na te podwórka, trzeba było nie raz zgiąć się w pół i podążać ciasto wytyczonym przejściem. Podwórka te były na tyle nie z tej epoki, że pierwsze, co mi przyszło na myśl to ochrona przeciwpożarowa.

Największe wrażenie zrobiła na mnie katedra, w której znajduje się dzwon, który runął na ziemię podczas nalotu bombowego w 1942 roku. Leży dziś potłuczony w tym samym miejscu, gdzie spadł. Robi to niesamowite wrażenie. Żaden pomnik jeszcze nigdy nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Stojąc przed nim, a spędziłam tam dobrych kilka chwil, wyobrażałam sobie huk, jaki wtedy musiał nieść się po katedrze. I że ten huk jest poniekąd tutaj ciągle obecny.

Zaraz potem przeczytałam nową książkę Filipa Springera “Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz”. Zafascynowała mnie tematem. Nigdy wcześniej nie słyszałam o prawie Jante. W tej książce jest ono opisane, a jednocześnie nie łatwo je opisać i nic na jego temat nie wiadomo, przez całą książkę przewija się osoba, której de facto nie spotkał. Autor podażą za czymś, co nie jest mu dane złapać i stara się opisać coś, co ciężko scharakteryzować. Fascynująca lektura.

A więc doedukowałam się i teraz wiem, że prawo Jante to zestaw reguł, określających życie, powiedziałabym: mentalność, Duńczyków bądź nawet Skandynawów w ogóle. Krótko można by powiedzieć, że jest to w jedenastu podpunktach sformułowana zasada “nie wychylaj się przed szereg”. Dąż do tego, żeby we wszystkich sferach życia być taki, jak inni. Podobne postępowanie można zaobserwować też w kulturze niemieckiej. Jeżeli przyjdziesz do pracy ubrana w co innego niż polar, to słyszy się często komentarze typu “ale się wyszykowałaś”, które nie są komplementem, nie są też pobieżnie rzuconą uwagą. Słuchać w tym bardziej wyrzut – my tu w polarze, a ty co, oh, wyglądasz inaczej niż my.

Przeczytałam też wszystkie inne książki Springera i fascynują mnie jego podróże do tych małych miejscowości, poszukiwanie czegoś off the beaten track. To dzięki niemu i jego książkom przekonałam się i ja do wyjazdów do małych niepozornych miast parę godzin na północ stąd, bo dlaczego nie? Że niby weekend tanim lotem w Manchesterze jest bardziej wartościowy niż zwiedzanie Suwałk czy Brandenburgii?

Potem byłam chora.

Zaczęłam czytać kolejną książkę, której wszak jeszcze nie skończyłam – “Smak kwiatów pomarańczy – rozmowy o kuchni i kulturze” Tessa Capponi-Borawska i Agnieszka Dorotkiewicz.

Jest to bardzo ładna książka, jeśli można tak powiedzieć. Elegancka i dystyngowana w samej swojej oprawie – jest węższa niż inne książki w tym formacie, przez co przypomina szykowaną kopertówkę, tak samo leży w dłoni. Jest też wysublimowana w swojej treści – o kuchni włoskiej i jej powiązaniach ze sztuką i kulturą, jedzenie a malarstwo, jedzenie a architektura, jedzenie a płeć. Jak tylko wspomniane są owoce, od razu przytoczony jest konkretny obraz konkretnego malarza, które owe malował i krótka adnotacja, w którym muzeum dany obraz wisi. Zaczęłam sobie już robić listę, może kiedyś…

Jak mówię, to bardzo ładna lektura, która traktuje o pewnej kulturze życia w ogóle. Ludzie, którzy są skłonni pójść do muzeum, żeby zobaczyć konkretny obraz i nie że Mona Lisa. Ludzie, którzy pieczołowicie przyrządzają danie składające się z trzech składników z dziewiętnastowiecznej książki kucharskiej. Dla których jedzenie jest sztuką, celebracją chwili, a nie tylko czynnością czysto gastryczną.

Niedaleko nas, na wspomnianej już kiedyś tutaj Gottschedstraße jest mała knajpka z przysmakami śródziemnomorskimi. Lokal zachęca samym swoim wnętrzem – czarno-białe płytki, długie kanapy z czerwonej skóry, multum obrazów na ścianie, okrągłe lampy, półki ze starego drewna, w nich butelki z winem i inne trunki. Bardzo autentyczna knajpa, powiedziałabym, wielkości dużego pokoju. Miał być to wieczór z Sophią Loren z muzyką na żywo. Zarezerwowaliśmy więc stolik i wybraliśmy się na coś, pod czym wyobrażałam sobie zwykły, niezobowiązujący wieczór, ot, jedzenie w knajpie, a zastaliśmy ludzi bardzo wykwintnie ubranych. Właściciel lokalu witał gości w białej koszuli z czarną muszką, kelnerka miała suknię sylwestrową i kokardę wpiętą we włosy, goście przyszli w kreacjach wyjściowych – może nie całkiem na Sylwestra, ale białe koszule, perły, stonowane barwy, ciemniejsze szminki. Dawno nie czułam się underdressed, a wczoraj miałam okazję.

(Powyższe wypociny są dla mnie ćwiczeniem umysłowym, a także ćwiczeniem z języka polskiego, swoistym zadaniem domowym, bo na co dzień nie mam możliwości pisania pełnych zdań w języku polskim – kto z nas ma? – więc odrabiam lekcje tutaj. Proszę wybaczyć błędy składniowe i stylistyczne.)

Mimozami

Na obiad podano kaszę gryczaną z gulaszem i ogórkiem kiszonym. Na deser imbryczek białej herbaty, gorącej. Musiałabym się zastanowić, kiedy ostatni raz piłam gorącą herbatę. Przez całe lato i towarzyszące mu upały piłam herbatę mrożoną cold brew lub z z zamrażarki.

Zaczęło padać wczoraj wieczorem i pada bez przerwy aż do teraz. To żadne nadzwyczajne zjawisko, jak można się zewsząd dowiedzieć od meteorologów, którzy pewnie cieszą się w dzisiejszych czasach ocieplenia klimatu pewną prominencją. Z takim wytęsknieniem czekaliśmy na deszcz, że teraz przy byle kapuśniaczku zastanawiamy się chyba czy już odwołali to globalne ocieplenie.

Przypomniało mi się, że nie skończyłam czytać “Mistrza i Małgorzaty” rok temu, a to moja coroczna książka jesienno-zimowa. Zaczęłam ją czytać we wrześniu ubiegłego roku, ale nie wytrwałam, może zrobię w tym roku drugie podejście.

Przypomniało mi się też, że nie obejrzałam jednak wszystkich części Harry’ego Pottera, którą to kolekcję też kupiłam sobie z myślą o jesiennych popołudniach, kiedy niby by się gdzieś wyszło i coś porobiło, ale pada.

(Choć deszczowi można zaradzić, zawsze się można ubrać w jeszcze grubsze i bardziej nieprzemakalne rzeczy. Prawdziwą torturą jest dla mnie upał.)

Znaczy nieuchronnie nadeszła jesień.

Jestem do tego stopnia podatna na reklamę, że raz w okresie wczesnojesiennym rozważałam zakup birkenstocków wysłanych futerkiem, żeby je nosić z grubymi skarpetami i grubymi dżinsami podwiniętymi u kostki. Oczywiście gdzieś zobaczyłam reklamę kogoś tak ubranego na łonie natury, w tle najpiękniejsze babie lato, więc czemu by nie? Tego pomysłu na szczęście zaniechałam.

Aktualnie czytam książkę Moniki Sznajderman “Pusty las”, która mnie nastraja bardzo nostalgicznie i skłania do refleksji. Biografia miejsca –  reportaż o świecie, który przeminął. Do tego gatunku zaliczam też “Miedziankę” Filipa Springera i “Białowieżę szeptem. Historie z puszczy białowieskiej” Anny Kamińskiej.