Prenumerata a głupie poczucie winy

Jako że kąsały mnie wspomniane niżej wyrzuty sumienia, postanowiłam zamówić sobie prenumeratę gazety codziennej. Z różnych powodów.

Powód pierwszy: spędzam za dużo czasu przed ekranem, szczególnie telefonu.

Pocieszam się tym, że czytam wiadomości, artykuły i reportaże, nie przeglądam całymi dniami stron z memami, choć zdarzają się i takowe. Mimo to jednak ślęczę z telefonem w ręku, a ten jeden kręg na karku niepokojąco wysuwa się do przodu. Wydumałam, że jeśli będę miała codziennie papierową gazetę do przeczytania to może zredukuję trochę ten czas ekranowy. Zamówiłam więc Frankfurter Allgemeine Zeitung w drodze eksperymentu.

Zamówienie online, prenumerata cyfrowa czy papierowa? Biorę papierową. W niedzielę też? No dobra, dawaj, w końcu weekendowe wydania wszelakich gazet lubię najbardziej. To szerokie podejście do wielorakich tematów.

No więc jak było? Przez pierwszy tydzień byłam chora, więc siedziałam w domu. Codziennym gwoździem programu stała się więc gazeta. Miałam motywację, żeby się rano ubrać, zejść do skrzynki, a potem moszcząc się na fotelu w porze pośniadaniowej czytałam gazetę. Nie ma mnie dla nikogo, bo czytam. Co robiłaś dzisiaj? Czytałam. Niczym profesor w przedwojennej kamienicy. Surdut, a pod nim wełniana kamizelka. Nie mogłam się zdecydować – przedwojenna kamienica albo łączenie na skajpie z tvn24, rozmowa na tematy wszelakie? Na ścianie za mną pokaźna biblioteczka i szabla po dziadku.

Jak już wróciłam do pracy po chorobie, musiałam sobie świadomie zaplanować to poranne czytanie gazety, ale w końcu, o to chodziło – o tę uważność. Prawie codziennie się udawało i udaje nadal.

Powód drugi: wzbogacenie słownictwa w języku niemieckim.

Niby dużo czytam, także po niemiecku, a jednak ciężko się wysłowić. Jestem na tym etapie, że chcę po niemiecku powiedzieć dokładnie to, co po polsku. Nie chcę wyrazić tego inaczej lub zejść na niższy level. Ma być to samo. Słowo na papierze nie równa się temu na ekranie telefonu, więc liczyłam, że lepiej zapamiętam sobie słowa i konstrukcje, jeśli przeczytam je w spokoju i na papierze. Tym bardziej, że mam pamięć wzrokową. Potrafię z pamięci przywołać sobie layout każdej strony i oczyma wyobraźni umieścić na niej konkretne słowo czy wyrażenie. Pamięć wzrokowa nie działa na smartphonach, jak to możliwe?

Powód trzeci: właśnie to głupie poczucie winy.

Wpadło mi coś do głowy w kolejce w spożywczym i już mam Weltschmerz. Poczucie odpowiedzialności za cały świat. Wszystko na moich barkach. Prasa na pewno upada i to ja muszę ją uratować! Do dzieła!

Powód czwarty: sensowne spędzanie wolnego czasu, tak to nazwijmy.

Moja pierwsza myśl to oczywiście: nie mam tak codziennie czasu na czytanie calutkiej gazety. Co-dzie-nnie. A z drugiej strony – mam czas na przeglądanie instagrama? Otóż to.

A więc podsumujmy:

FAZ przychodzi codziennie

ja (prawie) codziennie ją czytam

wzbogacanie słownictwa poprzez papier działa (serio)

mniej czasu spędzam bez sensu w internecie

Głupie poczucie winy

Czy ktoś mógłby pokusić się o zdiagnozowanie następującego przypadku?

Idę wczesnym rankiem do Konsum. Konsum to małe sklepiki, bardziej małe markety, działające na zasadzie świnoujskiego sklepiku u tak zwanej Magdy. Te małe, zawsze otwarte sklepiki, gdzie za ladą stoi właściciel. Najczęściej się nie nazywają albo nazywają się ABC, wiecie które. Tutaj się nazywają Konsum. Słowo, w którym w lokalnym dialekcie, akcentowane są obydwie sylaby. Kon-sum.

Kupuję dwie bułki (bo przecież więcej nie zjem), jogurty Activia (bo ponoć wspomagają trawienie, przekonajmy się), zupki chińskie, przy kasie sięgam jeszcze po gazetę. Frankfurter Allgemeine, Zeitung für Deutschland.

Od razu postanawiam, że od teraz będę codziennie rano kupowała sobie gazetę, bo przecież jest czas na jej przeczytanie. Zamiast scrollować instagram, można poświęcić tą godzinkę czy dwie na prasę.

Następnego dnia trudniej było wstać z łóżka ciemną nocą, więc nie poszłam do Konsum. Nie kupiłam też gazety. Od tej pory towarzyszy mi poczucie winy, że oto oni wystawiają tam codziennie prasę, której nikt nie kupuje. Z każdej gazety leżał tam dosłownie jeden egzemplarz.

Pewnego wieczora udałam się do Konsum po jeden brakujący składnik i zobaczyłam te codzienne gazety przy kasie. Te, których przez cały boży dzień nikt nie kupił. Wszystkie te dzienniki i gazety tygodniowe. Wiedziałam, że kasjerka za chwilę je wyrzuci na makulaturę. Następnego dnia wczesnym rankiem przyjdą nowe gazety i znowu ich nikt nie kupi.

Od tego dnia kąsają mnie niesamowite wyrzuty sumienia przez tą gazetę. Gazetę, której nie kupuję. A przecież trzeba, bo prasa umiera (to pewnie nieprawda, ale ktoś zasiał taką informację w moim mózgu jakieś dwadzieścia lat temu i nadal w to wierzę). Dzisiaj pokornie wykupuję sobie prenumeratę digital, bo przecież ktoś te gazety musi czytać, a ten ktoś to oczywiście ja!

Rezurekcja kremu nivea soft

W Świnoujsciu mieszkaliśmy na ostatnim piętrze i jak wiało, a że wiało często, to w toalecie wiatr hulał i nawet było go słychać. Panowało tam zatem zawsze świeże powietrze. Naturalnie i blisko natury. Nie trzeba było sobie wstawiać tam tych pachnących patyczków od szaszłyka, co niby wydzielają przyjemną woń, a tak naprawdę bardziej specjalizują się w zbieraniu kurzu. Muszą też karnie odbyć swój staż z prawej stronie zlewu, bo przecież nie po to kupiłam, żeby zaraz wyrzucać.

Niedługo będą cztery lata odkąd mieszkam w tym mieszkaniu, a dopiero wczoraj kupiłam deskę do krojenia, żeby wymienić tą, którą kupiłam zaraz po wprowadzeniu się, tak na szybko, żeby jakaś była. Na wszystko przyjdzie czas.

Po wróceniu z pracy do domu zawsze musi wjechać jakieś słodki napój i chipsy. Nie mówię o tym nikomu i wtedy wydaje mi się, że nie ma to miejsca, ale – kurde – ma. Ta pierwsza godzina po powrocie upływa mi zawsze na nicnierobieniu, obczajaniu niewiemczego w internecie tudzież oglądaniu “Kuchennych rewolucji” na zasadzie kontynuuj-oglądanie. Słodki napój jest najczęściej colą, którą przestałam pić ostatnio, bo wystraszyłam się, że się w spodnie nie dopnę niedługo, a zastąpiłam ją cappuccino 3 w 1 firmy Jacobs. Smak lekko czekoladowy.

Dziś rano użyłam kremu Nivea Soft na twarz i dawno nie miałam tak zajebistej skóry. Nawilżonej, zabezpieczonej, leciutko połyskującą zdrowiem. Używałam tego kremu od dzieciaka do wieku ok. 22 lat, kiedy to przestałam, bo wpadłam w internetowy wir naturalnych kosmetyków i czytanie składu. Krem Nivea i inne zwyczajne rzeczy dostępne w drogerii były nagle zabronione. Niedawno będąc na wyjeździe zorientowałam się, że nie zabrałam ze sobą nic do nawilżania, a latem jednak trzeba, więc szybcikiem do drogerii, a tam wielki słój Nivea Soft na przecenie. Ja na niego, on na mnie i już wiedziałam, że będzie mój. Zapałałam ponownie wielką miłością. Używam go do absolutnie wszystkiego. Ręce, calutkie ciało, czasem włosy przed myciem. Chciałabym nadmienić, że moja świętej pamięci babka polerowała kremem nivea pomnik dziadka. Tym zwykłym, niebieskim, w blaszanej puszeczce.

Niedziela (w środę)

Znów jest niedziela, a ja znów jestem w pociągu. Choć zdarzają mi się one o wiele rzadziej. Niedziele wolę spokojne, nie te podzielone na pół, gdzie aktywnie można przeżyć tylko pół dnia, bo wczesnym popołudniem trzeba jechać na dworzec. I jechać dalej, tyle że pociągiem, całkiem przyjemnym, klimatyzowanym i owszem, bardzo dziękuję.

Mija nieco ponad godzina i mijamy most na Odrze, który stanowi granicę, której niby nie widać, niby nie odczuwamy, a jednak jest. Ostatnio przypomnieliśmy sobie o niej przy pandemii, jak została na długie, bolesne tygodnie zamknięta. O jej ponownym otwarciu dowiedziałam się, jak i z resztą polskie media też, od marszałka landu Brandenburg. To on pierwszy wyraził radość z ponownego otwarcia granicy i że to ważne, że integracja, że się przenika. Premier Morawiecki nie miał chyba czasu albo stwierdził, że to drobiazg. Wszak miał zakasane rękawy i w pocie czoła walczył z pandemią. Walczył, walczył i zwalczył, non?

Jestem świeżo po lekturze książki “Als der Osten noch Heimat war”. To całkiem miła, kompaktowa pozycja kupiona w księgarni w Heringsdorfie. Tam, wśród innych zwyczajowych pozycji typu kalendarze, krótkie romanse w sam raz na tygodniowy urlop, kolorowanki dla dzieci i albumy ze zdjęciami wyspa Uznam z lotu ptaka, znajdują się też książki o Prusach, o utraconych terenach, uchodźcach niemieckich i bolesnych doświadczeniach wojny (z niemieckiej perspektywy).

Ten dopisek w nawiasie jest tu jednak ważny, bo my w Polsce perspektywę mamy nieco inną. Zawsze miałam wrażenie, że to wieczne uczenie się o Mezopotamii i rok szkolny kończący się tuż przed rozpoczęciem nowego podręcznika, w którym wreszcie było o drugiej wojnie światowej, to cel, jakiś zamiar, świadome działanie. Wiecznie ten starożytny Egipt, średniowieczni królowie, ich dziwne przydomki i bezsensowne bitwy. Najnowsza historia Polski i Europy to w związku z tym moje hobby od ładnych paru lat. Mam wrażenie, że muszę to nadrobić, że muszę to po prostu wiedzieć. Jak można żyć i stąpać po tej ziemi (w Świno), jak można jeździć pociągiem przez granicę na Odrze i nie wiedzieć?

To doprawdy surrealne uczucie czytać o miejscowościach, w których byłam jako dziecko, w których wychowywała się nawet moja mama, w których dziadek miał dom, a jak zmarł to – czytać o tym wszystkim jak o niemieckich miejscowościach. I że prezydent Rzeszy Paul von Hindenburg cieszył się popularnością w Prusach i prowadząc kampanię polityczną odwiedzał też małe wioski i miasteczka. I tak zawitał oto także do dzisiejszego Gostynia, gdzie przyjmowano go z najwyższymi honorami, a kto miał zakładał na głowę czapkę z pickelhaube.

Kolejna pozycja w mojej biblioteczce: “Als die Deutschen weg waren”.

Rewolwer

Tego dnia w 1966 roku ukazał się “Revolver” Beatlesów. Dzisiaj słucham go na okrągło. Raz na winylu, raz wersję zremasterowaną na Spofify. Ta muzyka jest już chyba na stale wryta w mój mózg. Znam bodaj każdy dźwięk. Wracanie do tych płyt to jak wracanie do swojego pierwszego przedszkola czy murku przed podstawówką, gdzie to oddawaliśmy się grze w jakże fascynującą zabawę, mianowicie ganianie się z murka na murek, kto szybciej.

Co bym zobaczyła, gdyby prześwietlić moją głowę? Na pewno katalog Beatlesów w formacie tururututu. Mnóstwo zdjęć. Ostatnio dużo memów. Dużo tekstów z Wyborczej i z Oko.Press. Mnóstwo wiadomości, informacji i faktów, których nikt w takiej ilości nie potrzebuje.

Dziś – kajam się – spędziłam na Instagramie 2,5h, mimo że absolutnie nie mam tam nic do roboty. Nie prowadzę wszak popularnego profilu, nie muszę odpisywać na wiadomości, nie mam firmy, którą tam promuję, nie jest to moja praca, nie mam w sobie nawet genu aktywistki, nie zbieram pieniędzy na chore dzieci. Po prostu oglądam. Nieskończoną ilość obrazków. I innych obrazków podobnych do tych, które przed chwilą obejrzałam. Płynę z algorytmem.

Niby turn off your mind, relax and float upstreamjak to śpiewa John Lennon w “Tomorrow never knows”. Tylko że ja często płynę właśnie z nurtem algorytmu. Porywa mnie on bez końca, angażuje do reszty i nie chce oddać.

Oczywiście jestem też pierwszą pacjentką fear of missing out. Powinni nazwać tą przypadłość moim nazwiskiem. Miałam tak nawet w świecie analogowym. Muszę wiedzieć, co się dzieje, muszę mieć przeczytaną każdą gazetę. Teraz mam zaprenumerowanych kilka gazet i czasopism online i po prostu nie mogę spokojnie usiąść, bo przecież muszę czytać, muszę! Przecież mam wykupione. Nie przeczytam jednego numeru, a już będzie nowy i co wtedy?

Aby wszystko powyższe przestało dolegać jak za dotknięciem czarodziejskiej wróżki, należy odłożyć telefon na jeden dzień. Tyle to u mnie trwało, gdy w poprzednim telefonie mi pękł ekran, a nie zdążyłam jeszcze kupić nowego telefonu. Na drugi dzień nawet nie miałam ochoty po niego sięgnąć, nawet mnie nie interesowało, co tam w sieci słychać.

Moje małe postanowienia na kolejne dni:

  1. używać komputera, a nie telefonu
  2. słuchać płyt w całości, a nie składanek tworzonych przez algorytm
  3. czytać książki w całości, więcej niż jedną danego autora, dla lepszego poglądu
  4. jeść cztery posiłki dziennie

Wolne

Okazało się, że najlepszą decyzją z początku roku był zakup terminarza bez uprzednio wpisanej daty i dni tygodnia. Na początku marca byłam nieco nader nadgorliwa i wypisałam sobie kalendarz aż do kwietnia. Nie trzeba chyba mówić, że go w ogóle nie używałam.

Dzisiaj mamy już lipiec, a ja mam prawie nowy kalendarz i jestem o parę miesięcy do przodu. W grudniu nie będę musiała kupować nowego.

Wczoraj dostałam wiadomość, na którą długo czekałam. Od 13 lipca zaczynam nowy kurs, co oznacza, że wracam do pracy. Zapowiada się, że po jednym przepracowanym miesiącu w tym roku, lutym, nadejdzie drugi – lipiec.

Nie ukrywam, że obecny rok przyprawia mnie o dziwny czas, w którym trudno mi się odnaleźć. Ciężko mi też go zdefiniować. Największy problem mam z moimi rodzicami, którzy – co zrozumiałe – są pokoleniem, którym na próżno tłumaczyć sens sabbatical lub że nareszcie mam wolne, a na studiach czy po maturze nie miałam, bo dorabiałam, a nie jak rówieśnicy…

Ja jestem zadowolona i aż nie potrafię zareagować – już od dłuższego czasu marzyłam o takiej właśnie dłuższej przerwie. Takim chwilowym wyłączeniu się z życia, gdzieś około trzydziestki. Zrobić aktualizację i ustawić tory na resztę życia. Mam wrażenie, że takim czasem jest dla wielu kobiet małżeństwo i dzieci. Ten czas przed urodzeniem dziecka, a potem macierzyński. Czas wolny od pracy, odbywający się nieco poza rzeczywistością, przynajmniej tą, do której zdążyliśmy przywyknąć.

Myślałam sobie – hmm, skoro nie zdecydowałam się na dziecko to znaczy, że muszę pracować ciurkiem od osiemnastego roku życia do emerytury?

Przeczytałam książkę Rafała Wosia “To nie jest kraj dla pracowników”, który stwierdza rzecz z pozoru oczywistą – jeżeli praca jest coraz bardziej zautomatyzowana i poprzez to wykonujemy dane zadanie w nieporównywalnie krótszym czasie, to czemu pracujemy nadal te osiem, a przecież często i więcej godzin?

W przyszłości normalnością powinny się stać tygodnie wolne od pracy. Nie tylko klasyczny urlop, dwa tygodnie, raz w roku, w lipcu. Cztery miesiące pracy, miesiąc wolnego. Jak kapitan żeglugi wielkiej. Normalnością, a nie fanaberią powinny być sabbaticale. Czyli po prostu dłuższy okres, niech będzie i rok, wolny od pracy. Wczasy od aktualnego życia.

Rolę takiego sabbaticalu pełni obecnie urlop macierzyński, a także tacierzyński. W Niemczech przykładowo jest tak, że można sobie taki urlop wykorzystać do osiągnięcia przez dziecko pełnoletności. W praktyce wygląda to więc tak (szczególnie w tych zamożniejszych rodzinach), że można sobie zrobić kilka miesięcy wolnego na koszt państwa i wyjechać w podróż dookoła świata lub na jakieś inne Baleary.

Niemniej myślałam, że brak dziecka nie kwalifikuje mnie do tego. Że ja to już zawsze będę musiała wstawać o piątej i wsiadać w pociąg. Aż nadszedł koronawirus i lockdown. Dobrze, że można użyć tego angielskiego sformułowania, bo po polsku jak powiemy? Kwarantanna, no niekoniecznie? Izolacja? Siedzenie w domu? Okres zamknięcia? Skaranie boskie?

Marzec, kwiecień, maj, czerwiec i połowa lipca, to moje wolne. Mój zaległy urlop. Moje wolne po maturze, którego nie miałam. Moja przerwa semestralna, kiedy akurat nie było egzaminu.

Był to czas, w którym dużo się przyglądałam. Przyglądałam się życiu swoim i życiu innych ludzi. Znajdowałam ukojenie w czytaniu książek o czasach, które minęły. Wpadły mi w ręce pamiętniki Günthera Grassa z roku 1989/1990. Tego typu rzeczy. Ciężko zastanawiałam się nad moją przyszłością zawodową i nic ciekawego nie wymyśliłam. Żadna kariera, żaden profil na instagramie z niebieskim dziubkiem. Stwierdziłam po prostu, że chcę robić to, co robiłam do tej pory, więc po prostu poczekam aż kursy się zaczną na nowo. No i się doczekałam.

Piątek, pierwszego maja

To zadziwiające, że nawet jeśli od dwóch miesięcy nie chodzę do pracy, nadal funkcjonuję w tym rytmie wytyczonym przez pracę. Od poniedziałku do piątku, od 8 do 16, weekendy wolne.

W tygodniu budzę się zazwyczaj o 6:11. Nie wiem, dlaczego, ale to jakaś magiczna godzina. Dzień w dzień 6:11. Nie nastawiając budzika.

Dzisiaj jest dzień wolny, więc wyspałam się i zbudziłam się krótko przed ósmą. Dlaczego tak jest? Przecież mój organizm nie wie, czy jest wolne, nie interesują go weekendy, bo weekendem jest każdy dzień od początku marca.

Przedziwny był ten kwiecień. Kwiecień, który niejako w ogóle się nie odbył. Wiadomo, nie chodziłam do pracy, nie planowałam wyjazdów ani spendów, nie trzeba było się na nic umawiać, zaglądać w kalendarz, więc nie spostrzegłam tych dni. Żyłam niczym zbieracze-łowcy, jak to mówi Harari. Wschody i zachody słońca. Pory roku.

A dzisiaj nagle nastał maj.

Rano zaraz po przebudzeniu otwieram okna na oścież, a potem zaczynam czytać. W zupełnej ciszy. Zazwyczaj funkcjonuję z jakąkolwiek muzyką w tle, inaczej czuję się nieswojo, ale nie rankiem. Lubię te poranki bez technologii. Żadnych kwadratowych obrazków na Instagramie, żadnych pasków breaking news w telewizji, jingle w radiu. Uspokaja mnie to i nastraja na cały dzień. Myślę sobie, że trzeba karmić i organizm, i mózg. W równych proporcjach.

Na samym początku całego tego dziwnego okresu myślałam sobie, że będę czytać książki. W dnie, kiedy byłam wyjątkowo sfrustrowana moją obecną pracą, fantazjowałam o ludziach, którzy nie muszą pracować, którzy w tym świecie zaczynającym się codzień o ósmej rano nie uczestniczą – myślałam wtedy głównie o emerytach i młodych matkach.

Staruszkowie ze Świnoujścia. Niektórzy jeżdżą rowerem o 4 rano na działkę, żeby spędzić tam cały dzień. Niektórzy chodzą codziennie punkt o 9 rano na zakupy. I drugi raz po obiedzie na długi spacer, oboje dobrze po osiemdziesiątce. Wszyscy ci ludzie, którzy nic nie muszą, wszystko mogą. Żyją w tej małej społeczności, gdzie ludzi zna się z imienia, nazwiska i życiorysu. Na plażę nie chodzą, bez przesady. O nich myślę sobie często, gdy stoję na chłodnym peronie o 6:45 i nieświadomie wychylam się wraz z całą gromadą innych pasażerów, jak gdyby to wyglądanie za pociągiem miało przyspieszyć jego przybycie.

Młode matki. Te ze Świnoujścia, a po części te z Lipska. Mieszkające w pięknym mieszkaniu od wschodu, od samego rana zlane słońcem. Spacery po parkach zdrojowych i wzdłuż promenady. Nic nie muszą. Muszą tylko wyjść na spacer około 10 rano. Nie mam doświadczenia w owej dziedzinie, ale naiwnie wydaje mi się, że obowiązkowy spacer przedpołudniem jest raczej czymś przyjemnym, czyż nie? Jest taki wtorek, wszyscy albo w korku albo na dziwnym spendzie w pracy, u mnie na zajęciach na przykład ludzie mi już trzaskają drzwiami i drą mordę, a ty w parku Zdrojowym. Ogrodnicy miejscy sadzą kwiatki w kształcie rozety.

Teraz niespodziewanie doczekałam takiego czasu, a przynajmniej mam okazję go skosztować. I oczywiście, wcale nie jest tak, jak sobie to wyobrażałam. Oczywiście, miło jest przespacerować się przed południem, kiedy to owy spacer urasta do najważniejszego wydarzenia danego dnia, ale trwa to tydzień. Dwa jeszcze okej, taki rytm urlopowy. Ale dwa miesiące?

Owy czas był/jest dla mnie o tyle niespokojny, że trochę trudno mi czytać książki. Boję się tego spokoju. Nie mogę się skoncentrować, po kilku minutach nie wiem, co czytam. Pierwsze dni i tygodnie minęły mi na oglądaniu seriali, głównie Gilmore Girls. Chciałam wtopić się w życie innych ludzi. Szczególnie Gilmore Girls przypomina mi trochę moje dzieciństwo w małej miejscowości, a z resztą ten początek XXI wieku to taki nostalgiczny już okres. Jak jeszcze wszystko było w porządku.

Z czasem nabrałam spokoju lub zobojętniałam, nie potrafię tego jednoznacznie zinterpretować. Znów czytam książki, i to nie audiobooki. Siedzę w ciszy i czytam. Teraz mnie to nie stresuje, teraz się nie boję. Ma to zapewne coś wspólnego z tym, że na ulicach jest większy ruch, trochę więcej aut, świat już nie jest tak przejmująco pusty jak jeszcze miesiąc temu.

Co przeczytałam w tym roku

Jak się mówi, jeśli skończyłam audiobooka? Wysłuchałam książkę? Przesłucham? Przeczytałam, mimo wszystko?

Była to pozycja “Sapiens. Od zwierząt do bogów” Yuval Noah Harariego. Absolutnie polecam! Nie będę nawet próbować popełnić tutaj pseudoprofesjonalnej recenzji. Powiem tylko, że mi jako osobie, która wszystko analizuje aż do bólu, szuka powiązań a czasem także drugiego dna, ta książka wiele rozjaśnia, a przede wszystkim porządkuje. Nie jesteśmy wcale tacy szczególni, jak by nam się to wydawało.

W tym roku ogólnie planowałam prowadzić rejestr przeczytanych książek, ale… hm, nie udało mi się.

Pamiętam tylko, że pierwszą książką była biografia Michelle Obamy w oryginale, która dużo wniosła i trochę nastawiła na nadchodzący rok. Tak, w styczniu jeszcze snułam plany i dużo sobie wyobrażałam.

Była też “Płuczki” o szukaniu żydowskiego złota, którą zaczęłam czytać z przypadku, to znaczy jechałam pociągiem, było duszno, byłam za ciepło ubrana, przede mną jeszcze długa droga, a ja już miałam dosyć. Pierwsze strony i rozdziały czytały się niczym jakaś baśń, myślałam, że zaraz wyskoczy niedobra babajaga i baśń się skończy. Mniej więcej tak abstrakcyjna jest opowieść o Polakach, którzy chodzili na tereny po obozach koncentrancyjnych, rozkopowywali zbiorowe mogiły, żeby dobrać się do rzekomych skarbów pochowanych wraz z ofiarami. Czaicie to?

Najbardziej w pamięci zapadła mi scena, kiedy miejscowa ludność zajęta była akurat kopaniem, wtem przyszła milicja, która niby to trochę kontrolowała i przeganiała ludzi, ale nie do końca, na co jeden z lokalnych mężczyzn odrąbał głowę i uciekał z nią pod pazuchą, bo – wiadomo – mogły się w niej znajdować złote zęby, w uszach złota biżuteria i inne kosztowności. A nuż widelec, jak nie, to co z tego…

Książka o domach na Śląsku, bardzo dobra. W równych proporcjach przenika się architektura, historia i kultura.

Ponadto zaczęłam czytać kilka kolejnych książek, których nie skończyłam. Nie mogłam przez nie przebrnąć. Męczyłam się strasznie już od pierwszych rozdziałów. Pierwotnie chciałam je skończyć mimo wszystko, wszak być może zawiera ona coś, co muszę wiedzieć. Może to akurat ta jedna jedyna książka, którą warto przeczytać, by potem nazywać w towarzystwie wymieniać autora z nazwiska i z rozochoceniem mówić “no, no”?

Wyznaję jednak zasadę w życiu, że nie warto kończyć nudnych książek. Nie dojadać rzeczy, które nam nie smakują. Nie pić za mocnej czy za słabej kawy. Niedobrego wina. Nie nosić spodni, które cisną w brzuch. Koszuli rozchodzącej się w biuście. Nie zapuszczać włosów, gdy nie grzeszą objętością. Wyjść z kina z banalnego seansu (lub zasnąć). Nie uprawiać sztuki dla sztuki.

Tą samą zasadą potraktowałam moją biblioteczkę. Dotychczas miałam trzy regały Billy ustawione obok siebie. Przyszłościowo planowałam dostawić kolejne, tak żeby całą ścianę pokrywały książki. Podobają mi się ich kolorowe grzbiety w mieszkaniu, to najładniejsza dekoracja, tak szlachetna i prawdziwa. Z czasem stwierdziłam jednak, że większość z nich to przypadkowe pozycje przytargane jeszcze z domu rodziców, nie wszystkie o specjalnej wartości, nawet niekoniecznie sentymentalnej. Pozbyłam się większości z nich i ostałam się z jednym zwykłym drewnianym regałem.

W ciągu tych ostatnich dziwnych tygodni zaczęłam czytać niektóre książki po raz kolejny, żeby sprawdzić, czy mi się jeszcze podobają i czy zagrzeją miejsce w moim regale. To ważne sobie tak zaktualizować życie. Co innego czytałam jak miałam 15 lat, co innego teraz. Nawet jeśli dostałam ładnie wydaną książkę na święta, to muszę ją trzymać do końca życia, tylko dlatego że to papier w okładce? Należę do tych ludzi, którzy traktują książkę też jako makulaturę, więc niektóre wyrzucam po prostu do śmieci, jeżeli wiem, że nikt nie będzie nimi zainteresowany.

Niedawno przeczytałam “Granicę” Zofii Nałkowskiej, która dotarła do mnie zupełnie inaczej niż w drugiej liceum, kiedy to przerabialiśmy ją jako lekturę. Piękna książka, swoją drogą. Pełna cytatów, w sam raz na tumblr. Jako że została wydana po raz pierwszy w 1935 roku, a niektórzy jej bohaterowie są biedni i mają trudne warunki mieszkaniowe, tak to ujmijmy, jako lekturę uzupełniającą zajrzałam też do “13 pięter” Filipa Springera, gdzie na początku czytamy o problemach mieszkaniowych młodej Polski w latach dwudziestych i trzydziestych XIX wieku. Potem przeszłam gładko do “Szpetnych czterdziestoletnych” Agnieszki Osieckiej, która to wspomina lata 50. i dalej. Taka to najnowsza historia Polski.

Wirus a sprawa (fajno)polska

Ależ dziwne czasy nam nastały!

Czasy, które wszyscy opatrują sformułowaniem – coś tam-coś tam w czasach zarazy.

Czy ktoś w ogóle przeczytał tę książkę? Ja nie, ale mam zamiar. Od zawsze mam zamiar nadrobić klasyki światowej literatury. Swoją drogą to ciekawe, że tytuł tej książki jest tak znany i parafrazowany, mimo że naturalnie nie wszyscy ją mieli w ręku.

Ostatnio przeczytałam książkę Piotra Stankiewicza “My, fajnopolacy”. Stankiewicz przystawia wszystkim Polakom lustro i każe się w nie tak długo patrzeć, aż dojdziemy do pewnych wniosków. Trochę odpowiednik rodzicielskiego “idź do swojego pokoju i zastanów się nad swoim zachowaniem” (nie wiem, czyi rodzice tak mówili). To socjologiczny i bardzo trafny portret wszystkich Polaków w czasach zarazy Facebooka, trzeciej czy tam czwartej rzeczpospolitej, Zbigniewa Stonogi i mebli z Ikei.

W tej oto książce znajdujemy na stronie 205 rozdział pod tytułem “Koniec pokoleń podległości”. Stankiewicz przytacza w nim książkę Jarosława Kuisza pod tymże tytułem. Kuisz stawia w swojej publikacji tezę, że jesteśmy w przełomowym momencie polskiej historii, bo mamy pierwsze pokolenie, które urodziło się i wzrastało w wolnym kraju.

Chwila przerwy na przetrawienie i powtórka dla ludzi z tyłu sali.

Czaicie? W ostatnich 250 lat polskiej historii nie było jeszcze całego pokolenia, czyli jakiś dwudziestuparu lat, wolności. Jest to wywyższane pod niebiosa dwudziestolecie międzywojenne, tak romantyzowane i ukochane przez wszystkich Polaków, bo w końcu nic przedtem ani potem nie było tak wspaniałe, jak wtedy. Żadna sztuka, kultura, literatura, żadne pączki Bliklego i budynek Prudentialu. Kolejna wojna nadeszła wtedy po 21 lat, więc to trochę za mało, by mówić o pokoleniu wolności.

Pokolenia podległe to pokolenia żyjące w podległym kraju, w kraju niewolnym, wiecznie od kogoś zależnym, niemającym racji bytu. Polska, po której zawsze trzeba było stawać zapytanie. Jak to pisze Stankiewicz, wejdą czy nie wejdą, będzie wojna czy nie będzie.

Przyznajmy się – narracja wejdą/nie wejdą jest tak silnie zakorzeniona w języku polskim, że nikt nie musi się zastanawiać, kto ma wejść i gdzie.

Cała najnowsza sztuka, czyli to co oglądamy w muzeach i wiersze, które interpretujemy w szkole, powstały w podległym kraju. W kraju ze znakiem zapytania, z podkulonym ogonem. W duchu tej myśli wychowuje się kolejne pokolenia. Tęsknota za ojczyzną i gotowość cierpienia za nią.

Kuisz pisze: “Wielokrotny upadek państwowości sprawił, że wielu rodaków ogląda normalne niedostatki III Rzeczpospolitej przez pryzmat spraw ostatecznych”.

Stankiewicz na to: “Pokolenia wychowane w PRL-u (…) mają skłonność do wpadania w karuzelospiralę natrętnych, samoniszczących myśli, tendencję do tego, by każdą niekorzystną informację traktować jako ostateczny definitywny wyrok.

Pokolenia niepodległości cechuje pewna nieuleczalna histeryczność, chciałoby się nawet powiedzieć, że metafizyczna labilność. Jeżeli to lub tamto w Polsce nie działa lub działa źle, traktujemy to od razu jako najwyższą tragedię i koniec świata.

Myślenie podległe. Jak myślą ludzie podlegli? Wiecznie się czegoś boją, we wszystkim widzą podstępek, mają skłonność do paniki. Wyobraźmy sobie, że żyjemy w Polsce pod zaborami – niepewność jutra, wola przetrwania za wszelką cenę, ciągłe obcowanie z wrogiem są na porządku dziennym. Podobnie podczas pierwszej i drugiej wojny światowej, jak i w PRL-u. Nasi rodzice wychowani za komuny i nasi nauczyciele chcąc nie chcąc przekazali nam te wzorce i schematy myślowe. To czekanie na apokalipsę.

Skoro każde pokolenie miało swoją wojnę, to u nas też coś musi pierdolnąć.

Na pewno każdy z was sto razy słyszał sformułowania, choćby i w zupełnie luźnych rozmowach ze znajomymi – wszystko dobrze, praca, związek, mieszkanie, zdrowie swoje i rodziców, a więc coś musi pierdolnąć. Jest za dobrze, a dobrze – jak wiadmo w Polsce – być nie może, bo nigdy nie było więc nie będzie!

Czym więc, jeśli nie naszą własną prywatną wojenką jest obecny koronawirus?

Mówię tu o reakcji ludzi około trzydziestki na obecnego wirusa, co można sobie podejrzeć w mediach społecznościowych. Samo porównywanie kwarantanny do babci chowającej się z dziećmi w lesie przed Niemcami. Nasi dziadkowie byli wzywani na front, a my jesteśmy wzywani do siedzenia z dupą na kanapie. Damy radę, jeśli się zmobilizujemy. Wygramy.

Cała ta narracja to świadectwo myślenia podległego. W ogóle samo to dążenie do jakiegoś dramatu, jakiegoś kolektywnego cierpienia charakteryzujące całe pokolenie. Dziadkowie mieli wojnę, rodzice komunę, a my wirusa.

Ile jeszcze? Ile jeszcze czasu musi minąć, żeby pokolenie urodzone po ’89 roku zaczęło myśleć niepodlegle, czyli tak samo jak połowa świata?

(Wszystkie cytaty z książki Piotra Stankiewicza “My, fajnopolacy”)

Mam taki pomysł

Może byśmy tak zaczęli rok 2020 jeszcze raz, zupełnie od początku? Wykasujemy minione dwa miesiące i wszystko, co się wydarzyło, zostawimy aktualną pogodę, dłuższe dni (o 6:15 rano robi się jasno!) i zaczniemy jeszcze raz, co?

Postanowiłam sobie pierwszego stycznia, że w nadchodzącym roku nie będę nic kupować. No więc tak… Pierwszy dzień nowego roku ma w sobie ten pewien rodzaj magii, kiedy wszystko nam się wydaje możliwe, oczywiście, jeśli jesteśmy trzeźwi. Jest ta biała kartka, niezapisana strona. Jak nowy rok szkolny i zaczynanie nowego zeszytu. Pierwszego stycznia łatwo się snuje plany. Większość ludzi ma wolne, spędza się czas z rodziną, można się wynudzić na śmierć, wjeżdża ten Kevin i paczka chipsów, można wstać rano i odpieprzyć się w białą bluzkę, a potem spędzić cały dzień na kanapie i przy stole. Jest w tym jakaś komiczność. Gdy już powrócimy z wszelkich wyjazdów, kiedy na dodatek wymęczą nas jeszcze koleje państwowe, niech to będzie i Deutsche Bahn i zawitamy z powrotem na własnych włościach, wstawimy jedno pranie i zaczniemy sobie myśleć o przyszłości to tak prosto sobie zarzucić paroma takimi postanowieniami. Ale wiadomo, że od postanowienia do zrealizowania go jest bardzo długa droga.

U mnie ta droga trwała właśnie minione dwa miesiące.

Tak się złożyło, że miałam cały styczeń wolny. Byłam w trakcie zmieniania pracy, konkretnie na wypowiedzeniu. Miałam więc dużo czasu dla siebie. To były moje wakacje po maturze i wszystkie przerwy międzysemestralne. To były dni wolne od wykładów, to były popołudnia w dniach, kiedy w planie był tylko jeden wykład i to na ósmą. To były wszystkie ferie i okienka, kiedy inni mieli wolne i byczyli się brzuchem do góry, a ja miałam pracę. Nie tam jakaś nie wiadomo jaką pracę przez duże “p”, po prostu jakąś pracę zarobkową. Dorobkową. Job.

W styczniu, gdy cały świat budził się z letargu poświątecznego, ja byłam w domu. Kiedy cała ludzkość z bólem ignorowała swój naturalny rytm biologiczny wstając w środku nocy do pracy i funkcjonując, jak gdyby nigdy nic, jakby właśnie nie był środek zimy – ja byłam w domu. Miałam wakacje od życia, wakacje od myślenia. Czasem towarzyszy mi wrażenie, że ostatnie lata, szczególnie lata edukacji wyższej, przeżyłam niejako z rozpędu. Zdecydowałam się na coś, co trwało kilka lat i nie zastanawiałam się w międzyczasie, dlaczego to robię i właściwie po co. Tak samo zaczęłam pracę niejako w zawodzie. Z rozpędu przepracowałam trzy lata w jednym miejscu, nie zastanawiając się, czy chcę, czy mi się podoba, czy są perspektywy. W styczniu wzięłam sobie niejako to wolne, żeby się nad sobą zastanowić. To śmieszne, ale moi rodzice często mówili do mnie ten nieśmiertelny rodzicielski frazes “dziecko, zastanów się nad sobą” – a ja jeszcze nigdy się dobrze nie zastanowiłam, wiesz o co chodzi?

W styczniu bardzo dużo rzeczy mi się wyklarowało. Okazuje się, że na wszelkie bolączki i znaki zapytania w życiu potrzebny jest po prostu święty spokój i czas. Wyspać się, wstać, ubrać, zjeść śniadanie, zmyć talerzyk i kubek, przewietrzyć mieszkanie. Życie. Doszłam z samą sobą do porządku i zaczęłam robić sobie update życiowy. Wewnętrzny i zewnętrzny. Poczyniłam drobne zmiany w wyglądzie mieszkania, bo znowu – większość to tanie meble przywleczone jeszcze z czasów studenckich. Bagaż minionych lat. Zmieniły się potrzeby – teraz doszłam do wniosku, że przydałby się duży, porządny stół. Drobne meble ułatwiające codzienne życie. Żeby przy zakładaniu butów było gdzie przycupnąć, a przy wejściu do domu odłożyć klucze. Drobne zmiany w wyglądzie, porządek w szafce z kosmetykami do makijażu, porządek w regale z książkami. Tu też bagaż minionych lat – ksiażki, które się nie do końca spodobały, będące nieudanym prezentem, dziwne albumy i kompilacje, które niekoniecznie interesują. Biblioteczka została znacznie odchudzona. Podobnie garderoba. Ubrania, które już nie pasują lub nie uszczęśliwiają, które po prostu są i zajmują miejsce. Skupiłam się na uniwersalizacji mojej szafy, to znaczy mieć ubrania na każdą okazję i porę roku. Co z tego że mam frywolne letnie białe bluzki, skoro marznę w nich przez większą część roku?

Wszystkie te zmiany wymagały drobnych zakupów, dlatego nie było mowy o moim postanowieniu niekupowania niczego.

Teraz jestem gotowa. Teraz przeprowadziłam już aktualizację i można bezpiecznie wyłączyć komputer. Mam poczucie, że mam uzupełnione mieszkanie przyjazne swoim mieszkańcom, garderobę, regał z książkami, pracę i życie ogólnie. Posprzątane, wywietrzone i tak można teraz mieszkać, tak można przeżyć najbliższą dekadę.