comment 0

Książki i kawa

Do listy dotychczas przeczytanych książek dodaję:

Agnieszka Graff „Jestem stąd“ – przewspaniała pozycja, wywiad rzeka z panią profesor Graff, który czytało mi się niczym rozmowa z osobą nieco starszą ode mnie, a na pewno mądrzejszą. Jak taka ciocia-znajoma moich rodziców: często do nas wpada, pali, więc często wychodzi na balkon, gdzie to najwidoczniej nachodzą ją różne przemyślenia, bo przed oczami mam obrazek cioci wygłaszającej przeróżne opinie jednocześnie przytrzymując w górze firankę od drzwi balkonowych, żeby się nie przytrzasnęła. Książka ta udzieliła mi odpowiedzi na pytanie, czy ten świat i Polska kiedyś były normalne, tylko zaczęło się robić dziwnie w 2010 roku, kiedy to ja zaczęłam kojarzyć i świadomie odbierać świat? Otóż dziwnie było już zawsze. Teraz dziwnie jest raz mniej, raz bardziej.

Helga aus Swinemünde – to kolejna pozycja ebook traktująca o losach mieszkańców przedwojennego Świnoujścia. Gdy w odniesieniu do obecnie zachodnich polskich miast używamy przymiotnika „przedwojenny“ to nabiera on znaczenia stary, jednocześnie nabierając nieco szlachetności. Przedwojenne Świnoujście, przedwojenny Sopot. Myślę, że powinno nazywać się rzeczy po imieniu i mówić zamiast tego: Świnoujście, jak jeszcze było ono niemieckim miastem i nazywało się Swinemünde. Sopot, jak nazywał się Soppot i był on niemieckim miastem. Helga aus Swinemünde to opowieść o pani urodzonej w roku 1931, która wychowała się w Swinemünde, przeżyła razem ze swoją rodziną bombardowanie. Już przed końcem wojny zamieszkała w miejscowości Korswandt, która dziś znajduje się rzut beretem od Świnoujścia, po niemieckiej stronie wyspy Uznam. Ciekawa historia, tym bardziej, że Helga w Korswandt – o ile jeszcze żyje – mieszka do dzisiaj. Jest to zatem historia osoby tak naprawdę stąd.

Moi rodzice sprawili sobie ostatnio ekspres do kawy, który robi kawę za pomocą różnokolorowych kapselków. Ot, taki trochę babyboomerowy opis naszej nowej zabawki. Wpadłam właśnie w odwiedziny i bawię się w robienie kawki. Będzie mocha. Najpierw czarny kapselek, potem biały. Tylko nie pomylić kolejności, bo przy innej kawie jest dokładnie na odwrót. Czarnym płynem wypełnić szklankę do połowy. Drugą połowę białym. Podziwiać powstałe warstwy i wyobrażenie pianki na samej górze. Ot, zabaweczka. Wypić.

comments 2

Książki, które przeczytałam dotąd w tym roku

Barack Obama „A Promised Land“ – zaczęłam czytać w zeszłym roku (hah) w grudniu, był to prezent na długie zimowe wieczory. Prezent z okazji zimy, w której nie odbywał się jarmark świąteczny, a ja miałam bardzo długo wolne. Zaczęłam krótko przed świętami, skończyłam gdzieś na trzech króli. Wspaniała lektura, po prostu cudowna. Zasłużyła sobie na miejsce na moim regale, do którego wstępu nie mają już wszystkie książki, tylko te naprawdę przełomowe. Barack sobie zasłużył. Michelle z resztą też.

„Das Inferno von Swinemünde“ – to nie książka, bardziej dokument wydany przez niemieckie towarzystwo zajmujące się pielęgnacją grobów wojennych. Chodzi o bombardowanie Świnoujścia, które miało miejsce 12 marca 1945, a którego ofiarą padli mieszkańcy Świnoujścia jak i liczni uchodźcy znajdujący się wtedy w mieście. Broszura ta zawiera wspomnienia świadków. Lektura o tyle ciekawa, co przejmująca, wciskająca w fotel i zmuszająca do refleksji.

Theodor Fontane „Meine Kinderjahre“ – kontynuując wycieczkę po przedwojennym Świnoujściu, zajechałam jeszcze dalej, mianowicie do lat 1827-1832, kiedy to młody Fontane wraz ze swoją rodziną zamieszkiwał Świnoujście. Dzisiaj w miejscu, w którym stał ich dom, znajduje się pamiątkowa tablica. Dzisiaj to nawet nie jest kamienica, to wyjątkowo paskudny blok w rudym kolorze w najokropniejszym chyba typie bloku – galeriowiec. Fontane opisywał swoje wspomnienia jako już stary człowiek, w związku z czym jego książkę ciężko się czyta – stary język, nieco dzisiaj przestarzały w połączeniu z zawiłymi zdaniami i bardzo kwiecistym słownictwem. Zdania zajmujące jedną całą stronę, niekończące się wtrącenia. Można niemal namacalnie prześledzić tempo, z jakim kolejne wspomnienia nachodziły mu na myśl w trakcie pisania. Cóż – lektura na pewno ciekawa, a świadomość, gdy będąc w Świnoujściu przechadzam się głównymi ulicami, które w tamtym czasie już tak wyglądały – jeszcze lepsza.

comment 0

W nowym roku

Dobrze. Jest popołudnie, mam zaparzoną kawkę i zasiadam do mojego pokoju. Kawka słaba, mocnej nie lubię, a z resztą już dosyć późno. W Niemczech o godzinie siedemnastej jest pora na kaffee und kuchen. Kawa filtrowana, ciasto z kruszonką lub z galaretką.

W radiu właśnie wiadomości o pełnej godzinie, w których to słyszę:

„Najmłodsi będą jednak mogli wychodzić z domu bez opieki osoby dorosłej“

„Chcielibyśmy dać możliwość korzystania ze świeżego powietrza“

Jak te słowa absurdalnie brzmią. Wyobraźmy sobie, że nie znamy kontekstu, a z radioodbiornika wydobywają się takie słowa. Gdzie my jesteśmy? Czasem budzę się wczesnym rankiem, za oknem jest jeszcze ciemno, a ja, zawieszona pomiędzy nocą a dniem, powoli się przebudzam, wszystko mi się przypomina. Wstając z łóżka jestem już zupełnie przytomna i wtedy wiem, że jest pandemia, jest corona, jest lockdown, pracy nie ma, fryzjer zamknięty. I cieszę się, że rodzice mieszkają na wyspie i spędzają jednak dużo czasu na działce lub na plaży. Niekiedy ludziom się wydaje, że mieszkać nad morzem jest tak super, bo można sobie codziennie chodzić na plażę. Nieprawda, nie słyszałam nigdy o nikim, kto by codziennie rozochocony biegał nad morze. Fajnie jest, jak jest pandemia, nad morzem nie ma turystów, a miasto zamienia się w spokojną, nadmorską mieścinę, którą w zasadzie przecież jest – nieważne, ile infinity poolów się w niej wybuduje. Teraz cieszę się z adresu – mojego niegdyś, a aktualnie moich rodziców. Teraz to wyspiarze na całego.

Aha, jeszcze jedna rzecz: czy są rodzice nastolatków, którzy faktycznie trzymali je pod kluczem w domu każdego dnia do godziny 16, dlatego że było to zabronione? Dajcie znać.

Na początku minionego roku obiecywałam sobie, że przez cały rok nie będę nic kupowała, bo przecież już wszystko mam. Stresuje mnie też wieczne oczekiwanie na paczkę, pootwierane kartony walające się po mieszkaniu, latające folie, które przecież trzeba zachować, no i niekończące się kolejki na poczcie.

Oczywiście mi się to nie udało.

Przez pandemię, ale nie tylko. Mniej więcej na wiosnę zaczęłam dużo kupować, bo łatwo było to sobie usprawiedliwić.

Po pierwsze, czas spędzałam głównie w domu lub na rowerze, więc mało przydały mi się białe lejące bluzki, koszule na guziki i sweterki. W mojej szafie brakowało zwykłych ubrań. Nie sukienek, płaszczyków i marynarek. Takich, które się ubiera o siódmej rano i idzie do Aldi. Kupiłam więc takie ubrania, sztuk dwie.

Po drugie, wspieranie firm. Zewsząd było słychać wołania o pomoc. Przeróżne firmy i marki szkicowały swoją nie za ciekawą sytuację, wzbudzając tym litość, ja na to się oczywiście nabrałam i parę rzeczy kupiłam, bo przecież pomaganie gospodarce to mój obowiązek! *wydech*

Po trzecie, ciepłe lato. Ostatnie lata były bardzo gorące, a mi jak jest gorąco to nie marzę o zimnym prysznicu tylko o przewiewnej sukience. Jestem przekonana, że jak tylko kupię sobie bawełniane chucherko do ziemi to mi nie będzie gorąco. Jak będę miała wszystko na sobie, a nawet pościel w łóżku, lniane, to temperatura w magiczny sposób spadnie. Z tego powodu lato i wysokie tempetatury generują u mnie dość duże zakupy.

Teraz jesteśmy na początku nowego roku, a ja mogę powiedzieć, że oto teraz jestem gotowa. Teraz mam uzupełnioną garderobę, zgodną z moim aktualnym stylem. Mam ubrania, które aktualnie chcę nosić. Ubrania na różne okazje, różne pory roku, w różnych kolorach, które mogę ze sobą fajnie zestawiać.

Nie chcę od razu porywać się na cały rok i ogłaszać, że nic nie kupię, bo to jednak długi okres czasu i nie wiadomo, co się wydarzy. Na pewno nie mam zamiaru kupować nic w styczniu. Biorę udział w akcji zwaną na internetach dry january.

Innych postanowień nie robię. Miniony rok pokazał mi, że zaplanować nic się nie da, a nawet się nie powinno. Biorę życie, jakim jest i nie nastawiam się na zbyt dużo. Moim celem jest po prostu mieć dobry dzień, każdego jednego dnia. Witamy się w Polsce i wielu innych krajach tym ładnym pozdrowieniem „dzień dobry“. Tu moje postanowienie. Każdy dzień ma być dobrym.

comment 0

Prenumerata a głupie poczucie winy

Jako że kąsały mnie wspomniane niżej wyrzuty sumienia, postanowiłam zamówić sobie prenumeratę gazety codziennej. Z różnych powodów.

Powód pierwszy: spędzam za dużo czasu przed ekranem, szczególnie telefonu.

Pocieszam się tym, że czytam wiadomości, artykuły i reportaże, nie przeglądam całymi dniami stron z memami, choć zdarzają się i takowe. Mimo to jednak ślęczę z telefonem w ręku, a ten jeden kręg na karku niepokojąco wysuwa się do przodu. Wydumałam, że jeśli będę miała codziennie papierową gazetę do przeczytania to może zredukuję trochę ten czas ekranowy. Zamówiłam więc Frankfurter Allgemeine Zeitung w drodze eksperymentu.

Zamówienie online, prenumerata cyfrowa czy papierowa? Biorę papierową. W niedzielę też? No dobra, dawaj, w końcu weekendowe wydania wszelakich gazet lubię najbardziej. To szerokie podejście do wielorakich tematów.

No więc jak było? Przez pierwszy tydzień byłam chora, więc siedziałam w domu. Codziennym gwoździem programu stała się więc gazeta. Miałam motywację, żeby się rano ubrać, zejść do skrzynki, a potem moszcząc się na fotelu w porze pośniadaniowej czytałam gazetę. Nie ma mnie dla nikogo, bo czytam. Co robiłaś dzisiaj? Czytałam. Niczym profesor w przedwojennej kamienicy. Surdut, a pod nim wełniana kamizelka. Nie mogłam się zdecydować – przedwojenna kamienica albo łączenie na skajpie z tvn24, rozmowa na tematy wszelakie? Na ścianie za mną pokaźna biblioteczka i szabla po dziadku.

Jak już wróciłam do pracy po chorobie, musiałam sobie świadomie zaplanować to poranne czytanie gazety, ale w końcu, o to chodziło – o tę uważność. Prawie codziennie się udawało i udaje nadal.

Powód drugi: wzbogacenie słownictwa w języku niemieckim.

Niby dużo czytam, także po niemiecku, a jednak ciężko się wysłowić. Jestem na tym etapie, że chcę po niemiecku powiedzieć dokładnie to, co po polsku. Nie chcę wyrazić tego inaczej lub zejść na niższy level. Ma być to samo. Słowo na papierze nie równa się temu na ekranie telefonu, więc liczyłam, że lepiej zapamiętam sobie słowa i konstrukcje, jeśli przeczytam je w spokoju i na papierze. Tym bardziej, że mam pamięć wzrokową. Potrafię z pamięci przywołać sobie layout każdej strony i oczyma wyobraźni umieścić na niej konkretne słowo czy wyrażenie. Pamięć wzrokowa nie działa na smartphonach, jak to możliwe?

Powód trzeci: właśnie to głupie poczucie winy.

Wpadło mi coś do głowy w kolejce w spożywczym i już mam Weltschmerz. Poczucie odpowiedzialności za cały świat. Wszystko na moich barkach. Prasa na pewno upada i to ja muszę ją uratować! Do dzieła!

Powód czwarty: sensowne spędzanie wolnego czasu, tak to nazwijmy.

Moja pierwsza myśl to oczywiście: nie mam tak codziennie czasu na czytanie calutkiej gazety. Co-dzie-nnie. A z drugiej strony – mam czas na przeglądanie instagrama? Otóż to.

A więc podsumujmy:

FAZ przychodzi codziennie

ja (prawie) codziennie ją czytam

wzbogacanie słownictwa poprzez papier działa (serio)

mniej czasu spędzam bez sensu w internecie

comment 1

Głupie poczucie winy

Czy ktoś mógłby pokusić się o zdiagnozowanie następującego przypadku?

Idę wczesnym rankiem do Konsum. Konsum to małe sklepiki, bardziej małe markety, działające na zasadzie świnoujskiego sklepiku u tak zwanej Magdy. Te małe, zawsze otwarte sklepiki, gdzie za ladą stoi właściciel. Najczęściej się nie nazywają albo nazywają się ABC, wiecie które. Tutaj się nazywają Konsum. Słowo, w którym w lokalnym dialekcie, akcentowane są obydwie sylaby. Kon-sum.

Kupuję dwie bułki (bo przecież więcej nie zjem), jogurty Activia (bo ponoć wspomagają trawienie, przekonajmy się), zupki chińskie, przy kasie sięgam jeszcze po gazetę. Frankfurter Allgemeine, Zeitung für Deutschland.

Od razu postanawiam, że od teraz będę codziennie rano kupowała sobie gazetę, bo przecież jest czas na jej przeczytanie. Zamiast scrollować instagram, można poświęcić tą godzinkę czy dwie na prasę.

Następnego dnia trudniej było wstać z łóżka ciemną nocą, więc nie poszłam do Konsum. Nie kupiłam też gazety. Od tej pory towarzyszy mi poczucie winy, że oto oni wystawiają tam codziennie prasę, której nikt nie kupuje. Z każdej gazety leżał tam dosłownie jeden egzemplarz.

Pewnego wieczora udałam się do Konsum po jeden brakujący składnik i zobaczyłam te codzienne gazety przy kasie. Te, których przez cały boży dzień nikt nie kupił. Wszystkie te dzienniki i gazety tygodniowe. Wiedziałam, że kasjerka za chwilę je wyrzuci na makulaturę. Następnego dnia wczesnym rankiem przyjdą nowe gazety i znowu ich nikt nie kupi.

Od tego dnia kąsają mnie niesamowite wyrzuty sumienia przez tą gazetę. Gazetę, której nie kupuję. A przecież trzeba, bo prasa umiera (to pewnie nieprawda, ale ktoś zasiał taką informację w moim mózgu jakieś dwadzieścia lat temu i nadal w to wierzę). Dzisiaj pokornie wykupuję sobie prenumeratę digital, bo przecież ktoś te gazety musi czytać, a ten ktoś to oczywiście ja!

comment 0

Rezurekcja kremu nivea soft

W Świnoujsciu mieszkaliśmy na ostatnim piętrze i jak wiało, a że wiało często, to w toalecie wiatr hulał i nawet było go słychać. Panowało tam zatem zawsze świeże powietrze. Naturalnie i blisko natury. Nie trzeba było sobie wstawiać tam tych pachnących patyczków od szaszłyka, co niby wydzielają przyjemną woń, a tak naprawdę bardziej specjalizują się w zbieraniu kurzu. Muszą też karnie odbyć swój staż z prawej stronie zlewu, bo przecież nie po to kupiłam, żeby zaraz wyrzucać.

Niedługo będą cztery lata odkąd mieszkam w tym mieszkaniu, a dopiero wczoraj kupiłam deskę do krojenia, żeby wymienić tą, którą kupiłam zaraz po wprowadzeniu się, tak na szybko, żeby jakaś była. Na wszystko przyjdzie czas.

Po wróceniu z pracy do domu zawsze musi wjechać jakieś słodki napój i chipsy. Nie mówię o tym nikomu i wtedy wydaje mi się, że nie ma to miejsca, ale – kurde – ma. Ta pierwsza godzina po powrocie upływa mi zawsze na nicnierobieniu, obczajaniu niewiemczego w internecie tudzież oglądaniu „Kuchennych rewolucji“ na zasadzie kontynuuj-oglądanie. Słodki napój jest najczęściej colą, którą przestałam pić ostatnio, bo wystraszyłam się, że się w spodnie nie dopnę niedługo, a zastąpiłam ją cappuccino 3 w 1 firmy Jacobs. Smak lekko czekoladowy.

Dziś rano użyłam kremu Nivea Soft na twarz i dawno nie miałam tak zajebistej skóry. Nawilżonej, zabezpieczonej, leciutko połyskującą zdrowiem. Używałam tego kremu od dzieciaka do wieku ok. 22 lat, kiedy to przestałam, bo wpadłam w internetowy wir naturalnych kosmetyków i czytanie składu. Krem Nivea i inne zwyczajne rzeczy dostępne w drogerii były nagle zabronione. Niedawno będąc na wyjeździe zorientowałam się, że nie zabrałam ze sobą nic do nawilżania, a latem jednak trzeba, więc szybcikiem do drogerii, a tam wielki słój Nivea Soft na przecenie. Ja na niego, on na mnie i już wiedziałam, że będzie mój. Zapałałam ponownie wielką miłością. Używam go do absolutnie wszystkiego. Ręce, calutkie ciało, czasem włosy przed myciem. Chciałabym nadmienić, że moja świętej pamięci babka polerowała kremem nivea pomnik dziadka. Tym zwykłym, niebieskim, w blaszanej puszeczce.

comment 0

Niedziela (w środę)

Znów jest niedziela, a ja znów jestem w pociągu. Choć zdarzają mi się one o wiele rzadziej. Niedziele wolę spokojne, nie te podzielone na pół, gdzie aktywnie można przeżyć tylko pół dnia, bo wczesnym popołudniem trzeba jechać na dworzec. I jechać dalej, tyle że pociągiem, całkiem przyjemnym, klimatyzowanym i owszem, bardzo dziękuję.

Mija nieco ponad godzina i mijamy most na Odrze, który stanowi granicę, której niby nie widać, niby nie odczuwamy, a jednak jest. Ostatnio przypomnieliśmy sobie o niej przy pandemii, jak została na długie, bolesne tygodnie zamknięta. O jej ponownym otwarciu dowiedziałam się, jak i z resztą polskie media też, od marszałka landu Brandenburg. To on pierwszy wyraził radość z ponownego otwarcia granicy i że to ważne, że integracja, że się przenika. Premier Morawiecki nie miał chyba czasu albo stwierdził, że to drobiazg. Wszak miał zakasane rękawy i w pocie czoła walczył z pandemią. Walczył, walczył i zwalczył, non?

Jestem świeżo po lekturze książki „Als der Osten noch Heimat war“. To całkiem miła, kompaktowa pozycja kupiona w księgarni w Heringsdorfie. Tam, wśród innych zwyczajowych pozycji typu kalendarze, krótkie romanse w sam raz na tygodniowy urlop, kolorowanki dla dzieci i albumy ze zdjęciami wyspa Uznam z lotu ptaka, znajdują się też książki o Prusach, o utraconych terenach, uchodźcach niemieckich i bolesnych doświadczeniach wojny (z niemieckiej perspektywy).

Ten dopisek w nawiasie jest tu jednak ważny, bo my w Polsce perspektywę mamy nieco inną. Zawsze miałam wrażenie, że to wieczne uczenie się o Mezopotamii i rok szkolny kończący się tuż przed rozpoczęciem nowego podręcznika, w którym wreszcie było o drugiej wojnie światowej, to cel, jakiś zamiar, świadome działanie. Wiecznie ten starożytny Egipt, średniowieczni królowie, ich dziwne przydomki i bezsensowne bitwy. Najnowsza historia Polski i Europy to w związku z tym moje hobby od ładnych paru lat. Mam wrażenie, że muszę to nadrobić, że muszę to po prostu wiedzieć. Jak można żyć i stąpać po tej ziemi (w Świno), jak można jeździć pociągiem przez granicę na Odrze i nie wiedzieć?

To doprawdy surrealne uczucie czytać o miejscowościach, w których byłam jako dziecko, w których wychowywała się nawet moja mama, w których dziadek miał dom, a jak zmarł to – czytać o tym wszystkim jak o niemieckich miejscowościach. I że prezydent Rzeszy Paul von Hindenburg cieszył się popularnością w Prusach i prowadząc kampanię polityczną odwiedzał też małe wioski i miasteczka. I tak zawitał oto także do dzisiejszego Gostynia, gdzie przyjmowano go z najwyższymi honorami, a kto miał zakładał na głowę czapkę z pickelhaube.

Kolejna pozycja w mojej biblioteczce: „Als die Deutschen weg waren“.

comment 0

Rewolwer

Tego dnia w 1966 roku ukazał się „Revolver“ Beatlesów. Dzisiaj słucham go na okrągło. Raz na winylu, raz wersję zremasterowaną na Spofify. Ta muzyka jest już chyba na stale wryta w mój mózg. Znam bodaj każdy dźwięk. Wracanie do tych płyt to jak wracanie do swojego pierwszego przedszkola czy murku przed podstawówką, gdzie to oddawaliśmy się grze w jakże fascynującą zabawę, mianowicie ganianie się z murka na murek, kto szybciej.

Co bym zobaczyła, gdyby prześwietlić moją głowę? Na pewno katalog Beatlesów w formacie tururututu. Mnóstwo zdjęć. Ostatnio dużo memów. Dużo tekstów z Wyborczej i z Oko.Press. Mnóstwo wiadomości, informacji i faktów, których nikt w takiej ilości nie potrzebuje.

Dziś – kajam się – spędziłam na Instagramie 2,5h, mimo że absolutnie nie mam tam nic do roboty. Nie prowadzę wszak popularnego profilu, nie muszę odpisywać na wiadomości, nie mam firmy, którą tam promuję, nie jest to moja praca, nie mam w sobie nawet genu aktywistki, nie zbieram pieniędzy na chore dzieci. Po prostu oglądam. Nieskończoną ilość obrazków. I innych obrazków podobnych do tych, które przed chwilą obejrzałam. Płynę z algorytmem.

Niby turn off your mind, relax and float upstreamjak to śpiewa John Lennon w „Tomorrow never knows“. Tylko że ja często płynę właśnie z nurtem algorytmu. Porywa mnie on bez końca, angażuje do reszty i nie chce oddać.

Oczywiście jestem też pierwszą pacjentką fear of missing out. Powinni nazwać tą przypadłość moim nazwiskiem. Miałam tak nawet w świecie analogowym. Muszę wiedzieć, co się dzieje, muszę mieć przeczytaną każdą gazetę. Teraz mam zaprenumerowanych kilka gazet i czasopism online i po prostu nie mogę spokojnie usiąść, bo przecież muszę czytać, muszę! Przecież mam wykupione. Nie przeczytam jednego numeru, a już będzie nowy i co wtedy?

Aby wszystko powyższe przestało dolegać jak za dotknięciem czarodziejskiej wróżki, należy odłożyć telefon na jeden dzień. Tyle to u mnie trwało, gdy w poprzednim telefonie mi pękł ekran, a nie zdążyłam jeszcze kupić nowego telefonu. Na drugi dzień nawet nie miałam ochoty po niego sięgnąć, nawet mnie nie interesowało, co tam w sieci słychać.

Moje małe postanowienia na kolejne dni:

  1. używać komputera, a nie telefonu
  2. słuchać płyt w całości, a nie składanek tworzonych przez algorytm
  3. czytać książki w całości, więcej niż jedną danego autora, dla lepszego poglądu
  4. jeść cztery posiłki dziennie

comment 0

Wolne

Okazało się, że najlepszą decyzją z początku roku był zakup terminarza bez uprzednio wpisanej daty i dni tygodnia. Na początku marca byłam nieco nader nadgorliwa i wypisałam sobie kalendarz aż do kwietnia. Nie trzeba chyba mówić, że go w ogóle nie używałam.

Dzisiaj mamy już lipiec, a ja mam prawie nowy kalendarz i jestem o parę miesięcy do przodu. W grudniu nie będę musiała kupować nowego.

Wczoraj dostałam wiadomość, na którą długo czekałam. Od 13 lipca zaczynam nowy kurs, co oznacza, że wracam do pracy. Zapowiada się, że po jednym przepracowanym miesiącu w tym roku, lutym, nadejdzie drugi – lipiec.

Nie ukrywam, że obecny rok przyprawia mnie o dziwny czas, w którym trudno mi się odnaleźć. Ciężko mi też go zdefiniować. Największy problem mam z moimi rodzicami, którzy – co zrozumiałe – są pokoleniem, którym na próżno tłumaczyć sens sabbatical lub że nareszcie mam wolne, a na studiach czy po maturze nie miałam, bo dorabiałam, a nie jak rówieśnicy…

Ja jestem zadowolona i aż nie potrafię zareagować – już od dłuższego czasu marzyłam o takiej właśnie dłuższej przerwie. Takim chwilowym wyłączeniu się z życia, gdzieś około trzydziestki. Zrobić aktualizację i ustawić tory na resztę życia. Mam wrażenie, że takim czasem jest dla wielu kobiet małżeństwo i dzieci. Ten czas przed urodzeniem dziecka, a potem macierzyński. Czas wolny od pracy, odbywający się nieco poza rzeczywistością, przynajmniej tą, do której zdążyliśmy przywyknąć.

Myślałam sobie – hmm, skoro nie zdecydowałam się na dziecko to znaczy, że muszę pracować ciurkiem od osiemnastego roku życia do emerytury?

Przeczytałam książkę Rafała Wosia „To nie jest kraj dla pracowników“, który stwierdza rzecz z pozoru oczywistą – jeżeli praca jest coraz bardziej zautomatyzowana i poprzez to wykonujemy dane zadanie w nieporównywalnie krótszym czasie, to czemu pracujemy nadal te osiem, a przecież często i więcej godzin?

W przyszłości normalnością powinny się stać tygodnie wolne od pracy. Nie tylko klasyczny urlop, dwa tygodnie, raz w roku, w lipcu. Cztery miesiące pracy, miesiąc wolnego. Jak kapitan żeglugi wielkiej. Normalnością, a nie fanaberią powinny być sabbaticale. Czyli po prostu dłuższy okres, niech będzie i rok, wolny od pracy. Wczasy od aktualnego życia.

Rolę takiego sabbaticalu pełni obecnie urlop macierzyński, a także tacierzyński. W Niemczech przykładowo jest tak, że można sobie taki urlop wykorzystać do osiągnięcia przez dziecko pełnoletności. W praktyce wygląda to więc tak (szczególnie w tych zamożniejszych rodzinach), że można sobie zrobić kilka miesięcy wolnego na koszt państwa i wyjechać w podróż dookoła świata lub na jakieś inne Baleary.

Niemniej myślałam, że brak dziecka nie kwalifikuje mnie do tego. Że ja to już zawsze będę musiała wstawać o piątej i wsiadać w pociąg. Aż nadszedł koronawirus i lockdown. Dobrze, że można użyć tego angielskiego sformułowania, bo po polsku jak powiemy? Kwarantanna, no niekoniecznie? Izolacja? Siedzenie w domu? Okres zamknięcia? Skaranie boskie?

Marzec, kwiecień, maj, czerwiec i połowa lipca, to moje wolne. Mój zaległy urlop. Moje wolne po maturze, którego nie miałam. Moja przerwa semestralna, kiedy akurat nie było egzaminu.

Był to czas, w którym dużo się przyglądałam. Przyglądałam się życiu swoim i życiu innych ludzi. Znajdowałam ukojenie w czytaniu książek o czasach, które minęły. Wpadły mi w ręce pamiętniki Günthera Grassa z roku 1989/1990. Tego typu rzeczy. Ciężko zastanawiałam się nad moją przyszłością zawodową i nic ciekawego nie wymyśliłam. Żadna kariera, żaden profil na instagramie z niebieskim dziubkiem. Stwierdziłam po prostu, że chcę robić to, co robiłam do tej pory, więc po prostu poczekam aż kursy się zaczną na nowo. No i się doczekałam.

comment 0

Piątek, pierwszego maja

To zadziwiające, że nawet jeśli od dwóch miesięcy nie chodzę do pracy, nadal funkcjonuję w tym rytmie wytyczonym przez pracę. Od poniedziałku do piątku, od 8 do 16, weekendy wolne.

W tygodniu budzę się zazwyczaj o 6:11. Nie wiem, dlaczego, ale to jakaś magiczna godzina. Dzień w dzień 6:11. Nie nastawiając budzika.

Dzisiaj jest dzień wolny, więc wyspałam się i zbudziłam się krótko przed ósmą. Dlaczego tak jest? Przecież mój organizm nie wie, czy jest wolne, nie interesują go weekendy, bo weekendem jest każdy dzień od początku marca.

Przedziwny był ten kwiecień. Kwiecień, który niejako w ogóle się nie odbył. Wiadomo, nie chodziłam do pracy, nie planowałam wyjazdów ani spendów, nie trzeba było się na nic umawiać, zaglądać w kalendarz, więc nie spostrzegłam tych dni. Żyłam niczym zbieracze-łowcy, jak to mówi Harari. Wschody i zachody słońca. Pory roku.

A dzisiaj nagle nastał maj.

Rano zaraz po przebudzeniu otwieram okna na oścież, a potem zaczynam czytać. W zupełnej ciszy. Zazwyczaj funkcjonuję z jakąkolwiek muzyką w tle, inaczej czuję się nieswojo, ale nie rankiem. Lubię te poranki bez technologii. Żadnych kwadratowych obrazków na Instagramie, żadnych pasków breaking news w telewizji, jingle w radiu. Uspokaja mnie to i nastraja na cały dzień. Myślę sobie, że trzeba karmić i organizm, i mózg. W równych proporcjach.

Na samym początku całego tego dziwnego okresu myślałam sobie, że będę czytać książki. W dnie, kiedy byłam wyjątkowo sfrustrowana moją obecną pracą, fantazjowałam o ludziach, którzy nie muszą pracować, którzy w tym świecie zaczynającym się codzień o ósmej rano nie uczestniczą – myślałam wtedy głównie o emerytach i młodych matkach.

Staruszkowie ze Świnoujścia. Niektórzy jeżdżą rowerem o 4 rano na działkę, żeby spędzić tam cały dzień. Niektórzy chodzą codziennie punkt o 9 rano na zakupy. I drugi raz po obiedzie na długi spacer, oboje dobrze po osiemdziesiątce. Wszyscy ci ludzie, którzy nic nie muszą, wszystko mogą. Żyją w tej małej społeczności, gdzie ludzi zna się z imienia, nazwiska i życiorysu. Na plażę nie chodzą, bez przesady. O nich myślę sobie często, gdy stoję na chłodnym peronie o 6:45 i nieświadomie wychylam się wraz z całą gromadą innych pasażerów, jak gdyby to wyglądanie za pociągiem miało przyspieszyć jego przybycie.

Młode matki. Te ze Świnoujścia, a po części te z Lipska. Mieszkające w pięknym mieszkaniu od wschodu, od samego rana zlane słońcem. Spacery po parkach zdrojowych i wzdłuż promenady. Nic nie muszą. Muszą tylko wyjść na spacer około 10 rano. Nie mam doświadczenia w owej dziedzinie, ale naiwnie wydaje mi się, że obowiązkowy spacer przedpołudniem jest raczej czymś przyjemnym, czyż nie? Jest taki wtorek, wszyscy albo w korku albo na dziwnym spendzie w pracy, u mnie na zajęciach na przykład ludzie mi już trzaskają drzwiami i drą mordę, a ty w parku Zdrojowym. Ogrodnicy miejscy sadzą kwiatki w kształcie rozety.

Teraz niespodziewanie doczekałam takiego czasu, a przynajmniej mam okazję go skosztować. I oczywiście, wcale nie jest tak, jak sobie to wyobrażałam. Oczywiście, miło jest przespacerować się przed południem, kiedy to owy spacer urasta do najważniejszego wydarzenia danego dnia, ale trwa to tydzień. Dwa jeszcze okej, taki rytm urlopowy. Ale dwa miesiące?

Owy czas był/jest dla mnie o tyle niespokojny, że trochę trudno mi czytać książki. Boję się tego spokoju. Nie mogę się skoncentrować, po kilku minutach nie wiem, co czytam. Pierwsze dni i tygodnie minęły mi na oglądaniu seriali, głównie Gilmore Girls. Chciałam wtopić się w życie innych ludzi. Szczególnie Gilmore Girls przypomina mi trochę moje dzieciństwo w małej miejscowości, a z resztą ten początek XXI wieku to taki nostalgiczny już okres. Jak jeszcze wszystko było w porządku.

Z czasem nabrałam spokoju lub zobojętniałam, nie potrafię tego jednoznacznie zinterpretować. Znów czytam książki, i to nie audiobooki. Siedzę w ciszy i czytam. Teraz mnie to nie stresuje, teraz się nie boję. Ma to zapewne coś wspólnego z tym, że na ulicach jest większy ruch, trochę więcej aut, świat już nie jest tak przejmująco pusty jak jeszcze miesiąc temu.