#612; Jak robiłam praktykę

Na początku marca odbywałam praktyki, a były to pierwsze praktyki z prawdziwego zdarzenia w moim życiu. Moją prawdziwą pierwszą praktykę odbyłam w dziwnym biurze tłumaczeń znajdującym się w World Trade Center Poznań i na tym kończyły się wszelkie atrakcje. W ramach mojej praktyki wysłuchałam jednej (!) inaugurującej śpiewki na temat tłumaczenia, potem przez cały okres trwania praktyk wysłałam niemożliwą ilość maili, sprawnie obsługiwałam skróty klawiaturowe kopiuj-wklej. Obejrzałam także od samiutkiego początku blog Cut by Fred, co było chyba moim największym osiągnięciem, jako że w wyniku tego gusta mi się znacznie wyostrzyły.

W ramach obecnych studiów magisterskich także czekała na mnie praktyka do zrobienia. Odwlekałam ją trochę w czasie, bo nie wiedziałam tak naprawdę do kogo się zwrócić, trochę się bałam, wmawiałam sobie, że mam czas i generalnie nie byłam jeszcze gotowa podjąć tego wyzwania.

Koniec końców trafiłam jednak do niedużej instytucji, która oferuje różnego rodzaju kursy – wychowawca, opiekun osób starszych, a także kursy językowe. Moim zadaniem było poprowadzić 20 godzin tak zwanego Willkommenskurs. Jest to intensywny kurs, cztery godziny dziennie, pięć dni w tygodniu. Uczestniczą w nim ludzie niedawno przybyli do Niemiec, pochodzą przeważnie z Syrii, Afganistanu, Iraku lub Iranu.

Przed rozpoczęciem praktyk miałam dokładnie dwie godziny, precyzyjnie rzecz biorąc 90 minut doświadczenia. To ten mój pamiętny debiut, pierwszy raz w życiu, gdy występowałam jako pani.  Tym razem już się aż tak nie stresowałam, mogłam spać w nocy, przed lekcją byłam całkiem wyluzowana. I poszło. Udało się. Bardziej niż uczenia samego w sobie bałam się pani z biura nadzorującej praktyki. Bałam się mojego urojonego niemieckiego podejścia, że powita mnie butna, za grosz nieumalowana pani uzbrojona w segregator, powita mnie sztywno i nader uprzejmie, po czym będę podążać za jej krokami do odosobnionego pokoju, w którym w zasadzie nic się nie odbędzie i nie będzie mnie pytać o nic szczególnego, ale każdej chwili trzeba przecież nadać charakter oficjalnej. Wszystko ma jakiś cel.

Tak też nie było. Oczywiście była pani w biurze, która się dość mało uśmiechała, ale oszczędziła mi formalnych wykładów i wykładzików na temat tego, co mam robić. Była po prostu miła. Pokazała mi wszystko i odpowiadała na wszystkie pytania. Podpisałam jakiś kwit, jakąś kartkę o dyskrecji, na której małym drukiem zapisane było, co to w ogóle znaczy i tyle z formalności. Najważniejszą rzeczą w całych tych praktykach, a w szczególności na początku, było udawanie, że umiem – reklamowałam się tym, że studiuję Deutsch als Fremdsprache, a wszyscy w cudownie łagodny sposób wychodzili z założenia, że na pewno znam się na tym i wiem, co robię. Nikt nie pytał się o moje doświadczenie, planowanie lekcji było w moim zakresie, nie wypełniałam żadnych głupich tabelek jak na zajęciach. Musiałam po prostu być na czas, a nawet 10 minut wcześniej, żeby skserować. Tej ogromnej, wielofunkcyjnej maszyny do kserowania bałam się w zasadzie bardziej niż samej tej czynności – stać przed grupą i sprawić, by robili, to, co im mówisz.

Nauczona doświadczeniem, napomknęłam też w pracy, że robię praktykę. Wiem, że lepiej wspomnieć, choćby w przelocie i choćby jednej osobie, choćby przy ekspresie do kawy, co u ciebie. Inaczej wszyscy z szefem na czele będą cię uważać za ostatniego buca. A co to za praktyka, a gdzie i kto to, jak długo, mhm. Odkąd dla wszystkich stało się jasne, że chodzi o uchodźców, zaczęło się. Na przełomie kilku następnych dni niemal każdy jeden z osobna zagaił do mnie na ten temat. Padały teksty w stylu, jak tam moi uchodżcy. Opróćz tego masa pytań wszystkie tego samego rodzaju. Czy są grzeczni i czy uważają, czy jest dyscyplina i czy naprawdę, uczę polskiego czy niemieckiego i jak to tak, a – moje ulubione, mój absolutny highlight – czy ja też muszę ubierać hijab idąc na zajęcia.

Od dorosłej osoby autentycznie padło pod moim adresem pytanie, czy ja, jako osoba niewierząca lub katoliczka, idąc na zajęcia odbywające się w neutralnym, europejskim kontekście, czy ja też muszę ubierać chustę na głowę, tylko dlatego, że będą się tam znajdowali ludzie z Iraku i Iranu.

Na sam koniec pożegnałam się krótko wspominając, że to mój ostatni raz i że było mi bardzo miło, bardzo dziękuję. Jak już do wszystkich dotarło i wszyscy przetłumaczyli sobie to między sobą na swój język, również zaczęli mi dziękować gestami, poklepując dłonią w okolice serca, mówili, że było gut, a potem w całej tej spontaniczności zrobiliśmy sobie zdjęcie grupowe. Było przesympatycznie, a ja miałam przyjemne poczucie spełnienia. Świętowałam jednocześnie mój mały sukces, bo miałam jednak pewne obawy i wątpliwości, a udało się.

Nazajutrz w pracy z samego rana znów zostałam zagajona na ten temat. Trwałam jeszcze w lekkiej euforii dnia wczorajszego, z niezmienionym entuzjazmem opowiadałam o tym, jak to było miło na koniec i wszyscy mi dziękowali. Wspomniałam też o tym zdjęciu, na co rozwalony na obniżonym krześle nieuczesany szef uniósł się trochę i stwierdził z bezpardonową stanowczością, że ja to powinnam uważać, a nie się tu fotografować, bo teraz robię sobie zdjęcie, a potem on przyjdzie do mnie do domu. Na moją dosyć zdezorientowaną minę, szef pozwolił sobie kontynuować i jeszcze głośniej orzekł, że oni są z krajów arabskich i mają inny stosunek do kobiet i że to nie tak, jak tu.

Aha. Współpracownicy są bardzo anty. Szukają negatywnych przykładów, żywią się sensacją, nawet taką rodem z tabloidu. Na moje opowieści, jak było na lekcji –  a początkowo myślałam jeszcze, że kogoś naprawdę interesuje to także merytorycznie – jedyną reakcją był zasłyszany na mieście albo gdzieś w dalekiej rodzinie, kuzynka bratanicy, przykład, jak ktoś pracuje w ośrodku dla uchodźców i regularnie trzeba sprzątać gówno z korytarza, bo jest nasrane.

Nikt mi na pewno nie uwierzył, że było ok. Żadnych sensacji z mojej strony. Na moich zajęciach nikt się niestety nie zesrał. Nie było nikogo w burce z ciemną siatką na oczy i czarne rękawiczki. Mężczyźni nie wypowiadali się pogardliwie o kobietach, nikt nie rozkładał sobie dywanika do modlitwy, nikt nie traktował mnie, jako kobiety, pogardliwie. Ale co tam, ja się nie znam. Ja jestem pewnie z Polski, a u nas to tak nie jest. Jestem niedoświadczona i zielona za uszami, żeby móc rozpoznać pewne rzeczy. Fotografować można się wobec tego tylko z bladoskórymi Niemcami niemieckiego pochodzenia.

Tymczasem nie trzeba daleko szukać – w eleganckim kompleksie hotelowym, którego stałymi gośćmi są niemieccy emeryci, ktoś nasrał na wykładzinę tak, że trzeba było ją wycinać i kłaść nową. Nierzadko zdarza się też świeży kał w pościeli, przykryty lekko kołdrą. Dosłownie: poskładane na kupkę.

Tyle w temacie.

Ja jestem bogatsza w nowe, bardzo ważne doświadczenie, czego nikt mi nie zabierze.

#608; Make it happen

Postanowiłam sobie, że moje motto na nadchodzący rok to “Make it happen” lub w wolnym tłumaczeniu na polski – niech się stanie. Infantylny tekst, który hurtem produkowany jest na kaligrafowananych w esy-floresy  grafikach (i pewnie tylko dlatego go cytuję) znaczy w gruncie rzeczy bardzo dużo. Szczególnie w kwestii miejsca zamieszkania.

Samo to, że mieszkamy w Paryżu czy Londynie nie uczyni naszego życia niesamowitym. Możemy mieszkać we wspaniałym mieszkaniu, na którego czynsz ledwie nas stać i zaglądać w okna ludziom w kamienicy po przeciwnej stronie ulicy podpatrując ich wspaniałe życie, ich regały aż po sufit wypełnione pięknymi wydawnictwami i ich kaczkę w pięciu smakach na kolację. My w tym samym czasie spędzamy wieczory w domu garściami czerpiąc z darmowych luksusów dzisiejszej globalizacji – telefonujemy na skypie, bo za darmo, dalej podglądamy cudze życie na instragramie lub na youtubie, przyczyniając się tylko do tego, że życie tych fabulous ludzi będzie jeszcze bardziej fabulous, a nasze własne jeszcze bardziej mizerne. Bez dwóch zdań, większe miasta mają o wiele więcej do zaoferowania niż mniejsze miejscowości pod kątem choćby kultury, ale nie wiem, czy statystyczny mieszkaniec takiego Paryża z klasy niższej lub średniej odwiedza te muzea tak regularnie? W Halle np. też jest kilka muzeów, a chodzę tam sporadycznie. Błąd! Dlaczegóż? W tym samym czasie, kiedy przy sobotnim śniadaniu zaczynam narzekać, że nie ma co robić, mogłabym być już w drodze do muzeum, czyż nie?

Mam wrażenie, że niektórzy ludzie przywiązują zbyt dużą wagę do miejsca zamieszkania i na tym budują swój kompleks. To, że mieszkam w małej miejscowości nie oznacza, że nie mogę jeść croissanta na śniadanie. Tak samo to, że mieszkam w Paryżu niczym nie przeszkadza mi w tym, żeby obżreć się od góry do dołu w McDonaldzie a nie w le bistrot.

Mieszkam w Halle an der Saale i szykuję się już na (kolejny) najcudowniejszy rok mojego życia!

Co mi przeszkadza w tym, żeby nie roztapiać czekolady w kąpieli wodnej i nie podawać jej w tych małych filiżankach ze szczyptą chilli i cynamonu? Dlaczego niby nie mogę ugotować rosołu (a chociaż spróbować, bo zawsze może nie wyjść?). A nie mogę zrobić pierogów? A spotykać się z ludźmi na brunch w niedzielę?

Mam te 25 lat rocznikowo i czuję już od dobrych kilku lat, że ten czas nadszedł. Na wieszanie sobie obrazów na ścianie (nie zastanawiać się kilka lat, czy można wbijać gwoździe w mieszkaniu), na kupowanie sobie ładnych rzeczy do pokoju i porządnych butów. Na parzenie herbaty w dzbanku i podawanie jej w filiżankach i na tacy. Na uzupełnianie domowej biblioteczki klasyką literatury światowej. Na stworzenie w ogóle domowej biblioteczki. Dorosłość można definiować wielorako – dla mnie było to robienie pierogów. Pokusiłam się otóż w zeszły weekend na pierogi ruskie. Zerknęłam tylko na przepis, ale wiedziałam przecież doskonale jak zawsze robi je moja mama. I że do farszu dodaje się jeszcze czosnek, tak jak oglądaliśmy raz w Kuchennych Rewolucjach. Cała produkcja zajęła dobre dwie godziny. Ciasto nie jest zbyt wymagające, bo trzeba tylko zalać mąkę gorącą wodą i ugniatać, ale farsz był trudniejszy niż mi się wydawało. Po wielu próbach, po podsmażaniu kolejnych cebul i doprawiania bez końca, mój farsz nadal nie smakował tak jak ten mojej mamy. Ale było bosko! Lepiliśmy razem te pierogi, przyłączył się też miły kolega-współlokator, leciała sobie muzyczka, było sobotnie popołudnie i było tak cudownie rodzinnie! A potem stały te pierogi takie tłuste i takie dumne na kuchennym stole i było cudownie!

Robię tak od kilku już lat, ale czasem dobrze się uszczypnąć i sobie uświadomić.

Wczoraj spontanicznie zakupiłam w księgarni kolorowankę dla dorosłych. Widziałam ją już na wielu blogach i zdjęciach w internecie, ale postanowiłam i ja dać jej szansę. Zaczęłam ją kolorować wieczorem w łóżku tuż przed pójściem spać. W czasie, gdzie normalnie czytam książkę. Czas, który staram się spędzać bez komputera, bo od tego sławetnego niebieskiego światła potem nie mogę zasnąć. Świetna zabawa! Dodatkowo zakupiłam sobie nowiutki komplet kredek i złapałam się na tym, że długi czas zastanawiałam się, od jakiego koloru zacząć. Ten dylemat kolorystyczny, tak dobrze znany z dzieciństwa! Generalnie w moim obecnym (dorosłym) życiu bawię się nieco innymi kolorami, wszak nie ubieram się w kolory różowe czy żółte, kubki do herbaty albo dekoracja wnętrz jest też w zgoła innych kolorach. Niemniej jednak miło było pozastanawiać się dłuższą chwilę, czy żółty naprawdę pasuje do niebieskiego. Potem malowałam jeden szlaczek konsekwentnie na intensywny niebieski, poprzerywany niedużymi okręgami. Nie minęło może nawet kilka minut, a ja złapałam się na tym, że już się niecierpliwię! Ile jeszcze, przecież ten szlaczek nie jest nawet taki długi!

Widać, przydało mi się to ćwiczenie, ja też muszę ćwiczyć uważność (mindfulness).

Czy ktoś w ogóle jeszcze pamięta, że jest nowy rok? Minęła już euforia? Minęły postanowienia noworoczne? Ja codziennie staram się przypominać sobie datę. Tak też ćwiczę uważność. Mówię sobie, zobacz, jest luty, jest zima, zimą też można się cieszyć. Najczęściej łapię się na tym przy jedzeniu, szczególnie gdy jadam w mensie albo jakiejś knajpie. Pochłaniam to jedzenie czytając przy okazji cokolwiek wpadnie mi w ręce, a po 10 minutach jestem znów głodna i myślę sobie, że to jedzenie pewnie takie dziwne, jakieś sztuczne, że nawet nie syci. Dziwne jest otóż moje roztrzepanie – nie powinno się rozpraszać przy jedzeniu, wtedy nie odbieramy tego jedzenia wszystkimi zmysłami i stąd to pozorne uczucie głodu. Zdarza mi się też pochłonąć paczkę chipsów i nawet tego nie zarejestrować. Okej, okej – chipsów nie powinno się jeść, bo to sama chemia, a co dopiero rozkoszować się nimi – toć to grzech! – jednak moment, w którym wciągam paczkę ostrych chipsów i nawet tego nie rejestruję jest daje jednak nieco do myślenia względem uważności…

A więc tak, pomyślności i uważności w nowym roku! Oby nam się.