#619; Jak zostałam freelancerką

Zupełnie przez przypadek i od niechcenia zostałam freelancerką. Dziwi mnie to o tyle, że śledziłam wcześniej długi czas BlogFreelancerki Gosi Zimniak, naczytałam się książek i artykułów na temat bohaterskiego wyrwania się z korporacyjnego piekła celem założenia klubokawiarni lub sprzedawania artefaktów na Etsy. Dodatkowo bycie freelancerem utożsamiałam z leniwym pracowaniem wszędzie tam, gdzie zmieści się twój laptop. Na hamaku, w rzeczonej klubokawiarni, na Mazurach, w samolocie. Szybkie i od niechcenia zarabianie dużych pieniędzy. Dodatkowo kreatywno-nowoczesny zawód typu grafik, bloger, projektant czegokolwiek i tym podobne.

Ja zostałam freelancerką, bo zwolnili mnie z pracy, a innej formy zatrudnienia nie oferowali. I tak jestem już całe 6 tygodni selbstständig. Rajcuje mnie to w pewien sposób o tyle, że w Polsce wydaje się to być decyzja na wagę życia i śmierci – rzucam etat, bo chcę… coś konkretnego osiągnąć, mieć więcej czasu dla rodziny, więcej mieszkać we własnym domu itd. Tutaj wydaje się, że to dość powszechna i mniej spektakularna forma zatrudnienia. Otrzymuje się honorarium, które może wydawać się wysokie, ale z tego trzeba sobie samemu wszystko opłacić. O ile przy zatrudnieniu na etat pracodawca płaci za ciebie wszystkie składki, a do ciebie na konto trafia kwota netto, którą masz po prostu do dyspozycji – przy honorarium otrzymujesz kwotę brutto, która wydaje ci się ogromna, a potem z tym większym bólem serca musisz płacić te wszystkie składki i ubezpieczenia we własnym zakresie.

Po przepracowanym miesiącu, a konkretnie ostatniego dnia, którego pracujesz, możesz wystawić rachunek. To dość satysfakcjonujące uczucie – wypisywać sobie te wszystkie przepracowane dni i godziny w Excelu, sumując odpowiednie komórki i oglądać sobie te niebiańskie kwoty w obcej walucie. Pracuję w dość dużej firmie, której oczywiście nie wymienię z nazwy. Firma ma oddziały na terenie całego kraju, kursy odbywają się de facto w jeszcze innych miejscach, tam gdzie są pomieszczenia do dyspozycji. W związku z tym napotkałam też pewne trudności natury formalnej – kursy odbywają się gdzieś indziej niż tutejsza filia, mój rachunek musiała skontrolować osoba koordynująca kursy na miejscu, potem dostarczyć go do księgowości w filii tutejszej celem dalszego sprawdzenia, stamtąd dopiero rachunek wyszedł do głównej księgowości w zupełnie innym mieście, gdzie wreszcie zostanie zrealizowany.

Oczywiście nie od razu. W umowie jest paragraf, że czas na uregulowanie rachunku wynosi 30 dni. Oczywiście zwróciłam na niego uwagę już przy pierwszym czytaniu umowy jeszcze przed podpisaniem, ale pomyślałam sobie – eee tam, tak tylko piszą, dlaczego niby miałoby to tak długo trwać? 

Nie wiem, naprawdę nie wiem i jest mi to nadal tajemnicą, ale trwa to rzeczywiście tak długo. To “czekanie na hajs” to dla mnie zupełnie nowe i bardzo dziwne doświadczenie. Naczytałam się, jak już wspomniałam, o freelancerach i różnych aspektach takiego życia/pracy. Raz przeczytałam nawet tekst, który wyjątkowo zapadł mi w pamięć, nazywał się “Pokolenie Oczekujących na Przelew” u Radomskiej.

Oczywiście samo rozpoczęcie nowej pracy jest dziwne o tyle, że pracujesz cały miesiąc, a pieniądze będą dopiero pod koniec, a za coś trzeba żyć. Ale masakra, co? Płacą raz w miesiącu…

Niemniej nigdy nie byłam w sytuacji, gdzie czeka się dwa miesiące. Przy tym najgorsze jest to, że przez ten miesiąc, gdzie już tylko wyczekujesz, ten jakby drugi miesiąc, też musisz pracować i dawać z siebie wszystko i uskuteczniać slow-talk przy ksero, a przede wszystkim przeprowadzać dobre lekcje. To dla mnie osobiście duży prztyczek w nos, bo mam nieznośny zwyczaj wydawania pieniędzy, których de facto jeszcze nie mam. W mojej wyobraźni byłam już bogata i myślami snułam się już gdzieś w dalekich odmętach bogactwa… Nie chodzi oczywiście o to, że nie mam, co jeść. Chodzi bardziej o mój konsumpcjonizm. I frustracja, że trzeba żyć z oszczędności, a przecież tak wzorowo odkładałam sobie pieniądze na konto oszczędnościowe…

Mam taki nawyk, że im trudniej momentami przychodzi mi pogodzenie studiów z pracą i pracy z normalnym życiem, tym częściej sobie to wynagradzam kupując różne rzeczy. A kupuję najczęściej ubrania. Myślę sobie, że jak będę miała ładne ubrania to bardziej będzie chciało mi się wstać skoro świt, a przede wszystkim będę pewniejsza siebie i łatwiej mi będzie stanąć tam przed tą grupą i się produkować cały dzień. Trochę to się zgadza, bo ubranie nie jest w końcu tak całkiem bez znaczenia szczególnie w moim zawodzie, ale nie do tego stopnia.

Czekanie na hajs to dla mnie doświadczenie, które każe mi się skoncentrować na rzeczach ważniejszych – pisanie pracy, dopinanie formalności na uczelni, szukanie mieszkania, szukanie kolejnej pracy etc. Nie oglądam w nieskończoność ofert sklepów internetowych, bo i tak nie mam za co robić zbytecznego shoppingu. Nie chodzę do hinduskiej restauracji (choć kocham bardzo to jedzenie i muszę przyznać, że bywam/bywałam tam raz w miesiącu), tylko przypominam sobie, że mam jeszcze zamrożone pierogi. W żadnym wypadku nie nazwałabym tego ubóstwem, bardziej brak bezsensownego konsumpcjonizmu.

Będąc freelancerem ma się z jednej strony tą swobodę, że można sobie wyjechać, kiedy się ma ochotę, można sobie chorować spokojnie i bez wyrzutów sumienia, można sobie najzwyczajniej w świecie zostać w łóżku… Ogromną wadą jest jednak fakt, że jak nie pracujesz, to nie zarabiasz pieniędzy. Moje długo planowane sierpniowe wczasy w Świnoujściu przypadły akurat na ten okres, gdzie miałam pracować codziennie przez dwa tygodnie. Nie pasuje mi w tym terminie – okej, ale potem niestety nie ma już dla mnie wolnych miejsc. W sierpniu jestem bezrobotna, dlatego, że planowałam wczasy w maju i akurat nie trafiłam z terminem.

Dziwna, bardzo dziwna, ta new economy.