Jak wytłumaczyć Polskę

Nie myślałam długo nad tym wpisem i właściwie piszę go tak trochę z bomby. Przeczytałam właśnie wywiad z Filipem Springerem na temat jego najnowszej książki “Miasto Archipelag”. Wspomniał o tym, że w Polsce nie ma czegoś takiego jak decentralizacja urzędów, tak jak to robi się w innych państwach, Czechach, Szwecji, czy Niemczech. W Polsce każda kolejna duża instytucja powstaje w Warszawie lub jej okolicach. Z tego względu Polska to tylko Warszawa, a z drugiej strony Warszawa tak bardzo nie jest Polską. Żeby było jasne – w Warszawie nigdy nie byłam, ach, nie, byłam raz na dwa dni w Instytucie Goethego, a z miasta zobaczyłam tylko ulicę Chmielną, Nowy Świat i okolice Dworca Centralnego. Byłam dość zajęta, więc nie miałam okazji pozwiedzać i powłóczyć się na własną rękę. Jedyne, co mnie ciągnie do Warszawy, to liczne muzea, które oczywiście są tam – muzeum powstania warszawskiego, muzeum historii żydów polskich Polin, a w szczególności muzeum literatury, gdzie znajdują się rękopisy Agnieszki Osieckiej, którą uwielbiam.

Ta wzmianka o Niemczech, znowu mi się przypomniało. Czasami muszę objaśniać Polskę Julianowi. Właściwie nawzajem sobie objaśniamy oba kraje, Polskę i Niemcy. Nieuchronne porównania, ale bez pospolitego utyskiwania. Będąc w Polsce ma się zupełnie inną perspektywę na aktualne wydarzenia niż z perspektywy innego kraju. Bardziej docierają do mnie niektóre wiadomości, na zupełnie co innego zwracam uwagę. Odkąd tutaj mieszkam, nie mam telewizora, więc nie dociera do mnie żaden strumień nieustannych wiadomości z tvn24. Żadne dziwnie formułowane wiadomości. Czytam treści właściwie tylko w internecie, klikam na tytuły, które mnie interesują, to co mnie trapi i co mi wpadnie w oko. Telewizji polskiej już nie oglądam, telewizji niemieckiej nie oglądałam nigdy, więc klimaty niemieckie docierają do mnie również z gazet, które kupuję rzadko, prawie w ogóle lub z internetu. Miałam kiedyś krótką prenumeratę Die Zeit, czasem kupię gdzieś na dworcu Süddeutsche Zeitung, kiedy chcę się szczególnie dointelektualizować, ale denerwuje mnie szczerze format tych gazet, które są tutaj przeogromne. Można nimi dosłownie nakryć stół, a i tak poły makulatury będą zwisały aż do ziemi. Nie mogę czytać w takim stanie, więc preferuję internet.

Julian interesuje się Polską. Próbuje zrozumieć kraj, o którym nigdy nie miał pojęcia, bo tak na dobrą sprawę, kogo, kiedy i w jakim kontekście na arenie międzynarodowej interesowało tak stosunkowo małe państwo jak Polska? Jeżeli są wybory to rozmawiamy akurat o wyborach i o systemie wyborczym, który u nas jest przecież nieco inny niż w Niemczech. Rozmawiamy o partiach politycznych, dyskutujemy o najnowszych wydarzeniach czy wypowiedziach poszczególnych polityków, które cytowane są obszernie również w niemieckich mediach. Łapię się często na tym, że wielu rzeczy nie rozumiem, nigdy się nad nimi nie zastanawiałam. Nie do końca wiem, o co chodzi wszystkim partiom politycznym w Polsce, wiem tylko, że się nieustannie kłócą. Nie do końca wiem, jak funkcjonuje system emerytalny, jakie są ubezpieczenia, jakie formy zatrudnienia są korzystne, a które nie, wiem natomiast dobrze, jak to wygląda w Niemczech. Trochę mi z tym niezręcznie, bo jak to tak – w polskim ZUSie się nie orientuję, a w niemieckim tak? A ubezpieczenie zdrowotne? A przepisy prawne?

No, ale tak jest. Ja jestem akurat w tej sytuacji, że w dorosłe życie, także zawodowe wkraczałam w Niemczech. W Polsce mnie podatki, ubezpieczenia zdrowotne, ZUSy i inne takie rzeczy po prostu nie interesowały, bo większość robili za mnie moi rodzice, ja tylko od czasu do czasu musiałam dostarczyć jakieś zaświadczenie.

Aktualna debata na temat aborcji w Polsce, Czarny Protest, Czarny Poniedziałek i tego typu rzeczy… Rozmawiamy o tym wszystkim przy kuchennym stole, a Julian szczerze nie rozumie bądź nie dowierza. Ale jak, ale dlaczego, przecież to polskie prawo i tak jest jednym z najbardziej rygorystycznych na świecie… Oglądamy mapkę, gdzie kolorami oznaczone są kraje, gdzie aborcja jest możliwa, gdzie nie i w jakim stopniu.

Kredyty we frankach i oszustwa ze strony banków – niedawno pisałam na ten temat pracę semestralną, czy banki kłamały z lingwistycznego punktu widzenia. W Niemczech tak nie jest, tutaj coś takiego nie byłoby w ogóle możliwe.

Uchodźcy – bezsensowne pienienie się polskiego rządu i polskiego społeczeństwa. Obelgi pod adresem uchodźców, pod adresem Angeli Merkel, która zdecydowała się ich przyjąć, wulgaryzmy o wszach, syfie, epidemii itp, aż szkoda przytaczać.

Rynek najmu bądź jego brak w Polsce.

Opieka medyczna i chodzenie do lekarza prywatnie.

Opieka nad starszymi ludźmi i to, że są pozostawieni sami sobie.

Związki zawodowe.

Jednym z tych rzeczy, które naprawdę do mnie trafiają mieszkając w Niemczech, jest to, że tu na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być normalne. Politycy wprowadzają ustawy mające na celu chronić swoich obywateli lub ułatwiać im życie. Jeżeli ci obywatele potrzebują pomocy, także finansowej, państwo im ją oferuje. Zauważam to najbardziej w odniesieniu do polityki – politycy to wykształceni, inteligentni ludzie, którzy się ze sobą przede wszystkim nie kłócą. Oczywiście, obecny rząd nie ma 100% poparcia, ale kultura prowadzenia dialogu w tym kraju zaskakuje przede wszystkim tym, że w ogóle jest.

Chcąc nie chcąc śledzę też amerykańską politykę, choć nigdy nie rozumiem dlaczego europejskie media się tym tak bardzo ekscytują. Bardziej jestem zorientowana w wyborach prezydenckich w USA niż w tych w Polsce, o ile akurat są. Niemniej oglądałam ostatnio przemowę Michelle Obamy, w której to bez skrupułów krytykowała Donalda Trumpa, nie przebierając w słowach. Popłakałam się, jak często przy jej przemówieniach. Potem pomyślałam sobie, jakie to musi być piękne, móc żyć w kraju, w którym są normalni politycy, normalni ludzie, z którymi zgadzasz się w tym, co mówią i za czym się opowiadają. W ogóle mieć swojego kandydata… Obecnie śledzę więc amerykańską kampanię, niemiecką politykę w niedużej części i polską politykę w dużej mierze. Z tej polskiej docierają do mnie cytaty jak ten niedawny Kaczyńskiego – będziemy dążyć do tego, aby dzieci rodziły się… zdeformowane… ochrzcić… miały imię… pochować… Wzruszam się przy przemówieniach Michelle Obamy i płaczę z najczystszego żalu z rodzimej polityki.

Potem zasiadamy z Julianem wieczorem przy stole i chciałabym powiedzieć mu o tych słowach Kaczyńskiego. Ale sama ich nie rozumiem. Nie wiem, jak je przetrawić. Jak je ująć w słowa, co myśleć, jakie argumenty do tego dorobić. Nie mówię nic.

#612; Jak robiłam praktykę

Na początku marca odbywałam praktyki, a były to pierwsze praktyki z prawdziwego zdarzenia w moim życiu. Moją prawdziwą pierwszą praktykę odbyłam w dziwnym biurze tłumaczeń znajdującym się w World Trade Center Poznań i na tym kończyły się wszelkie atrakcje. W ramach mojej praktyki wysłuchałam jednej (!) inaugurującej śpiewki na temat tłumaczenia, potem przez cały okres trwania praktyk wysłałam niemożliwą ilość maili, sprawnie obsługiwałam skróty klawiaturowe kopiuj-wklej. Obejrzałam także od samiutkiego początku blog Cut by Fred, co było chyba moim największym osiągnięciem, jako że w wyniku tego gusta mi się znacznie wyostrzyły.

W ramach obecnych studiów magisterskich także czekała na mnie praktyka do zrobienia. Odwlekałam ją trochę w czasie, bo nie wiedziałam tak naprawdę do kogo się zwrócić, trochę się bałam, wmawiałam sobie, że mam czas i generalnie nie byłam jeszcze gotowa podjąć tego wyzwania.

Koniec końców trafiłam jednak do niedużej instytucji, która oferuje różnego rodzaju kursy – wychowawca, opiekun osób starszych, a także kursy językowe. Moim zadaniem było poprowadzić 20 godzin tak zwanego Willkommenskurs. Jest to intensywny kurs, cztery godziny dziennie, pięć dni w tygodniu. Uczestniczą w nim ludzie niedawno przybyli do Niemiec, pochodzą przeważnie z Syrii, Afganistanu, Iraku lub Iranu.

Przed rozpoczęciem praktyk miałam dokładnie dwie godziny, precyzyjnie rzecz biorąc 90 minut doświadczenia. To ten mój pamiętny debiut, pierwszy raz w życiu, gdy występowałam jako pani.  Tym razem już się aż tak nie stresowałam, mogłam spać w nocy, przed lekcją byłam całkiem wyluzowana. I poszło. Udało się. Bardziej niż uczenia samego w sobie bałam się pani z biura nadzorującej praktyki. Bałam się mojego urojonego niemieckiego podejścia, że powita mnie butna, za grosz nieumalowana pani uzbrojona w segregator, powita mnie sztywno i nader uprzejmie, po czym będę podążać za jej krokami do odosobnionego pokoju, w którym w zasadzie nic się nie odbędzie i nie będzie mnie pytać o nic szczególnego, ale każdej chwili trzeba przecież nadać charakter oficjalnej. Wszystko ma jakiś cel.

Tak też nie było. Oczywiście była pani w biurze, która się dość mało uśmiechała, ale oszczędziła mi formalnych wykładów i wykładzików na temat tego, co mam robić. Była po prostu miła. Pokazała mi wszystko i odpowiadała na wszystkie pytania. Podpisałam jakiś kwit, jakąś kartkę o dyskrecji, na której małym drukiem zapisane było, co to w ogóle znaczy i tyle z formalności. Najważniejszą rzeczą w całych tych praktykach, a w szczególności na początku, było udawanie, że umiem – reklamowałam się tym, że studiuję Deutsch als Fremdsprache, a wszyscy w cudownie łagodny sposób wychodzili z założenia, że na pewno znam się na tym i wiem, co robię. Nikt nie pytał się o moje doświadczenie, planowanie lekcji było w moim zakresie, nie wypełniałam żadnych głupich tabelek jak na zajęciach. Musiałam po prostu być na czas, a nawet 10 minut wcześniej, żeby skserować. Tej ogromnej, wielofunkcyjnej maszyny do kserowania bałam się w zasadzie bardziej niż samej tej czynności – stać przed grupą i sprawić, by robili, to, co im mówisz.

Nauczona doświadczeniem, napomknęłam też w pracy, że robię praktykę. Wiem, że lepiej wspomnieć, choćby w przelocie i choćby jednej osobie, choćby przy ekspresie do kawy, co u ciebie. Inaczej wszyscy z szefem na czele będą cię uważać za ostatniego buca. A co to za praktyka, a gdzie i kto to, jak długo, mhm. Odkąd dla wszystkich stało się jasne, że chodzi o uchodźców, zaczęło się. Na przełomie kilku następnych dni niemal każdy jeden z osobna zagaił do mnie na ten temat. Padały teksty w stylu, jak tam moi uchodżcy. Opróćz tego masa pytań wszystkie tego samego rodzaju. Czy są grzeczni i czy uważają, czy jest dyscyplina i czy naprawdę, uczę polskiego czy niemieckiego i jak to tak, a – moje ulubione, mój absolutny highlight – czy ja też muszę ubierać hijab idąc na zajęcia.

Od dorosłej osoby autentycznie padło pod moim adresem pytanie, czy ja, jako osoba niewierząca lub katoliczka, idąc na zajęcia odbywające się w neutralnym, europejskim kontekście, czy ja też muszę ubierać chustę na głowę, tylko dlatego, że będą się tam znajdowali ludzie z Iraku i Iranu.

Na sam koniec pożegnałam się krótko wspominając, że to mój ostatni raz i że było mi bardzo miło, bardzo dziękuję. Jak już do wszystkich dotarło i wszyscy przetłumaczyli sobie to między sobą na swój język, również zaczęli mi dziękować gestami, poklepując dłonią w okolice serca, mówili, że było gut, a potem w całej tej spontaniczności zrobiliśmy sobie zdjęcie grupowe. Było przesympatycznie, a ja miałam przyjemne poczucie spełnienia. Świętowałam jednocześnie mój mały sukces, bo miałam jednak pewne obawy i wątpliwości, a udało się.

Nazajutrz w pracy z samego rana znów zostałam zagajona na ten temat. Trwałam jeszcze w lekkiej euforii dnia wczorajszego, z niezmienionym entuzjazmem opowiadałam o tym, jak to było miło na koniec i wszyscy mi dziękowali. Wspomniałam też o tym zdjęciu, na co rozwalony na obniżonym krześle nieuczesany szef uniósł się trochę i stwierdził z bezpardonową stanowczością, że ja to powinnam uważać, a nie się tu fotografować, bo teraz robię sobie zdjęcie, a potem on przyjdzie do mnie do domu. Na moją dosyć zdezorientowaną minę, szef pozwolił sobie kontynuować i jeszcze głośniej orzekł, że oni są z krajów arabskich i mają inny stosunek do kobiet i że to nie tak, jak tu.

Aha. Współpracownicy są bardzo anty. Szukają negatywnych przykładów, żywią się sensacją, nawet taką rodem z tabloidu. Na moje opowieści, jak było na lekcji –  a początkowo myślałam jeszcze, że kogoś naprawdę interesuje to także merytorycznie – jedyną reakcją był zasłyszany na mieście albo gdzieś w dalekiej rodzinie, kuzynka bratanicy, przykład, jak ktoś pracuje w ośrodku dla uchodźców i regularnie trzeba sprzątać gówno z korytarza, bo jest nasrane.

Nikt mi na pewno nie uwierzył, że było ok. Żadnych sensacji z mojej strony. Na moich zajęciach nikt się niestety nie zesrał. Nie było nikogo w burce z ciemną siatką na oczy i czarne rękawiczki. Mężczyźni nie wypowiadali się pogardliwie o kobietach, nikt nie rozkładał sobie dywanika do modlitwy, nikt nie traktował mnie, jako kobiety, pogardliwie. Ale co tam, ja się nie znam. Ja jestem pewnie z Polski, a u nas to tak nie jest. Jestem niedoświadczona i zielona za uszami, żeby móc rozpoznać pewne rzeczy. Fotografować można się wobec tego tylko z bladoskórymi Niemcami niemieckiego pochodzenia.

Tymczasem nie trzeba daleko szukać – w eleganckim kompleksie hotelowym, którego stałymi gośćmi są niemieccy emeryci, ktoś nasrał na wykładzinę tak, że trzeba było ją wycinać i kłaść nową. Nierzadko zdarza się też świeży kał w pościeli, przykryty lekko kołdrą. Dosłownie: poskładane na kupkę.

Tyle w temacie.

Ja jestem bogatsza w nowe, bardzo ważne doświadczenie, czego nikt mi nie zabierze.

#587; Zagranica

kamienica

Znaliśmy się od gówniarza. Chodziliśmy razem do szkoły. Z czasem, wraz z następowaniem kolejnych szkół i etapów edukacji, nasze drogi się rozeszły. Odtąd tylko Święta Bożego Narodzenia były pretekstem do spotkania. Wszyscy mieli już 18 lat, obowiązkowym punktem programu było rozbijanie się autem rodziców po mieście – rundki. Było zimno. Zaparkowaliśmy koło promki i zastanawialiśmy się, czy odważyć się pójść na plażę czy lepiej zostać w ogrzewanym aucie. On opowiadał wrażenia z Londynu. Że regularnie chodzi do takiego klubu, gdzie ludzie sobie śpiewają i raz akurat nie poszedł, a następnego dnia dowiedział się od znajomych, że wpadła tam akurat Adele i sobie z ludźmi śpiewała, tak ot. Że pracował jako kelner w kawiarni, gdzie kierowniczka (Polka) kradła pieniądze i próbowała zwalić winę na niego. Że jak mu zabrakło hajsu na bilet to stanął w metrze i zaczął śpiewać, a po 5 minutach miał więcej hajsu niż po kilku godzinach pracy. Szalone miejsce nie z tej ziemi. Gdzie wszystko jest możliwe i wszystko można – nosić, osiągnąć, kupić, robić.


Byliśmy wtedy w gimnazjum. I w Unii Europejskiej. Był rok ok. 2005, jeżeli dobrze pamiętam. Zdawałam sobie sprawę, że Europa i że to wielkie wydarzenie, bo w mediach panowało wielkie podniecenie. No i jako dzieciarnia ze świnoujskiej szkoły musieliśmy się publicznie cieszyć na plaży ze sztandarami i z całym tym cyrkiem. Wejście Polski do Unii Europejskiej. Poza robieniem z siebie pajaca na plaży w chłodny, majowy dzień wraz z młodzieżą niemiecką po przeciwnej stronie już nieistniejącej barykady, nie miało to dla mnie większego znaczenia. Pewnego razu ona zaczęła opowiadać, że siostra wyjeżdża do Londynu. Tam jeżdżąc na śmieciarce zarabiasz więcej niż tutaj pracując w niewiadomojakiej firmie. Pojechali. On pracował na rzeczonej śmieciarce, ona nie. Ściągnęli rodzinę. Były odwiedziny w wakacje i niesamowite zakupy w Primarku. Wyprzedaże w Aldi, wszystko po 1 funta. Zachwyt tamtejszymi realiami, tamtejszą beztroską wyrażaną w ilością niesamowicie stylowych rzeczy z Primarka za 1 funta. Też chciałam mieć te piękne podróbki emu we wszystkich kolorach tęczy za te śmieszne pieniądze. Londyn zachwycał. Jego zabytki, królowa, London Eye i ciapaki. Dla niewtajemniczonych, “ciapaki” to ludzie pochodzenia hinduskiego tudzież wszyscy o innym kolorze skóry niż biało-różowo-świnkowo-europejski.


Moje życie jest dziełem przypadku.

Miałam to szczęście, że wychowywałam się w małej, nadmorskiej miejscowości, jednak nie powiedziałabym, że odcięta od świata. Prawdopodobnie byłam zajęta innymi rzeczami – czytaniem, pisaniem, budowaniem z klocków lub chodzeniem na zajęcia pozalekcyjne. Być może liczba mieszkańców Dziwnowa nie przekraczała ilości wolnych wakatów, być może bezrobocie w ogóle nie istniało? Zagranica jako magiczny wytwór niespełnionych marzeń i bezkresnych możliwości dla mnie nie istniał. Może byłam mała i naiwna. Może z 10-letnimi dziećmi się na ten temat nie rozmawia? Za granicą byłam jedynie w Czechach. Babcia Franciszka mieszkała w Kłodzku, bardzo blisko czeskiej granicy i jeździliśmy tam za każdym razem, jak ją odwiedzaliśmy, czyli w niemal każde lato. Czekaliśmy w naszym małym tico w kolejce na przejściu granicznym oczekując na kontrolę. Zawsze bardzo chciałam dostać pieczątkę w paszporcie. Pan celnik rzadko był tak łaskawy. Zawsze tylko patrzał i kazał szybko przechodzić dalej. Po czeskiej stronie kupowaliśmy słodycze, głównie lentilki. Prawie wszystko było tak jak u nas. Podobne budynki, podobny język, ludzie się niczym nie wyróżniali. W innych krajach nie byłam.

Jak byłam trochę starsza to jeździliśmy czasami do Świnoujścia, jako do wielkiego miasta. Czasami mama pozwalała nam nie iść na ostatnią lekcję w piątek. Ja i moja siostra musiałyśmy się szybko przebrać, mama nas czesała i szliśmy na autobus do Świnoujścia. Najczęściej wymiotowałam, bo jako dziecko cierpiałam na chorobę lokomocyjną. Pewnie moje przyzwyczajone do świeżego, morskiego powietrza płuca nie mogły znieść tego smrodu w PKS Kamień Pomorski. Jeździliśmy pozałatwiać różne sprawy – raz lekarz, raz urząd. Największą atrakcją, na co najbardziej się cieszyłam, był Adler. Adler to statek z możliwością zakupów wolnocłowych. Pływają w Świnoujściu do dzisiaj, nie wiem tylko, czy jest jeszcze ten sklep. Widziałam na własne oczy przemyt. Nie byłam tylko w stanie pojąć po co. Kobiety ubierały sukienki i obklejały sobie nogi i podbrzusze sztangami papierosów i butelkami z alkoholem. Proszki do prania w nieziemskich ilościach, słodycze i inne produkty spożywcze. Do dzisiaj jest to dla mnie zagadką. Był z tego jakiś zysk, jeśli następnego dnia sprzedało się te wszystkie papierosy na targowisku miejskim? Adler pływał do Niemiec pod niemiecką banderą, a więc frajda była podwójna – nie tylko płynęło się statkiem, gdzie mama pozwalała iść na górę, tylko po to, żebym na własnej skórze się przekonała jak kurewsko jest zimno i wieje, ale widziało się też Niemców. No i było się, jak by nie patrzał, za granicą. Taka krótka i bezbolesna wycieczka w nieznane. Statkiem kawałek do Niemiec. Podejrzeć, popatrzeć, zmarszczyć nos, zmarznąć i wracać.


Były takie decyzje w moim życiu, które poniekąd narzucili mi moi rodzice, ale nie ta, gdzie będę studiować. Był to też w gruncie rzeczy bardzo poważny moment, gdzie potrzebowałam porad i wskazówek, a wręcz chciałam jakiegoś rozkazu. Niech ktoś mi powie, niech ktoś za mnie określi, niech ktoś mi podsunie odpowiedź na pytanie “i co?”. Pani od niemieckiego w liceum napomknęła, że jest taki kierunek, na którym jednocześnie można się uczyć kilku języków. Spodobał mi się ten pomysł i od razu przyjęłam go za swój. Od zaraz chciałam studiować lingwistykę stosowaną, bo uznałam, że nawet jeżeli nie wiesz, co chcesz robić w życiu, znajomość języka obcego na pewno nie zaszkodzi, a gdyby naszła mnie wspaniała idea za parę miesięcy to zawsze mogę podjąć się czegoś innego, a jednocześnie nie zmarnowałam czasu. Padło na Poznań. Wtedy wszyscy szli na studia do Szczecina, teraz wydaje mi się, że wszyscy są w Poznaniu. Na Uniwersytecie Adama Mickiewicza okazało się, że języki obce są, owszem, nauczane, ale najbardziej niemiecki. Eee, yyy, no okej, no dobra, miałam przecież niemiecki w szkole, ale nie taka była umowa. Przecież lepiej znam angielski, bardziej lubię angielski i łatwiej mi on przychodzi. Niemiecki??? Serio??? Okazało się, że te studia to generalnie germanistyka z kursem angielskiego i lektoratem trzeciego języka po pierwszym roku. Wszystkie zajęcia z językoznawstwa itd. były po niemiecku. Ach, tego też nie wiedziałam – naiwnie myślałam, że to stricte kursy językowe, nie wiedziałam, że będę musiała się uczyć historii językoznawstwa i wszystkich tych praktycznych rzeczy. Uczyłam się ciężkimi nocami i to wszystko po niemiecku. Wtedy byłam na etapie, że ledwo byłam w stanie zrozumieć język niemiecki w najczystszym jego wydaniu, czyli w mowie, co dopiero teorię objaśnioną w tym języku. Musiałam wszystko sobie dwa razy tłumaczyć w głowie, najpierw zrozumieć tą warstwę po niemiecku, a potem wyłapać jeszcze z tego teorię. I to też zrozumieć. Było to dosyć trudne. Myślę, że na tym polega główna trudność studiów, gdzie językiem wykładowym jest język inny niż ojczysty tudzież studiów za granicą w ogóle. To tłumaczenie sobie lub ta, nabyta z czasem, umiejętność nietłumaczenia sobie i rozumienia mimo to.

Być może zawodzi mnie pamięć, ale nie przypominam sobie, żebyśmy jeździli do Niemiec lub mieli jakikolwiek kontakt z tym krajem, poza tym, że niemalże na pamięć wkuwaliśmy dziwny i sztywny podręcznik na dumnym poziomie C1. Przypominam sobie, że raz byliśmy na wymianie w Marburgu. Było zimno i z dupy. Najbardziej w pamięci zapadł mi Weihnachtsmarkt i fakt, że nie pojęłam, że do każdego kubeczka wina za 2,50€ doliczana jest kaucja również 2,50€ za kubeczek i myślałam, że mnie oszukali, ale bałam się odezwać. I nie powiedziałam nic. W duchu i w ułamku sekundy pogodziłam się z myślą, że właśnie piję 200ml ciepłego wina z kartonu za 5€. Za dwadzieścia złotych polskich, innymi słowy.

Bardzo sensowny wydał mi się wyjazd na Erasmusa. Jak gdyby naturalna kolejność rzeczy. Miła odmiana dla wkuwania podręcznika. Przekonanie się na własne oczy (i uszy), co ludzie mówią i czy mówią tak, jak się uczyliśmy w tym głupim podręczniku. Milion synonimów na wszystko. Głupie pytania na egzaminie, na które odpowiedź była zawarta w tytule pewnego rozdziału lub w poleceniu do jednego z ćwiczeń.

Moje życie jest dziełem przypadku.

Rzuciłam rozpoczęte dla pozoru studia magisterskie w Polsce i podjęłam je jeszcze raz w Halle. Od początku. Niektórzy pytali, czy nie szkoda mi tego roku, ale w ogóle nie mam świadomości, żebym cokolwiek straciła. Zyskałam i to bardzo wiele. Więcej niż byłam sobie w stanie zażyczyć. O tyle więcej, że ta śmieszna książka nie zna nawet tylu synonimów.

Od 10 miesięcy żyję w innym kraju. Normalnie. Nie jestem na wymianie, w pracy tymczasowej, na wakacjach w odwiedziny. Mieszkam, żyję, pracuję, studiuję, kocham, spełniam się. Wiodę życie, którego nie znałam nawet z opowieści. Mam satysfakcjonujące poczucie, że żyję zupełnie normalnie. Poznaję ten kraj każdego dnia od coraz to innej strony. Każdego dnia nowi ludzie, którzy mnie zadziwiają, nudzą, bawią i wkurwiają na przeróżne sposoby. Zdaję sobie sprawę, że 10 miesięcy to nie dużo i że zwiedziłam do tej pory stosunkowo niewiele miast, dlatego na tym etapie trudno postrzegać ten kraj w całości i wygłaszać złożone opinie, ale z mojej perspektywy mogę stwierdzić, że wiodę zupełnie normalne życie. Nie doświadczam dyskryminacji. Robię rzeczy, które robiłabym też gdziekolwiek indziej. Chodzę do muzeum i teatru, rzadziej do kina. Na kawę lub coś zjeść. Spotykam co rusz ciekawych ludzi i uczę się nowych rzeczy. Funkcjonuję tak samo, jak funkcjonowałam w takim Poznaniu, z tym że tutaj mam dziwne imię. I jeszcze dziwniejsze nazwisko. No i jestem z Polski. A wszyscy (naprawdę 90%) ludzi, których tutaj spotykam pochodzą w pewien sposób ze Schlesien. Dziadek, pradziadek, dalsza rodzina. Ludzie mają polsko-brzmiące nazwiska lub imiona. W każdej, nawet tej niezobowiązującej rozmowie ze mną, dowiaduję się o śląskich korzeniach mojego rozmówcy oraz że Das war ja alles Deutschland. No tak. Racja.

Teraz poznaję legendarną zagranicę z jeszcze innej perspektywy. Pracuję w małej firmie, miłym biurze wypełnionym pomarańczowymi, połyskującymi meblami. Cały dzień wiszę na telefonie lub stukam w klawiaturę, zatrudniając moich rodaków do pracy zagranicą. Nasza cecha narodowa to mówienie trochę nie na temat i opowiadanie wszystkiego, co nie potrzebne, dlatego pośród pytań o doświadczenie i kwalifikacje zawodowe wysłuchuję opowieści rodzinnych i innych pretensji. Że ktoś ma dość Polski i chce do Niemiec zabrać rodzinę. Innym razem dzwoni ktoś zaaferowany, bo zorientował się, że z tytułu pracowania na terenie Niemiec ma prawo do pobierania zasiłku. Pani kochana! Ktoś opowiada, zupełnie od rzeczy, gdzie to on nie mieszkał, nie pracował i ile to jego rodziny i znajomych mieszka w Köln. Prośby, czy można by szybciej dostać pieniądze, bo ja przecież do Polski też muszę wysłać, wie Pani jak to jest. Niektórzy dzwonią i pytają, czy mogę im załatwić pracę, bo oni bardzo chcieliby pracować w Niemczech, bo potrzebują pieniędzy, a wie Pani, jak to w Polsce jest naszej kochanej. 

Zagranica jako idylliczna kraina mlekiem i miodem płynąca nadal istnieje. O ile istnieją wszelakie różnice między Polską a krajami zachodnimi, nazwijmy je zbiórczo gospodarcze, bardziej fascynuje mnie to głęboko zakorzenione, wyrosłe na kompleksach wyobrażenie o Zachodzie. To głęboko komunistyczne pragnienie wyrwania się. Mleko i miód. Dziwię się bardzo, kiedy słyszę, że moi rówieśnicy używają terminu Erefen, mając na myśli Zachód Niemiec. Lub w ogóle termin “Zachodnie Niemcy” określający nie tylko czysto geograficzne usytuowanie niektórych miast. Ten nieznoszący sprzeciwu głos, konstatujący – przecież zawsze można wyjechać do erefenu… – no, jak już się zaczepisz to pójdziesz jak burza… – a, to są te – dedeery?! 

Ja postrzegam się jako obywatelkę Europy. Ludzie, których spotykam tu na co dzień, są dla mnie przede wszystkim ludźmi, nie Niemcami (lub innej narodowości). Narodowość nie ma znaczenia. W każdej jednej rozmowie poruszam trzy obowiązkowe tematy – moje imię (i nazwisko) oraz pochodzenie, rodzina mojego rozmówcy ze Schlesien lub Pommern oraz dramatyczne pytanie, czy potem chcę wrócić czy zostać w Niemczech na stałe.

Najbardziej wkurwia mnie to ostatnie, do tych dwóch ostatnich już się przyzwyczaiłam. Dlaczego jest ta dychotomia? Niektórzy pytają po prostu, czy chcę zostać w Niemczech. A ja nie chcę. Oznajmiłam już, że nie będę tutaj mieszkać na stałe, dla zasady. Bo zdaję sobie sprawę, ilu jest tutaj Polaków i nie chcę być jedną z nich. Emigracja do Niemiec to niemalże stereotyp. Nie chcę podążać tą ścieżką. Ponadto, chciałabym być kimś innym niż laską z dziwnym imieniem, pochodzącą z terenów, z których przed laty wypędzono czyichś dziadków. Chcę opowiadać o innych rzeczach. Zmienić atmosferę. Coś zdziałać. Nie chcę być Ausländerin całe życie. Chcę się przemieszczać. Chcę mieszkać wszędzie po trochu. Nie mam zamiaru zapuszczać korzeni w wieku 23 lat. Nie zostanę w Niemczech na stałe. Wrócę do Polski i udowodnię sobie i innym, że można. Na chwilę obecną będę mieszkała tutaj jeszcze 1,5 roku i bardzo cieszę się na te 1,5 roku. Przygodo, trwaj.