#613

W Świnoujściu najlepsze jest to, że weekendowe poranki niczym nie różnią się od środowych. Słońce świeci absolutnie każdego poranka. Nawet jeśli potem ma być pochmurno, to się zachmurzy, ale rano słońce na pewno wzejdzie w pełnej krasie. Przed ósmą widać z okna tylko młodzież maszerującą do szkoły, poza tym przyjemna cisza i spokój. Mewy. Pojedyncze auta na ulicy. Mimo wszystko jest co robić. Na plaży można spacerować. Też z kijkami, jak ja dziś rano. Można napić się kawy gdzieś nieopodal. Można wstąpić do biblioteki mieszczącej się w bardzo ładnym budynku. Dobrze wyposażona, także w ciekawe nowości biblioteka, gdzie w każdej książce są jeszcze karty, na które pani pieczątką przybija datę wypożyczenia i umieszcza ją w twojej imiennej karcie. Jest też papierowy katalog z mnóstwem szuflad. Nikogo tak naprawdę nie interesuje, czy tą książkę oddasz lub kiedy. Jeśli odnalazłam w katalogu jakąś pozycję, ale nie mogę jej odnaleźć na półce to nie wiadomo, gdzie ona jest. Przypuszcza się oczywiście, że jest wypożyczona, ale równie dobrze może leżeć gdzieś indziej. Nie wiadomo także, do kiedy jest wypożyczona. Ot, małomiejska ufność.

Czytałam w Wyborczej że są inicjatywy na ożywienie miast – Kielce, Lublin, Płock. Angażują się tam głównie uczniowie, którzy lubią swoje miasto i wcale nie chcą z niego wyjeżdżać lub chcą wrócić po studiach, jako że nie wszystkie te miasta dysponują uniwersytetem. Więcej do poczytania tutaj (klik). Myślę, że – na całe szczęście – Świnoujście jest już takim miastem, jako że znam osobiście kilka takich osób, które po studiach gdzieś tam, najbliżej w Szczecinie, wróciły całkiem świadomie do Świnoujścia. Myślę, że ludzie są tu nieco rozpieszczeni panującymi warunkami – jest tu stosunkowo niska zabudowa, dużo światła, często świeci słońce, jest łagodniejszy klimat – zima nigdy nie jest sroga, a latem jest maksymalnie dwadzieścia kilka stopni, do tego lekki wiaterek. Oprócz przewspaniałej, cudownie ogromnej plaży wszędzie są parki, ścieżki rowerowe ciągnące się przez niemal całe miasto. Są też za drogie mieszkania, za drogie knajpy i może nie wszystko jest takie idealne, ale ten slow life i chillout, którzy praktykują wszyscy mieszkańcy, nawet nie znając żadnej z tych etykietek. Ja też myślę o Świno jak najcieplej. Chciałabym tu mieszkać, bo przyciąga mnie ten styl życia. Chodzisz do sklepu do kogoś, do Mareczka po kwiaty, jeśli nie znasz imienia to po prostu do pani. Sklep nie jest po prostu sklepem, a knajpa tylko knajpą – zawsze wiadomo, kto tam pracuje – sąsiadka, mama koleżanki, kolega ze szkoły. Są drogie mieszkania i drogi wynajem. Nawet z kredytem stać cię będzie może na mieszkanie 2-pokojowe, a w innej części kraju załapałoby się może i na cztery, ale w Paryżu jest jeszcze drożej, a i tak wszyscy tam mieszkają, chcą mieszkać i są chic!

Za każdym razem próbuję zakonserwować część tutejszej atmosfery i zabrać ze sobą. I staram się żyć tak samo gdziekolwiek jestem, jak w Świno, ale nie zawsze się to udaje. Nie wszędzie jest tyle słońca. Ten kolor nieba. I to powietrze. A szkoda. Muszę tu wrócić, jak najszybciej.

#602; Granica minimalizmu

Śledzę trend minimalizmu od dłuższego już czasu. Sposób, w jaki znajduje swoje odzwierciedlenie w licznych publikacjach najróżniejszego sortu. Myślę, że mogłabym powiedzieć o sobie, że jestem minimalistką, choć nie w tej klasycznej wersji, szaro-beżowej, jeansy Levi’s. Na święta nie proszę Mikołaja o ubrania Acne, nie preferuję androginicznego stylu na sobie, moja bielizna to nie Calvin Klein.

Przyglądając się temu wszystkiemu dochodzę do wniosku, że sens minimalizmu polega także na tym, żeby znaleźć swój koniec. Skompletowałam już wspaniałą garderobę – teraz mogę zacząć się tym cieszyć. Jeżeli wystarczająco długo zajmowaliśmy się tematem, to nabraliśmy z czasem na pewno nowych nawyków. Przy zakupach dotykamy ubrania i analizujemy ich materiał, skład, miejsce wykonania, kraj pochodzenia. Moim zdaniem powiedzenie sobie “stop!” jest bardzo ważne. W przeciwnym razie będziemy cały czas szukać kolejnego wełnianego swetra, jeszcze jednej firmy produkującej wspaniałe garnitury dla kobiet i najidealniej na świecie skrojone oxfordki. Kapelusze będziemy kupować w tej jedynej i ostatniej pracowni kapeluszniczej w Warszawie, a jako że szkoda nam takich wymierających sklepików, kupimy od razu kilka modeli, których wcale nie odważymy się nosić, bo mieszkamy w małej miejscowości, ale powiesimy je sobie na ścianie, tak jak w magazynach wnętrzarskich.

Oczywiście od każdego z osobna zależy, co on rozumie pod hasłem minimalizm. Można by go odnieść tylko do garderoby, można w ten sposób potraktować także styl życia – posiadanie mało, kupowanie mało w sklepach, produkcja własnej żywności (choćby warzyw na działce lub ziół w kuchni) na własną skalę. Ja skupiam się na garderobie.

Inny trend ostatnich czasów to sprzątanie i odgracanie własnej przestrzeni. Przez wszystkie możliwe gazety, blogi i czasopisma przewinęła się Marie Kondo ze swoją filozofią sprzątania. Jeżeli mamy już wspaniale posprzątany dom, to należy powiedzieć sobie “stop!” i znaleźć sobie inne hobby. Nabrać innych pożytecznych nawyków i rozwijać się w ten sposób. Życie, w którym wszystko oscyluje wokół minimalizmu, a w późniejszych etapach chełpienie się tym jest chyba dosyć zasmucające. Celem minimalizmu jest minimalizm sam w sobie. Nie powinno się zatem w nieskończoność przeczesywać internetu w poszukiwaniu tej najidealniejszej beżowej kanapy z idealną poszewką, żeby pasowała do mojego minimalistycznego wnętrza. Nie powinno się wiecznie testować dżinsów przeróżnych firm w poszukiwaniu tej idealnie leżącej pary. Trzeba jasno wyznaczyć sobie cel, postawić granicę, osiągnąć ten cel, dać sobie spokój i zająć się czymś innym.

Czego sobie i wam życzę.

#591; Latem

P1030477

Lato potrafi być bardzo stresujące, nieprawdaż? Jako że lato jest dla mnie często początkiem nowego roku i nowym początkiem w ogóle, planuję sobie bardzo dużo rzeczy – oto nauczę się szyć, piec, gotować, marynować i faszerować dziką świnię. Potem wygląda to tak, że zamiast cieszyć się tym latem, mam wyrzuty sumienia i bujając się (lub już tylko bezwładnie wisząc) w hamaku na działce stresuję się, czy czasem nie powinnam maszerować z kijami wzdłuż plaży, kąpać się w morzu przy zachodzie słońca albo wypróbowywać jakiś nowy przepis. Tymczasem zastała mnie połowa sierpnia, a ja tego bananowego chleba jeszcze nie upiekłam.

Miałam tyle urlopu, że zdążyłam w międzyczasie załapać coś na kształt depresji. Nie wiem, czy to normalne. Tyle wolnego czasu, tyle przestrzeni dla moich myśli, tyle swobody i nicniemuszenia, że aż mi się zrobiło z tym wszystkim niewygodnie.

Niewygodnie jest mi też w sensie, że to już nie moje cztery kąty. Nie mogę się tutaj skupić. Nie sypiam rewelacyjnie. Chciałabym coś zmienić, ale nie mogę. Zdążyłam się pod względem estetycznym nieco rozpuścić przez ten ostatni rok, kiedy to mogłam się wyżyć na moich 11 metrach (wow) i zastanawiać się, jakiego koloru i rodzaju kwiatek chciałabym dokupić do mojej kolekcji. W moim życiu na 11 metrach, że tak to dramatycznie nazwę, przeprowadzam gruntowne porządki w szafie i w pokoju przynajmniej raz w miesiącu. Tutaj – dla porównania – nie można nic ruszyć, wszystko jest potrzebne, jak nie teraz to kiedyś, może na działkę, a w ogóle jak będę miała swoje mieszkanie to sobie będę wyrzucała i jak mi się nie podoba to mogę się pakować i do widzenia.

No tak, wszyscy znamy te teksty.

Siedzę na spakowanej walizce. Relaksuję się ostatni wieczór. Zastanawiam się, czy opłaca mi się zaczynać dzisiaj nową książkę. Lubię ten moment, kiedy pociąg rusza, a przede mną przynajmniej sześć godzin w pociągu, a ja otwieram książkę. Podróż upływa w rytmie kolejnych rozdziałów.

Zawsze przed urlopem, a już w ogóle przed przyjazdem do Świnoujścia, mam wizję leniwych poranków i błogich wieczorów, filiżanka kawy w kawiarni i przyglądanie się ludziom na ulicy. Nigdy tak nie robię, gdziekolwiek bym nie była, w Świno to już w ogóle. Kawa – owszem, ale o innej porze i w innych okolicznościach przyrody, raczej mało ma to wspólnego z celebracją chwili. Może ma to związek z tym, że w Świnoujściu jestem u rodziców, gdzie jemy razem śniadanie i wspólnie planujemy dzień. Miałabym rzucić to wszystko i wyjść do kawiarni, która wcale nie jest za rogiem i tam napić się kawy? Dręczona letnimi wyrzutami sumienia wybrałam się w samo południe na spacer na plażę. Wróciłam zmęczona i raczej zniechęcona. Te tabuny ludzi! Te wypełnione po brzeg restauracje! Z relaksem ma to mało wspólnego, szybko chciałam wracać do domu.

Trochę cieszę się wracam. Może załapię się jeszcze na parę leniwych letnich dni w Halle. 

#588; Wakacje w kilku podpunktach

moje biurkoNie chodzę już do szkoły, więc niby nie wyczekuję już z utęsknieniem czerwca, kiedy to nastają wakacje i od kiedy to oficjalnie już nic nie trzeba. Czerwiec to dla mnie już od kilku lat przepiękny, acz w zupełności normalny miesiąc. Od kiedy tu studiuję, najnormalniejszy w świecie jest także lipiec. W końcu i dla mnie nastały wakacje. Koniec i początek roku. Dla mnie wrzesień/październik to o wiele ważniejszy koniec roku niż styczeń. O wiele więcej zmian i postanowień. Jak zwykle mam szumne plany na lato, których pewnie nie uda mi się zrealizować, ale zawsze cieszę się samym planowaniem.

Latem mam zamiar:

  • przeczytać “Wojnę i pokój” i inne wielkie dzieła literatury światowej, które dotychczas jeszcze się nie stały moim udziałem, a uważam, że to absolutny obowiązek każdego piśmiennego dorosłego człowieka
  • przeczytać pamiętniki Victora Klemperera i skończyć “Lengua Tertii Imperii”, jego najbardziej znaną książkę o tym, jak Trzecia Rzesza wypaczyła język (niemiecki)
  • przestać się podniecać tanim glamourem, infantylnymi blogami, sztampowymi, prześwietlonymi zdjęciami na Instagramie – wypełnię swój wolny czas Tołstojem nie Youtubem
  • upiekę wreszcie samodzielnie ten chleb bananowy lub ciasto marchewkowe. Przepis jest ponoć dosyć prosty, ale – przyznam się uniżenie – jeszcze nigdy w życiu nic sama nie upiekłam. Obsługuję piekarnik tylko wtedy, gdy chcę zjeść mrożoną pizzę
  • zacząć się uczyć francuskiego
  • łatać luki w edukacji i czytam gazety ze zrozumieniem. Ostatnio czytałam w Polityce artykuł “Kręta droga do Euro” i wynotowałam sobie powody, dla których w Polsce nie ma Euro (i pewnie nie będzie przez najbliższy czas). Teraz będę brała aktywny udział w debacie na ten temat, nie tylko kiwać głową i wzruszać ramionami
  • powiększę moją rabatkę na parapecie i będę starała się mieć regularnie świeże kwiaty, tak jak te piękne słoneczniki!

Ponadto:

  • ogłaszam koniec kupowania ubrań na lato – lato niedługo się skończy, a repertuar mam już i tak całkiem pokaźny. Teraz mogę zacząć się zastanawiać jaki kolor oxford shoes sprawić sobie na jesień i czy w czarnym mi naprawdę aż tak nie do twarzy
  • podczas mojego krótkiego pobytu w DE nabawiłam się kompleksów pod względem okularów. Kupiłam sobie czystym przypadkiem na pchlim targu bardzo klasyczne, jak się dowiedziałam, 25-letnie oprawki, do których potem dla czystej hecy wstawiłam szkła, bo wyszłam z założenia, że przecież nie będę nosiła takich przypałowych okularów. A tu, ku mojemu zaskoczeniu, nie ściągałam ich w ogóle z nosa. Moje okulary były najtańszym z możliwych wariantów, szkła po prostu lekko korekcyjne, żebym na ulicy nie weszła w słup, ale absolutnie nic poza tym. W DE natomiast wszyscy mają wykurwiste okulary. Przyjrzyj się tym ludziom w pociągu i za tobą w kolejce w supermarkecie. Nie odbijają światła, żaden autorefleks, te szykowne oprawki, ta klasa sama w sobie, a te szkła! Dlatego też byłam u pana na Bema i zrobiłam sobie nowe szkła to moich wcale klasycznych oksów, dziękuję bardzo. Teraz dorastam tym eleganckim mężczyznom w ICE do pięt!!!
  • cieszę się, że wreszcie mam te 24 lata i mogę ubierać, co chcę, nie zastanawiając się, czy można, czy wypada. Zawsze podobały mi się np. koszule, najlepiej białe bądź błękitne, klasyczne w swoim sznycie, pasujące każdemu, ale w wieku 16 lat koszule nosi się co najwyżej na apel. Teraz mnie to nie interesuje i noszę biała koszulę bez mała codziennie.

Lato, trwaj, jesteś piękne!