comment 0

Mia

Wstałam dziś wcześnie, przy sobocie. Specjalnie nastawiłam sobie budzik na 6, żeby sobie posiedzieć w dużym pokoju. Mniej więcej o tej godzinie, a nawet wcześniej, wpada tu wschodzące słońce. Nasz budynek leży przy głównej arterii komunikacyjnej, a słońce wlewa się do pokoju jakby bokiem. Dla takiego widoku jestem gotowa wcześniej wstawać. Nie ma dla mnie nic piękniejszego niż powolny poranek. Ostatnio budzę się dzień w dzień krótko przed 4:30, kiedy za oknem sypialni rysuje się łuna wschodzącego słońca. Jakie to piękne uczucie. Budzić się wypoczęta bez budzika o tej godzinie i obserwować zachód słońca za oknem.

Tegorocznej wiosny celebruję bardzo życie i jego przejawy w małych rzeczach, że to tak ujmę. Tydzień temu załapaliśmy się na długi weekend, który spędziliśmy w Świnoujściu – bo gdzieżby indziej, zobaczyć Świnoujście i umrzeć, parafrazując klasyka. Zaliczyliśmy dużo spacerów, aplikacja do mierzenia kroków przyznała mi kilka nowych odznaczeń, był też rowerek, murek i kreda przed blokiem, ach to beztroskie dzieciństwo. Było też wołanie mamy przez balkon, to dopiero coś! Jeden cały dzień spędziliśmy na działce, gdzie wszystko właśnie pięknie kwitnie i wystawia swoje główki do słońca. Rodzice mają cały rząd obfitych piwonii, których im zawsze zazdroszczę, bo to najpiękniejsze kwiaty na świecie. W Niemczech kosztują one dodatkowo 2€ za sztukę. Ścięłam sobie naręcze piwonii, ok 30 sztuk i przywiozłam je na rękach do Lipska. Pociągiem z trzema przesiadkami. Stoją już od tygodnia i nadal dobrze wyglądają. Można? Można. Małe rzeczy, kwiatki z działki 500 km dalej, 7-godzinna podróż pociągiem.

W kwietniu byliśmy na pogrzebie. Nie był to pierwszy pogrzeb w moim życiu, ale pierwszy raz, kiedy zmarła bliska mi niespokrewniona osoba. Przyjaciółka. Spędziłam niezliczone wiosenne dni rozmyślając o śmierci. To wydarzenie zaciążyło na mnie do tego stopnia, że nawet za bardzo nie pamiętam, co takiego robiłam w kwietniu lub maju. Nie jestem w stanie odpowiedzieć, pewnie chodziłam do pracy, poza tym nie pamiętam nic, mimo że pamięć mam niezawodną i pamiętam niesamowite detale. Read More

comments 4

Co po studiach

Po oddaniu pracy magisterskiej nie bardzo wiem, co ze sobą zrobić. Nagle mam popołudnia, wieczory i weekendy tylko dla siebie. Czuję niemalże pod skórą jak rysuje się pewna granica oddzielająca mnie od innych studentów. Budynki uniwersytetu rozrzucone są po całym mieście, więc chcąc nie chcąc co rusz się na nie napotyka. Ciężko więc o nich zapomnieć. Na każdym kroku studenci, którzy już o tej porze roku chodzą na boso. Kobiety. Długie włosy splątane na czubku głowy w dziwną konstrukcję przypominającą stożek lub żądło. Opatulone chustami z wzorami boho, nazwijmy je roboczo. Z jednej strony zadrukowane w esy i floresy, przeciągnięte złotą nitką, druga strona matowa. Kilka warstw różnych ubrań na sobie, całość obowiązkowo zakończona legginsami. Do tego bose stopy. Pod koniec lutego, po kilku słonecznych dniach z temperaturą powyżej dziesięciu stopni, już można. Coraz bardziej czuję, że nie mam z nimi już nic wspólnego. Przy sąsiednim stole studentki uczące się do jakiegoś egzaminu, wyraźnie podekscytowane wymądrzają się same przed sobą. W krótkich przerwach wertują swoje zeszyty i dyskutują o jakości poszczególnych mazaków. Fajnie podkreśla czy się rozmazuje. A ten nawet nie przebija.

Read More

comment 0

W wieku dwudziestu siedmiu lat

Urodziny mam czternastego listopada. I właściwie nigdy nie wiem, ile mam lat.
Skoro nowy rok zaczyna się pierwszego stycznia, to i przybywa nam wtedy dodatkowy rok życia, czyż nie? 2019 minus 1991 równa się 28, więc tyle mam lat od nieco ponad miesiąca. Ale skoro urodziłam się w listopadzie, to mam do listopada 27 lat i dopiero od piętnastego listopada będę miała oficjalnie 28? W każdym razie, 27 to dla mnie dziwna liczba. Jako dziecko wydawało mi się, że ludzie w tym wieku są bardzo dorośli. Jako nastolatka wielbiłam gwiazdy rocka większego i mniejszego rozmiaru, z których wiele umarło w wieku 27 lat. Wtedy myślałam, że to co prawda nadal młodzi ludzie, ale swoje przeżyli, no cóż. W końcu przechadzając się po cmentarzu i oglądając starsze nagróbki widać, że ludzie kiedyś krócej żyli. Teraz mam tyle samo lat, co kiedyś tak wielbieni przeze mnie muzykanci i żadnej płyty na koncie. Żadnej trasy koncertowej, żadnego odwyku, żadnego skandalu, nic…W Niemczech jestem za to gwiazdą rocka i to całkiem pokaźnych rozmiarów (ha, ha).

Read More

comment 0

Fantasmagoria, czyli Szumowska, Gersdorf a sprawa polska

A raczej Fantasma Goria, Goria Fantasma.

Skąd wziął się ten dziwnie brzmiący pseudonim, który sobie właśnie spontanicznie nadałam?

Ano, kierowałam się doświadczeniem ostatnich kilku lat, mianowicie mieszkaniem za granicą.

Na imię mi dali, a imię jej Małgorzata. Polacy, a także wszyscy się tym językiem posługujący doskonale wiedzą, że większość imion ma wiele form, których używa się w różnych sytuacjach. Ta odpowiednia forma imienia transportuje niesamowity ładunek kulturowy, z czego na co dzień nie zdajemy sobie sprawy. Wiem, bo przez ostatnie kilka lat zdołałam nauczyć Juliana bardzo przyzwoitego polskiego (thank you very much). Choć pomimo licznych pobytów w Polsce nie zdołał załapać tych imion, tej kultury w nich zawartych. Tak też zwraca się do mojej mamy przy zwyczajnej kolacji przy stole “Elżbieto, czy ty jesteś zmęczona?”. Używanie pełnego imienia w wołaczu i zaczynanie pytań od “czy”, to jest piękna polszczyzna.

Za granicą trzeba było się od samego początku zdecydować.

Jak się nazywam? Gosia, Gośka, Małgona, Małgośka, Gona?

Pod imieniem Małgorzata znamy aktorki, nauczycielki, panie w wieku naszych mam, że tak się wyrażę, ostatnio Małgorzata Gersdorf, której imię ostatnio często było słychać w mediach, czyż nie?

O, a może jestem Małgorzatka, jak zwykła mawiać do mnie babcia Frania?

Padło więc na Gosię. Stara, dobra, poczciwa Gosia. Wydawało mi się to wtedy najbardziej neutralną formą, bo czy jestem artystką niczym Małgośka Szumowska? Ona to może Małgośka, niepokorna, zadziorna, utalentowana artystka. Ale czy ja jestem Małgośką?

Bliżej mi do Szumowskiej czy do Gersdorf?

Niemcy nie potrafią wypowiedzieć “ś”, a wbrew temu, czego uczyły nas nauczycielki niemieckiego w szkole podstawowej dźwięk “ch” jak w słowie “ich”, nie jest tożsamy z naszym rodowitym “ś”! Niemieckie “ch” to dźwięk o wiele mniej soczysty, delikatny, ledwo wyczuwalny, jakże istotny.

Niemieckie “o”, to też nie nasze polskie, zwykłe, luźne “o”. W niemieckim wykonaniu jest owo “o” przeważnie długie i przypomina nasze “u”.

Tak więc nazywam się “Gusza”. Niczym “głusza”. Na listach wszelakich odnajduję moje imię zapisane nieraz jako “Gosha” lub “Goshia”.

Niedawno pomyślałam sobie, że głupia przecież byłam, bo taki wyjazd do innego kraju to jedyna i niepowtarzalna okazja zmiany swojej tożsamości.

W dowodzie pisze przecież Małgorzata, Gosia to tylko umowna forma, o której nikt poza Polakami, umówmy się, nie ma pojęcia. Dlaczego nie przedstawiłam się inaczej? A niech to!

Teraz już za późno. W mojej wyobraźni ukułam sobie więc Gorię, Goria. A skoro Goria, to i Fantasma. Fantasmagoria w końcu.

Raz umówiłam się do kosmetyczki pod tym imieniem. Goria. Small talk przy regulowaniu brwi nie traktował o moim kraju ojczystym i mojej znajomości niemieckiego, ewentualnie mojej pracy, nie – rozmawialiśmy o moim nietypowym imieniu i skądże ono się wzięło. Nigy nie słyszałam takiego imienia, to jak Gloria, ale bez “l”!

Przemiłe to było uczucie. Mieć dziwne imię jest o niebo lepiej niż mieć imię zagraniczne, które dla niemieckich uszu brzmi conajmniej dziwnie.

To tyle w temacie, wszystko ode mnie, cześć, pa!

 

 

 

comment 0

Silna kobieta

W pracy mam do czynienia z przeróżnymi osobami, choć nie wszyscy przychodzą regularnie na zajęcia.

Ostatnio zjawiło się pięć osób, które co kwadrans się wykruszały, jedna po jednej, posługując się wymówkami z dziecięcego repertuaru, a mamy do czynienia z rodzicami.

Na ostatnią godzinę została tylko Fatema, którą pozwolę sobie przywołać z imienia, bo jestem przekonana, że raczej tu nie trafi, a jeżeli już, to nie będzie w stanie tego przeczytać. Rozumiecie, przeczytać. Fatema nie potrafi. Jest analfabetką.

Jest jedną z najbardziej pilnych osób w kursie. Przychodzi zawsze punktualnie i zostaje do ostatniej minuty. Na początku myślałam, że wynika to ze szczególnego zaangażowania, teraz wiem, że to posłuszeństwo. Dziwny rodzaj posłuszeństwa. Pomieszany z dziwnie rozumianym szacunkiem.

Fatema ma szóstkę dzieci i męża, więc jakby siedmioro.

Nigdy nie chodziła do szkoły, po arabsku potrafi mówić posługując się prostymi słowami i nieskomplikowanymi frazami. Pisze bardzo niepewnie, po stokroć poprawiając każdą literę, równie niepewnie czyta.

Na jej przykładzie zrozumiałam jedno – ludzie podobni do niej, postrzegają kurs językowy lub naukę w ogóle tak samo jak pracę fizyczną. To znaczy sama mechaniczna czynność i poświęcony jej czas jest osiągnięciem celu i przynosi skutek.

Jest dużo osób, którzy się nie uczą, bo nie potrafią. Nigdy nie byli w szkole, więc nie są przyzwyczajeni do przyswajania rzeczy, logicznego myślenia, kojarzenia faktów i tym podobne. Jak to mawiają, mózg to mięsień, który niećwiczony zanika. Wyobraźmy sobie zatem kobiecinę 37-letnią, która godziny swojego życia nie spędziła w szkole, dopóki niedobry, zły, fuj!, urząd niemiecki posadził ją w ławce w kursie językowym i kazał się uczyć, jakby to było takie proste. A teraz spójrzmy na siebie – my wszyscy spędziliśmy przynajmniej 12 lat w szkole. Nawet jeżeli nie pamiętamy, kto to był Otto I. lub nie przypominamy sobie dokładnych okoliczności chrztu polski, i Gniezno, i Wojciech i Bolesław.

Siedziałyśmy więc same w tej wielkiej sali. Fatema opisywała co widzi na obrazku, nazywając poszczególne przedmioty. Nagle zjawił się jej mąż i zapytał, czy może tu usiąść i zaczekać. Widocznie mieli plany tuż po zajęciach.

Sama jego obecność zmieniła oczywiście atmosferę. Fatema nagle zapominała prostych słów, zastanawiała się przy rzeczach typu “stół”, robiła przerwy, które uzupełniał małżonek. Miałam wrażenie, że robi to specjalnie. Usuwa się w cień i daje mu pobłyszczeć. On wiedział, jak będzie “stół” i nawet krzesła.

Pod sam koniec, kiedy już prawie zbieraliśmy się do domu, małżonek zaczął opowiadać o dzieciach, że boksują, że byli na zawodach, ale nie pamiętają, w jakim mieście, że Fatema trzy godziny gotowała, dużo gotowała, a potem oglądali video z zawodów.

W końcu rzekł małżonek: ona jest silną kobietą.

Że chodzi na ten kurs, mimo że nauka nie przychodzi jej łatwo, że wcześniej nawet sama nie potrafiła nigdzie pojechać tramwajem ani odnaleźć się w mieście, a teraz umie, że do lekarza samemu też ani rusz, a teraz idzie sama i jeszcze się dogaduje, boli, głowa, gardło, katar, kaszel. To silna kobieta.

Sprząta, w domu zawsze sprząta i wszystko robi, a praca w domu to jest normalnie jak zawód, ciężki zawód, ona wszystko robi i nigdy nie narzeka, jak posprząta, a ja patrzę i widzę, że niedokładnie posprzątała i jej mówię, to ona idzie i sprząta jeszcze raz, to silna kobieta. 

Rzekł.

Silna kobieta to takie wspaniałe słowa do każdej kobiety, do tej matki szóstki dzieci. On miał na myśli posłuszną, dobrą panią domu. Która robi co do niej należy i nie narzeka. Nie użala się i nigdy nie jest chora. A nawet jeśli jest to i tak wywiązuje się ze swoich obowiązków. Przykro było to usłyszeć. Przykro było zorientować się, że tak, dobrze zrozumiałam. Jak przykre musi być życie tej (tych) kobiet(y). Koniec. Brak mi słów.

comment 1

Szła dzieweczka

W miniony weekend Polsat zaproponował przeboje muzyki weselnej i rozrywkowej ogólnie w formacie wesele-poprawiny. Krótki zarys kultury polskiej, tym bardziej interesujące dla takiego przybysza zza granicy.

Wśród przebojów narodowo-biesiadnych znalazła się również, bo jakże, szła dzieweczka do laseczka, do zielonego, znalazłem ulicę, znalazłem dom, na prawo, na lewo, w górę i w dół. Nawet nie jestem pewna, które z tych wersetów ująć w cudzysłów jako tytuł. Do zielonego. Ho-ho-hoooo.

Wraz z mrągowską publicznością odśpiewałam, a jakże, wszystkie wzrotki, nie pogardziłam też zaproponowaną choreografią, na prawo, na lewo, w górę i w dół.

Julian oczywiście nie czaił bazy, poza wspomnianą choreografią, był pewnie jedyną osobą w linii Świnoujście – Mrągowo, która owej przyśpiewki nie znała, ale chyba mu to nawet nie przeszkadzało.

Po śpiewach mówię do mamy, że

ech, tak to jest

mieszkasz sobie w takim rajchu

i czytasz gazety,

i brand eins masz zaprenumerowane,

i do kina chodzisz studyjnego, co po ichniemu Programmkino nazywa się,

i studiujesz, studiowałaś, referaty wygłaszałaś,

magisterkę piszesz,

wspomnianego języka nawet nauczasz (a jakże)

aż by taka niemiecka dzieweczka do laseczka wjechała (szła) to niemota

i że to w gruncie rzeczy przykre, bo raz kto by nie chciał pośpiewać?

a dwa przypomina ci to, że takie przyśpiewki są jednak gdzieś głębiej, na innych nośnikach zakodowane niż wykształcenie i prasa bieżąca

 

Dziecko! – rzecze mama, bo chyba już jej się nie chciało słuchać, z resztą plotę cały czas to samo do różnych adresatów – a czy to trzeba? Musisz znać?

 

I tyle. Okazało się, że nie trzeba.

comment 0

Wywczas

Wakacje spędziliśmy w Świnoujściu.

To nieszczęsne Świnoujście, które zawsze wydawało mi się porażą pod względem urlopowym, bo przecież mieszkałam tam przez pół mojego szczenięcego życia, nadal mieszkają tam moi rodzice, a odwiedziny u rodziców? Co to za urlop?! Podczas gdy inni urlopują za granicą, a niemieccy współtowarzysze rozglądają się za südostasien, jeśli już nie stare dobre gardasee, spanien bądź frankreich.

W tym roku dotarło do mnie, że wcale nie miałabym ochoty pojechać do wspomnianych Włoch czy innych krajów Europy, za którymi wszyscy przepadają, w pierwszej kolejności Woody Allen.

Jestem za leniwa.

Nie chce mi się organizować, ogarniać, każdego dnia stresować się, że oto nie mogę po śniadaniu zalec z książką w pozycji półleżącej, bo musimy odhaczać kolejne punkty z programu. Zwiedzać! Stać w dwugodzinnej kolejce do muzeum! Nie śpimy, zwiedzamy! Nie trzeba się stresować, żeby wiedzieć, że się odbyło urlop – z takiego wychodzę założenia.

Wakacje w kilku podpunktach:

  • przejechaliśmy niezliczone kilometry rowerem brzegiem morza
  • przeczytałam trzy książki w tydzień
  • nabyłam sporo książek na wyprzedaży w Empiku, które wypełniły prawie całą walizkę, więc żeby je zabrać nie spakowałam części ubrań
  • malinki na działce będą może za jakieś dwa tygodnie
  • byłam nad zalewem w Kamminke, nad zalewem szczecińskim, a jest to najpiękniejsze miejsce nad polskim morzem i wszyscy, którzy stoją w korkach w drodze nad morze i płacą ciężkie pieniądze za wszystko, powinni to wiedzieć. Nie nadmuchane zwierzęta i parawany o nieludzkiej długości, jako (była) miejscowa polecam ławeczkę nad zalewem!
  • na wzgórzu Golm jest godna uwagi wystawa o wojennej i przedwojennej historii Świnoujścia, szczególnie bombardowanie miasta 12 marca 1945 r., kiedy to zginęli niemieccy uchodźcy, przymusowi robotnicy wielu narodowości i wiele innych osób przebywających wtedy w mieście
  • na lato polecam do twarzy krem pomidorowy ze sklepu zielarskiego na Konstytucji
  • do następnego razu

 

 

comment 0

Gottschedstraße, 04109 Leipzig

W Lipsku na Gottschedstraße świat jest taki jaki powinien być.

Przynajmniej w moim wyimaginowanym świecie, który najlepiej zwizualizować za pomocą Kukbuka, szczególnie ich wydań specjalnych. Brakuje jeszcze soundtracku – klasyka niemalże każdego gatunku – Nas, Nat King Cole, Czesław Niemen (ale nie oszukujmy się – i tak przez większość czasu słucham The Beatles).

Starsi dżentelmeni witający się z kelnerami uściskiem dłoni,

włoska knajpa z białym obrusem,

mężczyźni z grubymi siwymi włosami przytrzymywanymi do tyłu czarnymi Ray Ban Wayfarer,

kobiety w czarnych sukienkach w białe groszki,

panowie w jasnych ubraniach – garderoba letnia ma się rozumieć,

smaki południa, kuchnia tajska, wietnamska, burgery,

piękni dwudziestoletni

A nie tak daleko, zaraz za rogiem jak się skręci w prawo, jest niewielkie mieszkanie na trzecim piętrze, a w nim rosół z kaczki pyrka na małym gazie, miska owoców w zasięgu ręki, fioletowe hortensje, mrożona kawa i bazylia.

comments 2

Zapisane

Przeczytałam raz o tym, że można oszczędzać wodę w kuchni, jeżeli wodę po gotowaniu ryżu czy makaronu wykorzystamy do podlewania kwiatów. Tak też postanowiłam uczynić, jako że jem makaron praktycznie codziennie. Wskutek tego umarł mi hibiskus, asparagus pożołkł nieprzyjemnie, a temu, co nie wiem jak się nazywa, ale ma jedna dlugą nogę – po kolei odpadają liście. Żółkną i odpadają.

My tu gadu-gadu, a zleciał styczeń. Styczeń pod znakiem dobrego samopoczucia, co może brzmi dziwnie w ustach dwudziestoparolatki, twenty-something jak to się modnie mawia ostatnimi czasy, ale skoro się cierpi na niedobór zelaza i inne tego typu zabawy to chyba można.

Czytalam glownie czasopisma i książki, których nakupowałam bedąc w Polsce. Zawsze przeceniam moje możliwosci przerobowe. A także ilość czasu, jaki spędzam nie w Polsce. W rezultacie mam w domu kilka dumnych stosików rzeczy do czytania, nowe wciąż przychodzą, a ja nie nadążam. Z okazji zapłacenia kartą kredytowa w internecie dostałam dwutygodniową prenumeratę Leipziger Volkszeitung – która sama w sobie nie zaskakuje, ale fakt, ze dostarczają ją przed 6:30 rano, już tak,

raz w tygodniu grubaśny die Zeit, którego naprawdę nie jestem w stanie przeczytać do następnego czwartku,

cyfrowa prenumerata Wyborczej, ktora należałoby codziennie odbębnić, a już na pewno w weekend – wysokie obcasy i magazyn świąteczny. Ostatnio natrafiłam na magazyn Pismo, który wypróbowałam internetowo i który mnie wcale zaintrygował. Zastanowię się nad prenumeratą.

Podczas podróży pociągiem, już daleko na północy, zaskoczył nas:

śnieg, któryż to znowu zniknął za kilkanaście kilometrów

brak mleka w bordbistro, wiec piliśmy czarną kawę z filtra

W Niemczech wszędzie jest kawa z filtra. Ta prostota w podstawowym zaspokajaniu potrzeb. W pracy we wspólnej kuchni kawa będzie smakowała tak samo jak w kawiarence czy piekarni za rogiem. Żadnego puszenia się i lansu, po prostu kawa z samego rana, która z reguły nie kosztuje więcej niż dwa euro.

comment 0

Stan Smith w Paryżu

Mija właśnie mój ulubiony miesiąc, a ja jestem chora. Przez ostatnie dwa tygodnie snułam się z bólem gardła tłumacząc sobie to pogoda i ze  i że tego ulubionego swetra z półgolfem może jednak nie powinnam nosić, bo szyja odkrytaKupiłam sobie nawet z tej okazji szalik, gdy jednego dnia było mi zimno na mieście. Ech, zimą uruchamiają mi się dziwne instynkty przetrwania i jak tylko zrobi mi się zimno, mam ochotę naubierac się w najgrubsze rzeczy jakie mam, a jak jestem akurat na mieściemuszę coś ciepłego jak najszybciej zdobyć! Najlepiej kupićZimą wydaję dużo pieniędzy.

Tydzień temu byliśmy w ParyżuRomantyczna jesienna wycieczka,

z okazji urodzin,

z okazji odbywającej się tam konferencji

i bo Paryżowi się nie odmawia.

Udaliśmy się tam o dziwo pociągiemPodróż zajęła niecałe 7 godzin, co jest o tyle zaskakująceżepodróż stąd do Swino trwa tyle samo. To znaczy – teoretycznie sześć i pół godziny, ale wiadomo, jak bywa. Wcześniej byłam już raz w Paryżu i zaliczyłam, jak się wydajeobowiązkowe punkty: muzeum w Luwrze, Notre Dame, muzeum Picasso, wieże Eiffla, bazylikę Sacre Coeur, kupiłam pseudoartystyczne obrazki od artystów-nieartystow w Montmartre, Pola Elizejskie i Łuk Triumfalny. Więcej grzechów nie pamiętamale mam poczucie, że ten kto odstał 2,5 godziny w kolejce do muzeum ten naprawdę był w Paryżu. Mi było to dane we wspomnianym muzeum Picasso, za nami para Amerykanow, zupełnie jak w filmie Woody´ego Allena, rozmawiali rozemocjonowani o safari w Afryce i o córcektóra chce się przeprowadzić do south of France.

She loved it there, she really did.

(Da radę bardziej cliche?)

Tym razem postawiłam bardziej na szwedanie się i odkrywanie miasta takim powolnym tempem. Zatrzymaliśmy się w małym, obskurnym hotelu w 9 arrondissement. Okolica sama w sobie była całkiem przyjemnanazwalibyśmy  chyba hipsterska. Jedna obok drugiej ciesnily się małe knajpki – a to wietnamska zupa pho, a to te modne bowls (czyli barwnie upstrzone jedzenie podawane w miskach, spotykane też pod nazwą surówka, jak sądzę), modne kawiarnie ze skrzynkami po jabłkach na ścianach jako regał. Wiecie o co chodzi, takie modne knajpy, które stawiają też na design i instagrammability (jest takie słowo, czy właśnie wymyśliłam?). Takich, jakich pełno jest w Poznaniu ostatnimi czasy.

Zaskoczyło mnie to, wszak myślałamże co jak co, ale Paryż klasycznym bistro na rogu stoi i nie bawi się w nowoczesne hotdogi i bóg wie co jeszcze. Jak się okazuje, jest i na to miejsce.

Największy ból miasta nad Sekwana: herbata kosztuje wszędzie 4,5€. W tej pokaźnej cenie otrzymujemy mała filiżankę, nieco większą niż ta od espresso, przysięgam, oraz saszetkę wybornej herbaty Lipton. Do tego mały metalowy dzbanuszek z ciepłą, bo przecież nawet nie gorącąwodąMówię, bo wiem, zmagałam się z bólem gardła przez te cztery dni i niczego nie pragnęłambardziej niż gorącej herbaty, więc piłam ja dosłownie wszędziePrzepuścilam majątek na herbatęktórej napiłam się łącznie może z dwa litry.

Z innych jedzeniowych rzeczy: mule z frytkami (które wcale nie były lepsze niż ta sama potrawa we francuskiej knajpie we Frankfurcie, aha), zupa cebulowaślimakiłosoś w sosie ziołowymduże ilości bagietki (które smakują jednak o niebo lepiej niżgdziekolwiek indziej), jajka na miękko z czerstwym chlebem na śniadanie, quiche lorraine. Z pierwszych razówślimakiSkoro jużjesteśmy, to zamówimy! A potem głowiliśmy się paręnaście minut jak by to zjeśćŚlimaki podawane  wszak na takiej śmiesznejtacce, która ma wgłębienia na owe, w środku pływa sobie roztopione ziołowe masełko, do tego szczypce i łyżka. Wykminilismy, że szczypcami się je przytrzymujeżeby nie uciekły, a łyżką wydłubuje i je. Stąd te sceny w niektórych filmach, gdzie ślimakiprzelatują przez pół sali i uderzają kogoś po przeciwnej stronie sali w głowę. Chyba, że to nie ślimaki tylko ostrygi? Moim zadaniem było wyjadanie masełka bagietką. Najlepiej.

Na zwieńczenie wycieczki tybetańska knajpkaktóra oprócz tegoże była miło egzotyczna, bo co jak co, tybetańskiej knajpy jeszcze nie widziałam na oczy, nie zachwyciła jedzieniem. Choć mieli dobrą herbatę z mlekiem i przyprawami korzennymi. W pobliżu tej knajpy znajdował się Bataclan, a było to dokładnie 13 listopada, w drugą rocznicę zamachówUdaliśmy się tam więc, bo jakże by nie, przed wejściem stała tablica pamiątkowa, na której wygrawerowane były nazwiska ofiar, dużo świeczek i innych ludzi w skupieniu. W tym momencie, gdy zobaczyłam to na własne oczy dotarło do mnie, że to się wydarzyło naprawdę i naprawdętutaj. Że z tej oddalonej o 10m stacji metra wysiadali ludzie tego wieczoru i weszli przez te drzwi na koncert, z którego już nie wyszli. Że obok w knajpie na rogu siedzieli ludzie i słyszeli i spanikowali i…

Weekend był chłodny i wyjątkowo nieprzyjemny na zwiedzanie i spacerowanie. Napotkane kobiety, nazwijmy je roboczo Paryżankamichociaż wiecie o co chodzi, stawiają styl ponad zdrowie czy ciepło, bo było naprawdę mega zimno, a tam rozpiętepłaszcze (bo wiadomo, że lepiej wygląda), spodnie popodwijane tuż nad kostką, balerinki i inne płaskie obuwie. Czapki nie spotkasz, wielkich wełnianych rękawic też raczej nie. Obowiązkowe obuwie to sneakersy Stan Smith, te białe z zielonym językiem i bodaj podeszwa. To je musisz nosić wystarczająco długo  będą wyglądały na stare i broń Boże nie prać, nie czyścić, nie dbaćZestawiać z absolutnie wszystkim, jakby to były najklasyczniejsze na świecie czarne botki, szpilki lub cokolwiek. Nieważne, tiul, garnitur, perły – stan smith brudny jest.