comment 1

Wirus a sprawa (fajno)polska

Ależ dziwne czasy nam nastały!

Czasy, które wszyscy opatrują sformułowaniem – coś tam-coś tam w czasach zarazy.

Czy ktoś w ogóle przeczytał tę książkę? Ja nie, ale mam zamiar. Od zawsze mam zamiar nadrobić klasyki światowej literatury. Swoją drogą to ciekawe, że tytuł tej książki jest tak znany i parafrazowany, mimo że naturalnie nie wszyscy ją mieli w ręku.

Ostatnio przeczytałam książkę Piotra Stankiewicza “My, fajnopolacy”. Stankiewicz przystawia wszystkim Polakom lustro i każe się w nie tak długo patrzeć, aż dojdziemy do pewnych wniosków. Trochę odpowiednik rodzicielskiego “idź do swojego pokoju i zastanów się nad swoim zachowaniem” (nie wiem, czyi rodzice tak mówili). To socjologiczny i bardzo trafny portret wszystkich Polaków w czasach zarazy Facebooka, trzeciej czy tam czwartej rzeczpospolitej, Zbigniewa Stonogi i mebli z Ikei.

W tej oto książce znajdujemy na stronie 205 rozdział pod tytułem “Koniec pokoleń podległości”. Stankiewicz przytacza w nim książkę Jarosława Kuisza pod tymże tytułem. Kuisz stawia w swojej publikacji tezę, że jesteśmy w przełomowym momencie polskiej historii, bo mamy pierwsze pokolenie, które urodziło się i wzrastało w wolnym kraju.

Chwila przerwy na przetrawienie i powtórka dla ludzi z tyłu sali.

Read More

comments 2

Mam taki pomysł

Może byśmy tak zaczęli rok 2020 jeszcze raz, zupełnie od początku? Wykasujemy minione dwa miesiące i wszystko, co się wydarzyło, zostawimy aktualną pogodę, dłuższe dni (o 6:15 rano robi się jasno!) i zaczniemy jeszcze raz, co?

Postanowiłam sobie pierwszego stycznia, że w nadchodzącym roku nie będę nic kupować. No więc tak… Pierwszy dzień nowego roku ma w sobie ten pewien rodzaj magii, kiedy wszystko nam się wydaje możliwe, oczywiście, jeśli jesteśmy trzeźwi. Jest ta biała kartka, niezapisana strona. Jak nowy rok szkolny i zaczynanie nowego zeszytu. Pierwszego stycznia łatwo się snuje plany. Większość ludzi ma wolne, spędza się czas z rodziną, można się wynudzić na śmierć, wjeżdża ten Kevin i paczka chipsów, można wstać rano i odpieprzyć się w białą bluzkę, a potem spędzić cały dzień na kanapie i przy stole. Jest w tym jakaś komiczność. Gdy już powrócimy z wszelkich wyjazdów, kiedy na dodatek wymęczą nas jeszcze koleje państwowe, niech to będzie i Deutsche Bahn i zawitamy z powrotem na własnych włościach, wstawimy jedno pranie i zaczniemy sobie myśleć o przyszłości to tak prosto sobie zarzucić paroma takimi postanowieniami. Ale wiadomo, że od postanowienia do zrealizowania go jest bardzo długa droga.

Read More

comment 1

Byłam wczoraj u fryzjera

Tutaj tego koło Aldi. Okazuje się, że w podczas żmudnego okresu zapuszczania z włosów z krótkich bardzo na krótkie ale za ucho też trzeba chodzić do fryzjera, bo włosy nieproporcjonalnie odrastają. Dlaczego te nad uchem nie rosną tak szybko jak na karku?

Zawsze trafiam na fryzjerów, którzy ścinają grzywkę na bok. Na którą stronę się pani czesze? I tyle. Na początku krótko, parę wystrzępionych włosków, potem skos, kończący się w moim lewym oku. Czy w szkole fryzjerskiej uczą ludzi obcinania grzywek kończących się na wysokości tęczówki? Czy to jakieś boskie proporcje? Czy człowiek witruwiański miał grzywkę? 

Tym razem zebrałam się na odwagę zapytać się, czy mogłaby być nieco pełniejsza grzywka na całe czoło. Czy mogłaby być, czy ewentualnie zaistniałaby taka możliwość… Pani z miejsca nie zrozumiała mojego pytania. Musiałam doprecyzować. Zaczęłam krótką opowiastkę o moich włosach, co jest zawsze żenującym elementem każdej wizyty u fryzjera, a ona po wysłuchaniu zrobiła nierozumiejący grymas i powiedziała Więc ty nie nosisz tej grzywki na prosto, bo… ? 

Bo twarz za okrągła. Bo włosy za krótkie. Bo włosy nie takie. Bo kolor. Bo bla bla bla.

Pani mnie nie zrozumiała i w tym momencie mnie olśniło i jednocześnie zrobiło mi się głupio. Fryzjerstwo to nie zawody w dwóch przeciwnych narożnikach można-nie można. Wszystko można. Kto miałby określić, że nie można? Że nie mogę nosić takiej grzywki i jestem skazana na inną? Kto? Inne kobiety? Damskie czasopisma? Partner, tata, wujek w wigilię? Otóż nikt. W tym krótkim momencie w fotelu fryzjerskim (który wcale nie był tak spektakularny, jak to tu opisuję) zrozumiałam, że należy pieprzyć wszystko, co do tej pory słyszałam z ust każdego fryzjera.

Fryzjerki, które przekonywały mnie do zapuszczania włosów. A jeżeli nie, to chociaż zapuść grzywkę, to sobie tak weźmiesz na bok. Obcinanie grzywki w jeden i ten sam sposób przez jakieś 15 lat. Niechęć do jakichkolwiek zmian i adaptowania innych rozwiązań, co pewnie służyło jako przykrywka braków warsztatowych.

To małe, acz ważne odkrycie. Piszę te słowa do innych kobiet, które mają wymarzoną fryzurę, ale noszą zupełnie inną, bo nie mają odwagi. Lub (najgorszy przypadek ever!): partner akceptuje tylko długie włosy. Piszę te słowa do jednej koleżanki, która cały czas chce mieć krótkie włosy, ale uważa, że tylko chude dziewczyny mogą takie fryzury nosić, a więc musi ona tkwić w przekonaniu o własnej tuszy i z nieszczęśliwą fryzurą. Nie musisz!

Pozdrawiam. Ja, mój mini bob z grzywką (może potem wstawię zdjęcie) i otwarte na oścież okno pod koniec lutego.

comments 2

Rok 2020 oznajmiam rokiem niekupowania niczego

Tak bardzo chciałam zasiąść jeszcze wczoraj do komputera i  coś tu napisać. Przygotowywałam się do tego umysłowo dłuższy czas – zbierałam wątki, sentencje, pomysły nabierały kształtu. Chyba konsumuję za dużo mediów społecznościowych, w szczególności Instagrama – przyznaję się, mój mózg najlepiej trawi obrazki i treści o długości jednego tweeta, no może jeszcze odpowiedzi nań. To niedobrze, kiedyś całkiem dobrze mi szło w formę dłuższą.

To samo z czytaniem. Trudniej mi się skupić na – hm, jakby to ująć – książce z prawdziwego zdarzenia, na przykład Hanna Krall i jej zbiór reportaży, powieść Osieckiej, książka o współczesnym kapitalizmie “To nie jest kraj dla pracowników” i żadna książka po niemiecku. Wymienionych zostało tylko kilka, które przewinęły się ostatnio przez mój stolik czytelniczy. Ciężko mi się skupić na ich treści i równie ciężko mi przez nie przebrnąć. Może to ogłupienie instagramowe, a może też dorosłość? Mam na myśli to, że kiedyś, w wieku szesnastu czy dwudziestu lat, mało się jednak miało do roboty i wiele rzeczy praktyczno-codziennych nie było naszym zmartwieniem, można więc było całymi dniami się mościć na rozkładanym tapczanie, tapicerkę do którego wybrało się jako dziecko i ten kolor deczko jaskrawy, i czytać ową książkę aż do wieczora. Teraz jednak ma się na głowie parę innych rzeczy, praktycznych i nie, parę zmartwień, parę spotkań, wizyt i obowiązków, a więc rzadko zdarzają się sytuację, kiedy można poświęcić cały dzień na czytanie. U mnie jest to też tak, że jeżeli już poświęcę kilka godzin na czytanie to nie mogę się skupić, bo myślę o owych rzeczach, spotkaniach, wizytach… Kiepsko u mnie z uważnością.

Read More

comment 0

Lübeck i kwiaty pomarańczy, czyli co robiłam ostatnio

Tydzień, który właśnie się kończy rozpadł się na dwie części.

Miniony weekend, ten nieco przedłużony spędziliśmy w Lübeck. Podążając za moim planem, jakby to powiedzieć, niezobowiązującego zwiedzania. Polega on na tym, że nie zwiedzam w pierwszej kolejności wielkich miast europejskich typu Florencja czy Lizbona, jeśli nie zwiedziłam miast parę godzin na północ ode mnie. To mój stosunek do podróżowania. Tak, z pewnością wspaniale jest zwiedzić Sri Lankę, ale czy byłaś kiedyś w Łomży?

Lübeck zachwyca wąskimi kamieniczkami z cegły, starą zabudową, pięknymi podwórkami, gdzie wspomniane domki stoją ciasno jeden obok drugiego, a w środku pan gra na klarnecie (naprawdę!). Aby się dostać na te podwórka, trzeba było nie raz zgiąć się w pół i podążać ciasto wytyczonym przejściem. Podwórka te były na tyle nie z tej epoki, że pierwsze, co mi przyszło na myśl to ochrona przeciwpożarowa.

Największe wrażenie zrobiła na mnie katedra, w której znajduje się dzwon, który runął na ziemię podczas nalotu bombowego w 1942 roku. Leży dziś potłuczony w tym samym miejscu, gdzie spadł. Robi to niesamowite wrażenie. Żaden pomnik jeszcze nigdy nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Stojąc przed nim, a spędziłam tam dobrych kilka chwil, wyobrażałam sobie huk, jaki wtedy musiał nieść się po katedrze. I że ten huk jest poniekąd tutaj ciągle obecny.

Zaraz potem przeczytałam nową książkę Filipa Springera “Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz”. Zafascynowała mnie tematem. Nigdy wcześniej nie słyszałam o prawie Jante. W tej książce jest ono opisane, a jednocześnie nie łatwo je opisać i nic na jego temat nie wiadomo, przez całą książkę przewija się osoba, której de facto nie spotkał. Autor podażą za czymś, co nie jest mu dane złapać i stara się opisać coś, co ciężko scharakteryzować. Fascynująca lektura.

A więc doedukowałam się i teraz wiem, że prawo Jante to zestaw reguł, określających życie, powiedziałabym: mentalność, Duńczyków bądź nawet Skandynawów w ogóle. Krótko można by powiedzieć, że jest to w jedenastu podpunktach sformułowana zasada “nie wychylaj się przed szereg”. Dąż do tego, żeby we wszystkich sferach życia być taki, jak inni. Podobne postępowanie można zaobserwować też w kulturze niemieckiej. Jeżeli przyjdziesz do pracy ubrana w co innego niż polar, to słyszy się często komentarze typu “ale się wyszykowałaś”, które nie są komplementem, nie są też pobieżnie rzuconą uwagą. Słuchać w tym bardziej wyrzut – my tu w polarze, a ty co, oh, wyglądasz inaczej niż my.

Przeczytałam też wszystkie inne książki Springera i fascynują mnie jego podróże do tych małych miejscowości, poszukiwanie czegoś off the beaten track. To dzięki niemu i jego książkom przekonałam się i ja do wyjazdów do małych niepozornych miast parę godzin na północ stąd, bo dlaczego nie? Że niby weekend tanim lotem w Manchesterze jest bardziej wartościowy niż zwiedzanie Suwałk czy Brandenburgii?

Potem byłam chora.

Read More

comment 0

Mimozami

Na obiad podano kaszę gryczaną z gulaszem i ogórkiem kiszonym. Na deser imbryczek białej herbaty, gorącej. Musiałabym się zastanowić, kiedy ostatni raz piłam gorącą herbatę. Przez całe lato i towarzyszące mu upały piłam herbatę mrożoną cold brew lub z z zamrażarki.

Zaczęło padać wczoraj wieczorem i pada bez przerwy aż do teraz. To żadne nadzwyczajne zjawisko, jak można się zewsząd dowiedzieć od meteorologów, którzy pewnie cieszą się w dzisiejszych czasach ocieplenia klimatu pewną prominencją. Z takim wytęsknieniem czekaliśmy na deszcz, że teraz przy byle kapuśniaczku zastanawiamy się chyba czy już odwołali to globalne ocieplenie.

Przypomniało mi się, że nie skończyłam czytać “Mistrza i Małgorzaty” rok temu, a to moja coroczna książka jesienno-zimowa. Zaczęłam ją czytać we wrześniu ubiegłego roku, ale nie wytrwałam, może zrobię w tym roku drugie podejście.
Read More

comment 0

Mia

Wstałam dziś wcześnie, przy sobocie. Specjalnie nastawiłam sobie budzik na 6, żeby sobie posiedzieć w dużym pokoju. Mniej więcej o tej godzinie, a nawet wcześniej, wpada tu wschodzące słońce. Nasz budynek leży przy głównej arterii komunikacyjnej, a słońce wlewa się do pokoju jakby bokiem. Dla takiego widoku jestem gotowa wcześniej wstawać. Nie ma dla mnie nic piękniejszego niż powolny poranek. Ostatnio budzę się dzień w dzień krótko przed 4:30, kiedy za oknem sypialni rysuje się łuna wschodzącego słońca. Jakie to piękne uczucie. Budzić się wypoczęta bez budzika o tej godzinie i obserwować zachód słońca za oknem.

Tegorocznej wiosny celebruję bardzo życie i jego przejawy w małych rzeczach, że to tak ujmę. Tydzień temu załapaliśmy się na długi weekend, który spędziliśmy w Świnoujściu – bo gdzieżby indziej, zobaczyć Świnoujście i umrzeć, parafrazując klasyka. Zaliczyliśmy dużo spacerów, aplikacja do mierzenia kroków przyznała mi kilka nowych odznaczeń, był też rowerek, murek i kreda przed blokiem, ach to beztroskie dzieciństwo. Było też wołanie mamy przez balkon, to dopiero coś! Jeden cały dzień spędziliśmy na działce, gdzie wszystko właśnie pięknie kwitnie i wystawia swoje główki do słońca. Rodzice mają cały rząd obfitych piwonii, których im zawsze zazdroszczę, bo to najpiękniejsze kwiaty na świecie. W Niemczech kosztują one dodatkowo 2€ za sztukę. Ścięłam sobie naręcze piwonii, ok 30 sztuk i przywiozłam je na rękach do Lipska. Pociągiem z trzema przesiadkami. Stoją już od tygodnia i nadal dobrze wyglądają. Można? Można. Małe rzeczy, kwiatki z działki 500 km dalej, 7-godzinna podróż pociągiem.

W kwietniu byliśmy na pogrzebie. Nie był to pierwszy pogrzeb w moim życiu, ale pierwszy raz, kiedy zmarła bliska mi niespokrewniona osoba. Przyjaciółka. Spędziłam niezliczone wiosenne dni rozmyślając o śmierci. To wydarzenie zaciążyło na mnie do tego stopnia, że nawet za bardzo nie pamiętam, co takiego robiłam w kwietniu lub maju. Nie jestem w stanie odpowiedzieć, pewnie chodziłam do pracy, poza tym nie pamiętam nic, mimo że pamięć mam niezawodną i pamiętam niesamowite detale. Read More

comments 4

Co po studiach

Po oddaniu pracy magisterskiej nie bardzo wiem, co ze sobą zrobić. Nagle mam popołudnia, wieczory i weekendy tylko dla siebie. Czuję niemalże pod skórą jak rysuje się pewna granica oddzielająca mnie od innych studentów. Budynki uniwersytetu rozrzucone są po całym mieście, więc chcąc nie chcąc co rusz się na nie napotyka. Ciężko więc o nich zapomnieć. Na każdym kroku studenci, którzy już o tej porze roku chodzą na boso. Kobiety. Długie włosy splątane na czubku głowy w dziwną konstrukcję przypominającą stożek lub żądło. Opatulone chustami z wzorami boho, nazwijmy je roboczo. Z jednej strony zadrukowane w esy i floresy, przeciągnięte złotą nitką, druga strona matowa. Kilka warstw różnych ubrań na sobie, całość obowiązkowo zakończona legginsami. Do tego bose stopy. Pod koniec lutego, po kilku słonecznych dniach z temperaturą powyżej dziesięciu stopni, już można. Coraz bardziej czuję, że nie mam z nimi już nic wspólnego. Przy sąsiednim stole studentki uczące się do jakiegoś egzaminu, wyraźnie podekscytowane wymądrzają się same przed sobą. W krótkich przerwach wertują swoje zeszyty i dyskutują o jakości poszczególnych mazaków. Fajnie podkreśla czy się rozmazuje. A ten nawet nie przebija.

Read More

comment 0

W wieku dwudziestu siedmiu lat

Urodziny mam czternastego listopada. I właściwie nigdy nie wiem, ile mam lat.
Skoro nowy rok zaczyna się pierwszego stycznia, to i przybywa nam wtedy dodatkowy rok życia, czyż nie? 2019 minus 1991 równa się 28, więc tyle mam lat od nieco ponad miesiąca. Ale skoro urodziłam się w listopadzie, to mam do listopada 27 lat i dopiero od piętnastego listopada będę miała oficjalnie 28? W każdym razie, 27 to dla mnie dziwna liczba. Jako dziecko wydawało mi się, że ludzie w tym wieku są bardzo dorośli. Jako nastolatka wielbiłam gwiazdy rocka większego i mniejszego rozmiaru, z których wiele umarło w wieku 27 lat. Wtedy myślałam, że to co prawda nadal młodzi ludzie, ale swoje przeżyli, no cóż. W końcu przechadzając się po cmentarzu i oglądając starsze nagróbki widać, że ludzie kiedyś krócej żyli. Teraz mam tyle samo lat, co kiedyś tak wielbieni przeze mnie muzykanci i żadnej płyty na koncie. Żadnej trasy koncertowej, żadnego odwyku, żadnego skandalu, nic…W Niemczech jestem za to gwiazdą rocka i to całkiem pokaźnych rozmiarów (ha, ha).

Read More

comment 0

Fantasmagoria, czyli Szumowska, Gersdorf a sprawa polska

A raczej Fantasma Goria, Goria Fantasma.

Skąd wziął się ten dziwnie brzmiący pseudonim, który sobie właśnie spontanicznie nadałam?

Ano, kierowałam się doświadczeniem ostatnich kilku lat, mianowicie mieszkaniem za granicą.

Na imię mi dali, a imię jej Małgorzata. Polacy, a także wszyscy się tym językiem posługujący doskonale wiedzą, że większość imion ma wiele form, których używa się w różnych sytuacjach. Ta odpowiednia forma imienia transportuje niesamowity ładunek kulturowy, z czego na co dzień nie zdajemy sobie sprawy. Wiem, bo przez ostatnie kilka lat zdołałam nauczyć Juliana bardzo przyzwoitego polskiego (thank you very much). Choć pomimo licznych pobytów w Polsce nie zdołał załapać tych imion, tej kultury w nich zawartych. Tak też zwraca się do mojej mamy przy zwyczajnej kolacji przy stole “Elżbieto, czy ty jesteś zmęczona?”. Używanie pełnego imienia w wołaczu i zaczynanie pytań od “czy”, to jest piękna polszczyzna.

Za granicą trzeba było się od samego początku zdecydować.

Jak się nazywam? Gosia, Gośka, Małgona, Małgośka, Gona?

Pod imieniem Małgorzata znamy aktorki, nauczycielki, panie w wieku naszych mam, że tak się wyrażę, ostatnio Małgorzata Gersdorf, której imię ostatnio często było słychać w mediach, czyż nie?

O, a może jestem Małgorzatka, jak zwykła mawiać do mnie babcia Frania?

Padło więc na Gosię. Stara, dobra, poczciwa Gosia. Wydawało mi się to wtedy najbardziej neutralną formą, bo czy jestem artystką niczym Małgośka Szumowska? Ona to może Małgośka, niepokorna, zadziorna, utalentowana artystka. Ale czy ja jestem Małgośką?

Bliżej mi do Szumowskiej czy do Gersdorf?

Niemcy nie potrafią wypowiedzieć “ś”, a wbrew temu, czego uczyły nas nauczycielki niemieckiego w szkole podstawowej dźwięk “ch” jak w słowie “ich”, nie jest tożsamy z naszym rodowitym “ś”! Niemieckie “ch” to dźwięk o wiele mniej soczysty, delikatny, ledwo wyczuwalny, jakże istotny.

Niemieckie “o”, to też nie nasze polskie, zwykłe, luźne “o”. W niemieckim wykonaniu jest owo “o” przeważnie długie i przypomina nasze “u”.

Tak więc nazywam się “Gusza”. Niczym “głusza”. Na listach wszelakich odnajduję moje imię zapisane nieraz jako “Gosha” lub “Goshia”.

Niedawno pomyślałam sobie, że głupia przecież byłam, bo taki wyjazd do innego kraju to jedyna i niepowtarzalna okazja zmiany swojej tożsamości.

W dowodzie pisze przecież Małgorzata, Gosia to tylko umowna forma, o której nikt poza Polakami, umówmy się, nie ma pojęcia. Dlaczego nie przedstawiłam się inaczej? A niech to!

Teraz już za późno. W mojej wyobraźni ukułam sobie więc Gorię, Goria. A skoro Goria, to i Fantasma. Fantasmagoria w końcu.

Raz umówiłam się do kosmetyczki pod tym imieniem. Goria. Small talk przy regulowaniu brwi nie traktował o moim kraju ojczystym i mojej znajomości niemieckiego, ewentualnie mojej pracy, nie – rozmawialiśmy o moim nietypowym imieniu i skądże ono się wzięło. Nigy nie słyszałam takiego imienia, to jak Gloria, ale bez “l”!

Przemiłe to było uczucie. Mieć dziwne imię jest o niebo lepiej niż mieć imię zagraniczne, które dla niemieckich uszu brzmi conajmniej dziwnie.

To tyle w temacie, wszystko ode mnie, cześć, pa!