comments 2

Zapisane

Przeczytałam raz o tym, że można oszczędzać wodę w kuchni, jeżeli wodę po gotowaniu ryżu czy makaronu wykorzystamy do podlewania kwiatów. Tak też postanowiłam uczynić, jako że jem makaron praktycznie codziennie. Wskutek tego umarł mi hibiskus, asparagus pożołkł nieprzyjemnie, a temu, co nie wiem jak się nazywa, ale ma jedna dlugą nogę – po kolei odpadają liście. Żółkną i odpadają.

My tu gadu-gadu, a zleciał styczeń. Styczeń pod znakiem dobrego samopoczucia, co może brzmi dziwnie w ustach dwudziestoparolatki, twenty-something jak to się modnie mawia ostatnimi czasy, ale skoro się cierpi na niedobór zelaza i inne tego typu zabawy to chyba można.

Czytalam glownie czasopisma i książki, których nakupowałam bedąc w Polsce. Zawsze przeceniam moje możliwosci przerobowe. A także ilość czasu, jaki spędzam nie w Polsce. W rezultacie mam w domu kilka dumnych stosików rzeczy do czytania, nowe wciąż przychodzą, a ja nie nadążam. Z okazji zapłacenia kartą kredytowa w internecie dostałam dwutygodniową prenumeratę Leipziger Volkszeitung – która sama w sobie nie zaskakuje, ale fakt, ze dostarczają ją przed 6:30 rano, już tak,

raz w tygodniu grubaśny die Zeit, którego naprawdę nie jestem w stanie przeczytać do następnego czwartku,

cyfrowa prenumerata Wyborczej, ktora należałoby codziennie odbębnić, a już na pewno w weekend – wysokie obcasy i magazyn świąteczny. Ostatnio natrafiłam na magazyn Pismo, który wypróbowałam internetowo i który mnie wcale zaintrygował. Zastanowię się nad prenumeratą.

Podczas podróży pociągiem, już daleko na północy, zaskoczył nas:

śnieg, któryż to znowu zniknął za kilkanaście kilometrów

brak mleka w bordbistro, wiec piliśmy czarną kawę z filtra

W Niemczech wszędzie jest kawa z filtra. Ta prostota w podstawowym zaspokajaniu potrzeb. W pracy we wspólnej kuchni kawa będzie smakowała tak samo jak w kawiarence czy piekarni za rogiem. Żadnego puszenia się i lansu, po prostu kawa z samego rana, która z reguły nie kosztuje więcej niż dwa euro.

comment 0

Stan Smith w Paryżu

Mija właśnie mój ulubiony miesiąc, a ja jestem chora. Przez ostatnie dwa tygodnie snułam się z bólem gardła tłumacząc sobie to pogoda i ze  i że tego ulubionego swetra z półgolfem może jednak nie powinnam nosić, bo szyja odkrytaKupiłam sobie nawet z tej okazji szalik, gdy jednego dnia było mi zimno na mieście. Ech, zimą uruchamiają mi się dziwne instynkty przetrwania i jak tylko zrobi mi się zimno, mam ochotę naubierac się w najgrubsze rzeczy jakie mam, a jak jestem akurat na mieściemuszę coś ciepłego jak najszybciej zdobyć! Najlepiej kupićZimą wydaję dużo pieniędzy.

Tydzień temu byliśmy w ParyżuRomantyczna jesienna wycieczka,

z okazji urodzin,

z okazji odbywającej się tam konferencji

i bo Paryżowi się nie odmawia.

Udaliśmy się tam o dziwo pociągiemPodróż zajęła niecałe 7 godzin, co jest o tyle zaskakująceżepodróż stąd do Swino trwa tyle samo. To znaczy – teoretycznie sześć i pół godziny, ale wiadomo, jak bywa. Wcześniej byłam już raz w Paryżu i zaliczyłam, jak się wydajeobowiązkowe punkty: muzeum w Luwrze, Notre Dame, muzeum Picasso, wieże Eiffla, bazylikę Sacre Coeur, kupiłam pseudoartystyczne obrazki od artystów-nieartystow w Montmartre, Pola Elizejskie i Łuk Triumfalny. Więcej grzechów nie pamiętamale mam poczucie, że ten kto odstał 2,5 godziny w kolejce do muzeum ten naprawdę był w Paryżu. Mi było to dane we wspomnianym muzeum Picasso, za nami para Amerykanow, zupełnie jak w filmie Woody´ego Allena, rozmawiali rozemocjonowani o safari w Afryce i o córcektóra chce się przeprowadzić do south of France.

She loved it there, she really did.

(Da radę bardziej cliche?)

Tym razem postawiłam bardziej na szwedanie się i odkrywanie miasta takim powolnym tempem. Zatrzymaliśmy się w małym, obskurnym hotelu w 9 arrondissement. Okolica sama w sobie była całkiem przyjemnanazwalibyśmy  chyba hipsterska. Jedna obok drugiej ciesnily się małe knajpki – a to wietnamska zupa pho, a to te modne bowls (czyli barwnie upstrzone jedzenie podawane w miskach, spotykane też pod nazwą surówka, jak sądzę), modne kawiarnie ze skrzynkami po jabłkach na ścianach jako regał. Wiecie o co chodzi, takie modne knajpy, które stawiają też na design i instagrammability (jest takie słowo, czy właśnie wymyśliłam?). Takich, jakich pełno jest w Poznaniu ostatnimi czasy.

Zaskoczyło mnie to, wszak myślałamże co jak co, ale Paryż klasycznym bistro na rogu stoi i nie bawi się w nowoczesne hotdogi i bóg wie co jeszcze. Jak się okazuje, jest i na to miejsce.

Największy ból miasta nad Sekwana: herbata kosztuje wszędzie 4,5€. W tej pokaźnej cenie otrzymujemy mała filiżankę, nieco większą niż ta od espresso, przysięgam, oraz saszetkę wybornej herbaty Lipton. Do tego mały metalowy dzbanuszek z ciepłą, bo przecież nawet nie gorącąwodąMówię, bo wiem, zmagałam się z bólem gardła przez te cztery dni i niczego nie pragnęłambardziej niż gorącej herbaty, więc piłam ja dosłownie wszędziePrzepuścilam majątek na herbatęktórej napiłam się łącznie może z dwa litry.

Z innych jedzeniowych rzeczy: mule z frytkami (które wcale nie były lepsze niż ta sama potrawa we francuskiej knajpie we Frankfurcie, aha), zupa cebulowaślimakiłosoś w sosie ziołowymduże ilości bagietki (które smakują jednak o niebo lepiej niżgdziekolwiek indziej), jajka na miękko z czerstwym chlebem na śniadanie, quiche lorraine. Z pierwszych razówślimakiSkoro jużjesteśmy, to zamówimy! A potem głowiliśmy się paręnaście minut jak by to zjeśćŚlimaki podawane  wszak na takiej śmiesznejtacce, która ma wgłębienia na owe, w środku pływa sobie roztopione ziołowe masełko, do tego szczypce i łyżka. Wykminilismy, że szczypcami się je przytrzymujeżeby nie uciekły, a łyżką wydłubuje i je. Stąd te sceny w niektórych filmach, gdzie ślimakiprzelatują przez pół sali i uderzają kogoś po przeciwnej stronie sali w głowę. Chyba, że to nie ślimaki tylko ostrygi? Moim zadaniem było wyjadanie masełka bagietką. Najlepiej.

Na zwieńczenie wycieczki tybetańska knajpkaktóra oprócz tegoże była miło egzotyczna, bo co jak co, tybetańskiej knajpy jeszcze nie widziałam na oczy, nie zachwyciła jedzieniem. Choć mieli dobrą herbatę z mlekiem i przyprawami korzennymi. W pobliżu tej knajpy znajdował się Bataclan, a było to dokładnie 13 listopada, w drugą rocznicę zamachówUdaliśmy się tam więc, bo jakże by nie, przed wejściem stała tablica pamiątkowa, na której wygrawerowane były nazwiska ofiar, dużo świeczek i innych ludzi w skupieniu. W tym momencie, gdy zobaczyłam to na własne oczy dotarło do mnie, że to się wydarzyło naprawdę i naprawdętutaj. Że z tej oddalonej o 10m stacji metra wysiadali ludzie tego wieczoru i weszli przez te drzwi na koncert, z którego już nie wyszli. Że obok w knajpie na rogu siedzieli ludzie i słyszeli i spanikowali i…

Weekend był chłodny i wyjątkowo nieprzyjemny na zwiedzanie i spacerowanie. Napotkane kobiety, nazwijmy je roboczo Paryżankamichociaż wiecie o co chodzi, stawiają styl ponad zdrowie czy ciepło, bo było naprawdę mega zimno, a tam rozpiętepłaszcze (bo wiadomo, że lepiej wygląda), spodnie popodwijane tuż nad kostką, balerinki i inne płaskie obuwie. Czapki nie spotkasz, wielkich wełnianych rękawic też raczej nie. Obowiązkowe obuwie to sneakersy Stan Smith, te białe z zielonym językiem i bodaj podeszwa. To je musisz nosić wystarczająco długo  będą wyglądały na stare i broń Boże nie prać, nie czyścić, nie dbaćZestawiać z absolutnie wszystkim, jakby to były najklasyczniejsze na świecie czarne botki, szpilki lub cokolwiek. Nieważne, tiul, garnitur, perły – stan smith brudny jest.

comment 0

Poniedziałek, wrzesień

Wrzesień to zawsze świeży oddech, powiew świeżego powietrza, nowy początek. Słońce ma ten specyficzny odcień, dni robią się krótsze, a my staramy się zatrzymać w głowie myśli z urlopu i po prostu ten wakacyjny stan umysłu.

Ja wczoraj wypiłam bodaj dwa litry herbaty z miodem, więc chyba było to moje oficjalne pożegnanie lata.

Przyszły też zmiany w pracy – znów studiuję! Pracuję tylko trzy dni w tygodniu, a przez pozostałe dwa dni i część weekendu, jeśli zdołam coś z niego uszczknąć, będę pisać moją pracę magisterską. Przez ostatni rok byłam nastawiona na tak zwaną karierę, bo na uczelni miałam pozdawane wszystkie prace i pozostała mi tylko i wyłącznie praca magisterska do napisania. W międzyczasie natrafiła się oferta pracy, z której korzystałam. Praca ta dawała mi dużo satysfakcji i wcale nikt się nie pytał o mój dyplom, w związku z czym zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle kończyć te studia. Doszłam jednak do wniosku, że teraz akurat rzeczywiście nikt nie pytał o dyplom, bo jestem młoda i w ogóle, ale studiuje się też po to, żeby mieć pracę w wieku 40 i 50, i 60 lat, czyż nie? Także.

Dziś zbudziłam się dokładnie o tej godzinie, o której co dzień odjeżdża mój pociąg do pracy. Tym przyjemniej zapadłam się w łóżku, jeszcze trochę poleżeć… A potem zrobić sobie kawy. Na spokojnie, z ciepłym mlekiem. Nie na szybko, french press pomiędzy ubieraniem butów, a myciem zębów. Szybki chlust do kubka na wynos. Największym luksusem jest dla mnie obecnie to, że mogę rano normalnie się wyszykować. To znaczy mam te 15 minut na śniadanie, które jem siadając przy stole. Wypijam ciepły napój, myję zęby, maluję się trochę. Potem pracuję.

To znaczy taki jest plan.

Słucham porannego programu Trójki do końca – to jest luksus!

Ostatnio kupiliśmy nową kanapę i z rozbawieniem obserwuję, jak wraz z nowym meblem zmieniają się przyzwyczajenia. Przez tych kilka dni przeczytałam o wiele więcej stron książki niż kiedykolwiek! Wcześniej nie czytałam w domu, najczęściej tylko w podróży. W domu nie było się jakoś gdzie usadowić. Mieliśmy kanapę typowo studencką, nie była ładna, była tania, można było na niej siedzieć, a nawet spać. Największym jej mankamentem był brak oparcia, a jak tu czytać książkę, gdy oparcia brak?!

W weekend zasiadałam mościwie na kanapie i czytałam. Aktualnie “Mistrza i Małgorzatę”. Kupiłam ją przy okazji jakiejś promocji, nowy przekład, wydanie z zeszłego roku. Pomyślałam, że to taki klasyk literatury, że trzeba go po prostu mieć na półce. To taka bardzo jesienna książka, więc w sam raz na teraz. Nie wyobrażam sobie czytać Bułhakowa na plaży przy trzydziestu stopniach. Albo na działce, gdy sąsiad obok puszcza radio Jedynkę na cały regulator. Bułhakow wymaga herbaty w filiżance, pledu w kratę, podkolanówek i czarnego manicuru.

W weekend byliśmy na ryneczku na zakupach – wydaliśmy niedużo, a mamy wykwintne jedzenie dobrej jakości kupione u lokalnych producentów na cały tydzień. Kupiliśmy sery – dwa rodzaje gorgonzoli, ser kozi (który ostatnio uwielbiam, szczególnie z miodem lub konfiturą) i gruyere. Następnie u pani Greczynki nadziewane papryczki ostre i półostre, marynowany bakłażan i najlepsze na świecie serki z dużą ilością papryki i jeszcze większą ilością czosnku. Na zwieńczenie owoce i warzywa u pani – wzięłam też malinki i jagody, bo spojrzałam na nie tak z rozrzewnieniem i pomyślałam, że to może ostatnie w tym roku i jaka szkoda. Cieszy mnie też to, że jest sezon na lilie. Lilie to moje (nasze) ulubione kwiaty.

comment 0

Anse

Zimno się zrobiło. Wrzesień przyszedł trochę za szybko. Na ryneczku pojawiły się pierwsze wrzosy, a pomidory nadal takie dobre. Czy to trochę nie za wcześnie na wrzosy? Nie za późno na pomidory?

Ten czas, popołudniem, gdzieś pomiędzy szesnastą a siedemnastą – wtedy mogłabym zmieniać świat! Wtedy nie mam co prawda energii, ale tyle pomysłów! Tyle planów i przedsięwzięć! Kiedy mój mózg dotarł do domu po pracy i jest gotów skupić się na czymś innym. Na przykład na myślach o kolejnym dniu w pracy.

Śmieszne w języku polskim jest to, że słowo “pani” to właściwie synonim słowa “nauczycielka”. Czy to nie kuriozum? Że stereotyp gender jest tak silnie zakorzeniony w języku. Przez cały okres mojej edukacji używałam tego terminu, a owszem, i nawet się nie zastanawiałam. Zastanowiłam się nad tym głębiej dopiero gdy zaczęłam niejako nauczać polskiego (ha ha). Julian mówił zawsze nauczycielka, bo wszak jest to ekwiwalent niemieckiego Lehrerin, a mi to dziwnie brzmiało – nie no, przecież się mówi pani. 

W języku arabskim istnieje słowo anse. Nie mam, niestety, pojęcia, jak się je pisze, a Google Translate mi za bardzo nie pomaga. Można go w każdym razie użyć w znaczeniu nauczycielka, ale też podobnie jak francuskie mademoiselle. Myślę, że polskim odpowiednikiem byłoby słowo pani. Niektórzy z moich uczniów (to też śmieszne słowo, jak mówi się inaczej, jeżeli uczy się dorosłych? kursanci?) zwraca się tak do mnie, jak już trochę lepiej się znamy.

Anse, ich habe eine Frage…

Tschüss, Anse. 

Anse można by też powiedzieć na ulicy do nieznanej nam bliżej młodej kobiety, pytając, dajmy na to, o godzinę lub sprzedawczyni w sklepie.

 

comment 0

O tym, jak rządzi mną konsumpcjonizm

Czasami łapię się na tym, że popołudniu odpoczywając po pracy, w myślach kiełkuje myśl, że oto jeszcze muszę coś zrobić – na przykład skoczyć do miasta, żeby wejść do tego jednego domu towarowego, który prowadzi Burt’s Bees i kupić sobie ich krem do rąk z mleczkiem migdałowym, bo kosztuje 11,99€ i zawsze mi było na niego szkoda pieniędzy, a teraz bym zaszalała, a co tam.

I koniec z odpoczywaniem. Głowa zajęta czymś innym, książka zapauzowana, palec wetknięty między strony, resztkami koncentracji obliczam, ile zostało mi jeszcze czasu drzemki (jakby co najmniej była jakaś granica)…

Wszystko bez sensu.

Wczoraj wieczorem wróciłam z pięknego weekendu we Frankfurcie. Pogoda nie była piękna, Frankfurt też nie, ale weekend jak najbardziej. Dwa i pół dnia. Jako że to stąd nie aż tak daleko byłam o 17 już na miejscu i mogłam rozkoszować się weekendem, podczas gdy pozostali wydawali się dopiero przeć w stronę dworca i weekendu. Z całego pobytu najbardziej podobała mi się francuska restauracja, którą odwiedziliśmy w sobotę wieczorem, nazywa się Maachanz i jest boska. To knajpa z prawdziwego zdarzenia, z lekko starym wystrojem, prawdziwa restauracja z sercem, pysznym jedzeniem, kelnerem z wąsem i białej koszuli, co rusz uchylał rąbka tajemnicy i z rękawa sypał przepisami na odtworzenie zjedzonych dań w domu – przyrządzając mule w żadnym wypadku nie dodawać czosnku! Wszystko tylko nie czosnek! Białe wino, masło, tymianek, szalotki, ale nie czosnek! Na sam koniec dużo pietruszki.

Dzisiaj, ciężko niewyspana, i z myślami gdzieś w okolicach niedzielnego poranka, posnułam się po pracy do rzekomej tej jednej galerii, aby wspomniany krem do rąk kupić. Nie mogłam się zdecydować, więc wzięłam obydwa. Były jeszcze nowe szminki nawilżające w pięknych kolorach i równie pięknych nazwach, więc też wzięłam. No i klasyczną pomadkę ochronną także, bo jakże by mogło jej zabraknąć. Przy kasie okazało się, że wcale nie mam na koncie wystarczającej sumy pieniędzy, bo na weekend za bardzo zaszalałam i bęc!

Na pocieszenie obok znajdował się bankomat, a ja miałam pieniądze na koncie oszczędnościowym, więc postanowiłam je sobie od razu przelać. Coś nie zadziałało, nie udało mi się dokonać transakcji, więc postanowiłam szukać bankomatu. Przeleciałam przez pół centrum w poszukiwaniu bankomatu aż mnie ocuciło i dotarło do mnie, co tak właściwie robię. Latałam po mieście bez obiadu, zmęczona, niewyspana i z zalążkami przeziębienia, bo chciałam sobie kupić kosmetyki, które wcisnęłabym do mojej i tak już przepełnionej kosmetyczki.

Morał z tej historii jest taki, że rządzi mną konsumpcjonizm i cała moja lektura i przemyślenia na temat minimalizmu się opłaciły. Kremu nie kupiłam i nie zamierzam. Dziękuję bardzo.

comment 0

Lekcja minimalizmu w Świnoujściu

A właściwie przyspieszony kurs minimalizmu. Nie chodzi nawet o Świnoujście samo w sobie, jakoby to ono minimalizmem stało (broń Boże…), chodzi bardziej o wyjazdy wszelakie.

Jestem na takim etapie, że wakacjami nazywam odwiedziny u rodziców, co się jeszcze załapuje na wakacje, bo to wystarczająco daleko, więc bite sześć godzin pociągiem trzeba jechać, no i mieszkają w Świnoujściu, więc w miejscowości, gdzie większość ludzi spędza urlop z prawdziwego zdarzenia i za ciężkie pieniądze. Spakowałam w walizkę same letnie rzeczy. Oczywiście, wiem jaka tu jest pogoda i upału trzydziestostopniowego doświadczyłam tu może raz, ale lato i urlop i spacer po plaży, a działka, hamak, balkon i książka. Świnoujście przywitało mnie deszczem, wiatrem, termometr wskazywał w porywach raptem 15 stopni, ja w walizce jedne dżinsy i jedna marynarka. A gdzie moje kreacje? Gdzie moje misternie dobierane boxy cropped shirt do długich spódnic? Gdzie te klapki i sandałki z korka? Otóż. Po co. Na wakacje równie dobrze można spakować dosłownie dwa komplety ubrań, dwa outfity: raz to, co ma się na sobie i drugi outfit na zmianę. Tym bardziej jeśli odwiedzamy rodzinę to zawsze możemy też coś pożyczyć. Ja na przykład zapomniałam bielizny, więc najpierw kupiłam sobie set bawełnianych majtek w Kauflandzie, a w chwilach zwątpienia wspomagam się kolekcją mojej mamy.

Czy to fu? Nie sądzę.

Jeżeli można pożyczyć bieliznę, to tym bardziej można pożyczyć bluzkę, sweter lub ciepłą kurtkę.

Po co pakować całą walizkę ubrań? Żeby mieć więcej do wyboru? Hmm…

Lato to taka pora roku, kiedy zawsze kupuję więcej ubrań. Na lato jest więcej możliwości, letnie ubrania mają różne długości, wzory, kształty. Latem można bawić się modą. Także ze względów praktycznych trzeba mieć nieco więcej ubrań – szybciej się pocimy, a więc trzeba je więcej prać, to znaczy z kolei, że się szybciej zużywają i tak dalej.

Po co to na co, jak mawia klasyk? Większość ubrań leży w mojej walizce nieużywanych i pewnie ich nie ubiorę ani razu. Zapakowałam się w dużą walizkę, bo przecież tyle ubrań, a tylko jeden ciepły sweter.

Zapamiętać sobie: następnym razem zabrać jeden outfit (ewentualnie dwa, w zależności od długości wyjazdu) i nie zawracać sobie głowy pierdołami. Dziękuję.

comment 0

Glutenfull

Próbowałam przez cały zeszły tydzień odżywiać się bez glutenu, nabiału i cukru. Udało mi się to dość przyzwoicie, głównie dlatego, że nie chodzimy regularnie na zakupy, bo zazwyczaj nam się nie chce, tak więc chleba w domu po prostu nie było, a przed szóstą rano nawet nie miałam gdzie go kupić. Za to wjechały owocowe i warzywne koktajle albo rzeczone owoce i warzywa w całości, zamiast chleba.

Cukier – nie słodzę już od pewnego czasu. Jako że rano mam za mało czasu i przeważnie udaje mi się tylko wlać chlust gorącej wody do kubka, obrócić się na pięcie, biegusiem wyjść z domu i przez ulicę. Pijąc popołudniową kawę, najczęściej jest taki syf w domu, że nie wiem, gdzie jest cukierniczka albo nie chce mi się po nią iść – tym leniwym sposobem, oduczyłam się słodzić. Szkoda tylko, że dzisiaj cukier jest absolutnie we wszystkim, nawet w produktach, gdzie byśmy się go nie spodziewali lub gdzie jest po prostu zbędny. Tych produktów nie wyeliminowałam, zrezygnowałam po prostu z cukru w czystej postaci.

Jeśli chodzi o nabiał to jestem w stanie zrezygnować z krowiego mleka, ale ser? Ser pleśniowy na kolację do lampki wina? A w ogóle jeszcze bagietka i masło do tego?! Ser feta? Lody??? Staram się ograniczyć mleko krowie, ale bardziej na zasadzie eksperymentu. Pojawia się teraz tyle nowych smaków, nierzadko wymyślnych, dlaczego by ich nie spróbować? Kawa z mlekiem sojowym lub migdałowym smakuje mi o wiele bardziej niż z krowim, bardzo lubię ten szorstko-papierowy posmak, jeśli tak można powiedzieć.


Życie to wzloty i upadki, poprzeczki i niepokonywanie ich. Przez rok czasu myślałam, że mam temat pracy magisterskiej i poruszałam się w tym kierunku, a potem przyszło orzeźwienie pod postacią nowego profesora i okazało się, że nie mam. Ale już mam nowy! Nowy temat i znowu poruszam się w tym kierunku. Na moim biurku stosik książek do tematu, moja drukarka wypluwa kolejne teksty. Zeszłą niedzielę spędziłam w bibliotece, gdzie przez bitych pięć godzin czytałam, czytałam i czytałam. Już dawno nie miałam tego luksusu, to miłe mrowienie w głowie pod koniec dnia. Piszę o nauczycielach języka obcego, którzy nauczają języka obcego. To znaczy języka, który dla nich też jest językiem obcym. Czyli na przykład ja. Najciemniej jest pod latarnią, okazało się – wystarczy spojrzeć na siebie. Nauczam niemieckiego, mimo że nie jest to mój język obcy. W mojej pracy chciałabym wykazać, jaką rolę mają takie osoby, jakie kompetencje i umiejętności wnoszą w porównaniu z nauczycielami native-speakerami.


Z biegiem czasu zmieniają się także gusta muzyczne, na to by wyglądało. Ostatnio słucham Radiohead, szczególnie “I Promise”, a kiedyś myślałam, że zamulają niemiłosierie i nie da się tego wytrzymać. Słucham jazzu, Leonarda Cohena i audycji radiowych w Trójce, szczególnie Aksamit i Marka Niedźwieckiego w sobotę przed południem.

comment 0

Lipsk wiosną

Najlepsze uczucie na świecie to zbudzić się rano w sobotę i jeszcze leżąc w łóżku poczuć powiew świeżego powietrza na twarzy. I tak sobie leżeć, oddychając miarowo, mając cały piękny dzień przed sobą, powoli, nieśpiesznie zastanawiając się, po którą książkę lub czasopismo by tu sięgnąć, czy kawa czy herbata.

Nastała wiosna i trwa sobie w najlepsze, a ja wraz z nią dopiero teraz poczułam, że naprawdę mieszkam w tym mieście. I jakie ono piękne! Jakie przyjemne, szczególnie na wiosnę! Przyczynił się do tego niewątpliwie rower. Należę do osób, które używają roweru tylko jak jest ładna pogoda, to znaczy nie jest za zimno i nie pada. Nie jestem aż tak zagorzałą rowerzystką, na rowerze jeżdżę po parku i na zakupy. Codziennie rano w drodze do pracy obserwuję ludzi, którzy jadą niemały kawałek rowerem do dworca, zostawiają rower tam, przesiadają się na pociąg, potem na miejscu jadą tramwajem lub pieszo. Ja chyba aż tak mobilna nie jestem. Zresztą bałabym się o mój rower. Pokonuję moją drogę do pracy tramwajem, pociągiem i tramwajem, tak bardzo jak się da. Obserwuję więc z siodełka to moje miasto, w którym to z powodzeniem mieszkamy od października, i dopiero teraz zaczyna mi się podobać. Teraz je tak naprawdę doceniam, teraz mam wrażenie, że tu naprawdę mieszkam, a nie tylko sypiam, teraz nie chcę się z niego wyprowadzić. Być może zawsze tak jest, że dopiero pierwsza wiosna i pierwsze lato w danym miejscu pozwala tak naprawdę “zapuścić korzenie”, w ogromnym cudzysłowie, bo to tak szybko się nie zdarza, ale to wtedy wraz z kwitnącymi drzewami kiełkuje w nas takie poczucie, że jesteśmy tu i teraz i jest dobrze. O ile bazylia na stole się panoszy, parzy się herbata, truskawki się prężą. Lipsk chilluje. Mimo, że to dość sporych rozmiarów miasto, ok. 500 000 mieszkańców, czyli taki Wrocław, życie toczy się tutaj raczej spokojnie. I winne są temu wcale nie zmiany demograficzne, że niby mieszkają tu tylko starzy ludzie, emeryci i renciści, którzy większość czasu spędzają w kolejce do lekarza i w domu (w tej kolejności). Lipsk to bardzo młode miasto, które jako jedyne w Bundesrepublik rośnie – notorycznie notuje się tutaj napływ nowej ludności, więcej ludzi się rodzi niż umiera. Lipsk jest magnesem i od kilku lat z powodzeniem ściąga do siebie ludzi. Na przykład taka ja. My 🙂 Mimo wszystko jest tutaj płasko, co mi jako weekendowej rowerzystce bardzo odpowiada, bo nie lubię jak jest pod górkę. Ruch samochodowy w mieście nie jest przytłaczający, jest przyjazny dla pieszych i rowerów. W samym centrum jest bardzo dużo parków, a nawet kawałek lasu. Wystarczy tylko oddalić się 5 minut od centrum, a już jesteśmy w lesie. Wszędzie znajdują się jeszcze miejsca nieodkryte, nieco dalej od centrum, gdzie nie wszystkie kamienice odnowione są na biało, a na sufitach nie ma sztukaterii, są za to liczne startupy, teatry, atelier i inne inicjatywy, które czynią miasto interesującym. Teraz mieszkam tutaj i nie chcę się wyprowadzać. Podkreślam to sama przed sobą tym bardziej, że miałam niedawno wątpliwości. Póki co najbardziej trzyma mnie tutaj roczny “zakaz” wypowiedzenia umowy, więc myślałam sobie, ok, rok przecież przetrzymam, ale teraz mówię to z przekonaniem! Powoli odkrywam swoje miejsca, wydeptuję swoje ścieżki. W sobotę na Richard-Wagner-Platz jest pan, chyba Grek, który sprzedaje nadziewane papryczki i inne pyszne serki, tak bosko przyprawione! Same pyszności, a na dodatek karmi od serca, bo daje wszystko popróbować i nie poprzestaje na jednej porcji, więc nigdy nie odchodzi się głodnym. Przetestowaliśmy już kilka hinduskich knajp, więc wiemy, gdzie kierować się po najlepsze curry. Najlepsza, a przynajmniej najładniejsza kawiarnia miasta jest chyba tuż pod nosem – Fleischerei na Jahnallee. Wszystko jest. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że ludzie chcą nas odwiedzać – gościliśmy przez tych kilka miesięcy już o wiele więcej osób niż w całym moim dotychczasowym życiu tutaj łącznie. Bosko!

Piszę to wszystko dlatego, że chcę sama przed sobą, jakoby na piśmie, oznajmić, że aktualnie jest tak i tak w moim życiu. Opisać obecną sytuację i aktualny stan ducha. Jeszcze miesiąc temu byłam gruba, nieszczęśliwa, sfrustrowana i chciałam się wyprowadzać natychmiast. Nie wiedziałam tylko dokąd i dlaczego. Teraz akceptuję moje życie, po długich rozważaniach doszłam do wniosku, że idę dobrą ścieżką i zaprzyjaźniłam się z myślami, które co jakiś czas regularnie każą mi wszystko rzucić i wyprowadzić się nad morze. Teraz nie. Teraz idę na ryneczek.

comment 0

Dziś jestem chora

Wczoraj wieczorem śledziliśmy pierwsze wiadomości z belgijskiej telewizji na temat wyborów prezydenckich we Francji. Mediom francuskim grożą bodaj surowe kary pieniężne za spekulowanie na temat wyników przed zamknięciem lokali wyborczych. Dom wypełnił się językiem francuskim, transmisja na żywo. W kuchni w radiu równie podekscytowane Deutschlandradio. Ja lekko zaniepokojona. W ten sposób udzielił mi się ten nastrój, ta niepewność, że przecież może też wygrać Le Pen. Pamiętam ten listopadowy wieczór, gdy kładliśmy się spać z myślą, że jak następnego dnia wstaniemy rano to będzie już wiadomo, kto wygrał wybory prezydenckie w USA. I się dowiedzieliśmy. Ja jako pierwsza, o 5 rano. Wynik jest wszystkim znany.

A też nikt się z tym nie liczył. A wszyscy uważali to za absurdalne. Wszyscy pukali się w czoło. W tym tonie przynajmniej nadawały wszystkie europejskie media.

Tym razem we Francji udało się i wygrał kandydat proeuropejski. Dla mnie niemniej jednak pozostanie ten wieczór wyborczy pierwszą sytuacją, kiedy to odczuwałam pewien niepokój związany z wynikiem wyborów, gdzieś tam na świecie, bo przecież nie u nas… 

Nie wiem, co się stało z pogodą, bo już od trzech tygodni jest pochmurno i niemal w ogóle się nie rozpogadza. Albo akurat wtedy, gdy ja jestem w pracy i nawet nie mam jak wyjść na świeże powietrze. Już kilkakrotnie zakręcałam grzejniki ogłaszając koniec sezonu grzewczego. I kilkakrotnie z powrotem je odkręcałam. Dzisiaj rano też – wszędzie na trójkę, nawet w kuchni. Pozapalałam też światła, choć jest niby jasno i godzina młoda. Niech trochę poudają słońce.

Ostatnio oglądam bardzo dużo filmów Casey Neistat, wyciskam soki z jabłek, marchwi i robię smoothie, namiętnie spryskuję kwiaty, robię im prysznic i dokupuję nowe. Dziś posadziłam też rzeżuchę i upiekłam ciasto jabłkowe. Z cynamonem.

comment 0

Melduję się!

Zamilkłam na pewien czas.

Trudno mi było znaleźć czas. To znaczy, miałam nawet tego czasu trochę, ale czas, kiedy to nie jestem zestresowana, smutna lub zmęczona – tego czasu trochę brakuje.

W radiu Marek Niedźwiecki puszcza jak co sobotę świetną muzykę. Za oknem znów deszcz, wiatr i kurtki zimowe. Dobrze, że sobota, nie trzeba wychodzić z domu. Ostatnio poczułam wiosnę. Wzrosła ilość produktywnych godzin w ciągu dnia. Gdy wstaję rankiem o 5:20, to słońce wstaje razem ze mną. Jem śniadanie przy wschodzącym słońcu. Wieczorem relaksuję się przy zachodzącym słońcu, chwilę potem idę spać.

To nawet dobrze, że pogoda nie sprzyja, bo powinnam przecież pisać pracę.

Pisać pracę, te dwa monotonne słowa. Ostatnio zorientowałam się, że rok temu zwolniono mnie z pracy pod pretekstem “pisania pracy magisterskiej”. Napomknęłam, że oto mam zamiar zacząć pisać moją pracę i czy w związku z tym mogłabym przychodzić dwa dni, ale na więcej godzin (a warto wspomnieć, że pracowałam 13 godzin tygodniowo wtedy). W odpowiedzi zwolniono mnie dokładnie pod tym pretekstem.

W sumie jestem za to wdzięczna. Bo musiałam/odważyłam się poszukać innej pracy i w ten oto sposób już od niemal roku uczę niemieckiego. Już niemal rok jestem Frau Gosia. Goshia, Gosha, Gushe, Gosha, Goshe. Z moją magisterką tkwię jednak w miejscu. Zrobiłam mały, nieśmiały krok do przodu. Pewne rzeczy się w międzyczasie pokomplikowały, na przykład to, że straciłam promotora, któremu opiekowanie się moją pracę najwidoczniej się odwidziało. Teraz, wraz z wiosną, znów mam motywację. Zasiadam przy fotelu przy oknie, wśród kwiatów, wśród mojego wypielęgnowanego buszu i czytam książki naukowe. To miłe uczucie.

U nas w domu panuje ogólnie naukowa atmosfera. Gdy jesteśmy oboje z Julianem w domu i akurat nie sprzątamy, nie jemy lub gotujemy to pracujemy. Emy-emy. Jest cicho, każdy pogrążony w lekturze lub pochylony nad laptopem. Nie mamy telewizji. Mamy telewizor, ale, jakby, w środku nic nie ma, to znaczy mamy tylko urządzenie telewizor, który czasem podłączamy do laptopa i oglądamy Netflix, film albo Germany’s Next Topmodel. To w sumie świetne rozwiązanie, polecam każdemu. Telewizor, a właściwie reklamy, nie brzęczą w nieskończoność w tle, za głośno i zupełnie bez sensu, a mimo wszystko można o wiele wygodniej oglądać treści, które naprawdę nas interesują. Muzyka to Trójka naprzemiennie z Deutschlanradio. Ewentualnie Madeleine Peyroux, Beatlesi, Julian Casablancas lub Hey na winylu. Gusta muzyczne ani repertuar za bardzo mi się nie zmieniły. Nie nadążam też za bardzo z technologią, więc słucham muzyki, którą mam na płytach, a nowych ostatnio nie kupuję za dużo. Pracujemy. Chcesz kawy?

W kwietniu zaliczyłam też pierwszy (płatny) urlop w moim życiu, który to spędziłam za granicą. Przedwielkanocny tydzień w Madrycie!

W Madrycie nie rozumiałam za bardzo, o co chodzi. Nie złapałam za bardzo bakcyla. Być może dlatego, że niemal cały czas poruszaliśmy się pięcioosobową grupą, więc hiszpańskie życie i widoki właściwie tylko podziwialiśmy z odległości. Jedyna interakcja z miejscową ludnością miała miejsce z kelnerem – w kawiarni lub restauracji. Była ładna pogoda. Codziennie dwadzieścia pięć stopni – mikroklimat był na tyle zadziwiający, że pomimo tej temperatury nie było gorąco. Podczas gdy przyjezdni chodzili porozbierani do rosołu, paradując w najdziwniejszych okryciach głowy i karku, miejscowi preferowali modę iście jesienną – dżinsy, botki, płaszcze. Jedną z nielicznych rzeczy, która mi się kojarzy z Hiszpanią to oczywiście Tapas, więc pierwszą pozycją na mojej liście “to-do”, a właściwie to-eat, były właśnie one – Tapas! Dzisiaj idziemy jeść tapas!

W międzyczasie zorientowałam się jednak, że tapas to nie nazwa żadnej konkretnej potrawy, tapas to po prostu mała porcja czegokolwiek. Po polsku powiedzielibyśmy może przystawka? W wielu restauracjach można było zamówić jedzenie w formie tapas lub raciones. Mała lub duża porcja. Przystaweczka lub normalna porcja.

Hiszpanom można pozazdrościć ich życia ulicznego. Ludzie po prostu spędzają czas na ulicy. Gdyby się nad tym dłużej zastanowić to nawet nie wiem, dlaczego. I pewnie najlepiej pokazuje to też tę różnicę kulturową – u nas być może trzeba mieć powód, żeby wyjść z domu, na ulicę, podczas gdy w Hiszpanii jest to zupełnie naturalne. I nawet nie chodzi o to, że idę do knajpy i przesiaduję w tej knajpie dzień i noc (choć oczywiście też). Ludzie wychodzili na dwór i przesiadywali po prostu na ławeczce pod domem, ławeczce pod Carrefour, gdziekolwiek. I wcale nie były to super ławki albo super do tego stworzone miejsca do przesiadywania, tak jak architekci miejsc publicznych to sobie wyobrażają. Ulica to takie przedłużenie mieszkania. Jak gdyby w myśl zasady, dlaczego mam wylegiwać się na kanapie, mogę to zrobić na świeżym powietrzu. Być może też rzadkością są balkony (poza takim mini, niektórzy mówią na to rzygownik…), dlatego gdy chcę pospędzać czas na świeżym powietrzu to po prostu muszę wyjść z domu? Niemniej jednak stwarza to niesamowitą atmosferę. Życie uliczne. Myślę, że po to ludzie jeżdżą w ogóle do Hiszpanii lub Włoch. Szczególnie zamuleni turyści z Niemiec.

Przyszłe miesiące stoją pod znakiem dalszego zmagania się z pracą magisterką, literatury naukowej i bibliotek uniwersyteckich.

Na pamiątkę minionych wakacji – mały madrycki widoczek.

IMG_20170410_155357