comment 0

Silna kobieta

W pracy mam do czynienia z przeróżnymi osobami, choć nie wszyscy przychodzą regularnie na zajęcia.

Ostatnio zjawiło się pięć osób, które co kwadrans się wykruszały, jedna po jednej, posługując się wymówkami z dziecięcego repertuaru, a mamy do czynienia z rodzicami.

Na ostatnią godzinę została tylko Fatema, którą pozwolę sobie przywołać z imienia, bo jestem przekonana, że raczej tu nie trafi, a jeżeli już, to nie będzie w stanie tego przeczytać. Rozumiecie, przeczytać. Fatema nie potrafi. Jest analfabetką.

Jest jedną z najbardziej pilnych osób w kursie. Przychodzi zawsze punktualnie i zostaje do ostatniej minuty. Na początku myślałam, że wynika to ze szczególnego zaangażowania, teraz wiem, że to posłuszeństwo. Dziwny rodzaj posłuszeństwa. Pomieszany z dziwnie rozumianym szacunkiem.

Fatema ma szóstkę dzieci i męża, więc jakby siedmioro.

Nigdy nie chodziła do szkoły, po arabsku potrafi mówić posługując się prostymi słowami i nieskomplikowanymi frazami. Pisze bardzo niepewnie, po stokroć poprawiając każdą literę, równie niepewnie czyta.

Na jej przykładzie zrozumiałam jedno – ludzie podobni do niej, postrzegają kurs językowy lub naukę w ogóle tak samo jak pracę fizyczną. To znaczy sama mechaniczna czynność i poświęcony jej czas jest osiągnięciem celu i przynosi skutek.

Jest dużo osób, którzy się nie uczą, bo nie potrafią. Nigdy nie byli w szkole, więc nie są przyzwyczajeni do przyswajania rzeczy, logicznego myślenia, kojarzenia faktów i tym podobne. Jak to mawiają, mózg to mięsień, który niećwiczony zanika. Wyobraźmy sobie zatem kobiecinę 37-letnią, która godziny swojego życia nie spędziła w szkole, dopóki niedobry, zły, fuj!, urząd niemiecki posadził ją w ławce w kursie językowym i kazał się uczyć, jakby to było takie proste. A teraz spójrzmy na siebie – my wszyscy spędziliśmy przynajmniej 12 lat w szkole. Nawet jeżeli nie pamiętamy, kto to był Otto I. lub nie przypominamy sobie dokładnych okoliczności chrztu polski, i Gniezno, i Wojciech i Bolesław.

Siedziałyśmy więc same w tej wielkiej sali. Fatema opisywała co widzi na obrazku, nazywając poszczególne przedmioty. Nagle zjawił się jej mąż i zapytał, czy może tu usiąść i zaczekać. Widocznie mieli plany tuż po zajęciach.

Sama jego obecność zmieniła oczywiście atmosferę. Fatema nagle zapominała prostych słów, zastanawiała się przy rzeczach typu “stół”, robiła przerwy, które uzupełniał małżonek. Miałam wrażenie, że robi to specjalnie. Usuwa się w cień i daje mu pobłyszczeć. On wiedział, jak będzie “stół” i nawet krzesła.

Pod sam koniec, kiedy już prawie zbieraliśmy się do domu, małżonek zaczął opowiadać o dzieciach, że boksują, że byli na zawodach, ale nie pamiętają, w jakim mieście, że Fatema trzy godziny gotowała, dużo gotowała, a potem oglądali video z zawodów.

W końcu rzekł małżonek: ona jest silną kobietą.

Że chodzi na ten kurs, mimo że nauka nie przychodzi jej łatwo, że wcześniej nawet sama nie potrafiła nigdzie pojechać tramwajem ani odnaleźć się w mieście, a teraz umie, że do lekarza samemu też ani rusz, a teraz idzie sama i jeszcze się dogaduje, boli, głowa, gardło, katar, kaszel. To silna kobieta.

Sprząta, w domu zawsze sprząta i wszystko robi, a praca w domu to jest normalnie jak zawód, ciężki zawód, ona wszystko robi i nigdy nie narzeka, jak posprząta, a ja patrzę i widzę, że niedokładnie posprzątała i jej mówię, to ona idzie i sprząta jeszcze raz, to silna kobieta. 

Rzekł.

Silna kobieta to takie wspaniałe słowa do każdej kobiety, do tej matki szóstki dzieci. On miał na myśli posłuszną, dobrą panią domu. Która robi co do niej należy i nie narzeka. Nie użala się i nigdy nie jest chora. A nawet jeśli jest to i tak wywiązuje się ze swoich obowiązków. Przykro było to usłyszeć. Przykro było zorientować się, że tak, dobrze zrozumiałam. Jak przykre musi być życie tej (tych) kobiet(y). Koniec. Brak mi słów.

comment 1

Szła dzieweczka

W miniony weekend Polsat zaproponował przeboje muzyki weselnej i rozrywkowej ogólnie w formacie wesele-poprawiny. Krótki zarys kultury polskiej, tym bardziej interesujące dla takiego przybysza zza granicy.

Wśród przebojów narodowo-biesiadnych znalazła się również, bo jakże, szła dzieweczka do laseczka, do zielonego, znalazłem ulicę, znalazłem dom, na prawo, na lewo, w górę i w dół. Nawet nie jestem pewna, które z tych wersetów ująć w cudzysłów jako tytuł. Do zielonego. Ho-ho-hoooo.

Wraz z mrągowską publicznością odśpiewałam, a jakże, wszystkie wzrotki, nie pogardziłam też zaproponowaną choreografią, na prawo, na lewo, w górę i w dół.

Julian oczywiście nie czaił bazy, poza wspomnianą choreografią, był pewnie jedyną osobą w linii Świnoujście – Mrągowo, która owej przyśpiewki nie znała, ale chyba mu to nawet nie przeszkadzało.

Po śpiewach mówię do mamy, że

ech, tak to jest

mieszkasz sobie w takim rajchu

i czytasz gazety,

i brand eins masz zaprenumerowane,

i do kina chodzisz studyjnego, co po ichniemu Programmkino nazywa się,

i studiujesz, studiowałaś, referaty wygłaszałaś,

magisterkę piszesz,

wspomnianego języka nawet nauczasz (a jakże)

aż by taka niemiecka dzieweczka do laseczka wjechała (szła) to niemota

i że to w gruncie rzeczy przykre, bo raz kto by nie chciał pośpiewać?

a dwa przypomina ci to, że takie przyśpiewki są jednak gdzieś głębiej, na innych nośnikach zakodowane niż wykształcenie i prasa bieżąca

 

Dziecko! – rzecze mama, bo chyba już jej się nie chciało słuchać, z resztą plotę cały czas to samo do różnych adresatów – a czy to trzeba? Musisz znać?

 

I tyle. Okazało się, że nie trzeba.

comment 0

Wywczas

Wakacje spędziliśmy w Świnoujściu.

To nieszczęsne Świnoujście, które zawsze wydawało mi się porażą pod względem urlopowym, bo przecież mieszkałam tam przez pół mojego szczenięcego życia, nadal mieszkają tam moi rodzice, a odwiedziny u rodziców? Co to za urlop?! Podczas gdy inni urlopują za granicą, a niemieccy współtowarzysze rozglądają się za südostasien, jeśli już nie stare dobre gardasee, spanien bądź frankreich.

W tym roku dotarło do mnie, że wcale nie miałabym ochoty pojechać do wspomnianych Włoch czy innych krajów Europy, za którymi wszyscy przepadają, w pierwszej kolejności Woody Allen.

Jestem za leniwa.

Nie chce mi się organizować, ogarniać, każdego dnia stresować się, że oto nie mogę po śniadaniu zalec z książką w pozycji półleżącej, bo musimy odhaczać kolejne punkty z programu. Zwiedzać! Stać w dwugodzinnej kolejce do muzeum! Nie śpimy, zwiedzamy! Nie trzeba się stresować, żeby wiedzieć, że się odbyło urlop – z takiego wychodzę założenia.

Wakacje w kilku podpunktach:

  • przejechaliśmy niezliczone kilometry rowerem brzegiem morza
  • przeczytałam trzy książki w tydzień
  • nabyłam sporo książek na wyprzedaży w Empiku, które wypełniły prawie całą walizkę, więc żeby je zabrać nie spakowałam części ubrań
  • malinki na działce będą może za jakieś dwa tygodnie
  • byłam nad zalewem w Kamminke, nad zalewem szczecińskim, a jest to najpiękniejsze miejsce nad polskim morzem i wszyscy, którzy stoją w korkach w drodze nad morze i płacą ciężkie pieniądze za wszystko, powinni to wiedzieć. Nie nadmuchane zwierzęta i parawany o nieludzkiej długości, jako (była) miejscowa polecam ławeczkę nad zalewem!
  • na wzgórzu Golm jest godna uwagi wystawa o wojennej i przedwojennej historii Świnoujścia, szczególnie bombardowanie miasta 12 marca 1945 r., kiedy to zginęli niemieccy uchodźcy, przymusowi robotnicy wielu narodowości i wiele innych osób przebywających wtedy w mieście
  • na lato polecam do twarzy krem pomidorowy ze sklepu zielarskiego na Konstytucji
  • do następnego razu

 

 

comment 0

Gottschedstraße, 04109 Leipzig

W Lipsku na Gottschedstraße świat jest taki jaki powinien być.

Przynajmniej w moim wyimaginowanym świecie, który najlepiej zwizualizować za pomocą Kukbuka, szczególnie ich wydań specjalnych. Brakuje jeszcze soundtracku – klasyka niemalże każdego gatunku – Nas, Nat King Cole, Czesław Niemen (ale nie oszukujmy się – i tak przez większość czasu słucham The Beatles).

Starsi dżentelmeni witający się z kelnerami uściskiem dłoni,

włoska knajpa z białym obrusem,

mężczyźni z grubymi siwymi włosami przytrzymywanymi do tyłu czarnymi Ray Ban Wayfarer,

kobiety w czarnych sukienkach w białe groszki,

panowie w jasnych ubraniach – garderoba letnia ma się rozumieć,

smaki południa, kuchnia tajska, wietnamska, burgery,

piękni dwudziestoletni

A nie tak daleko, zaraz za rogiem jak się skręci w prawo, jest niewielkie mieszkanie na trzecim piętrze, a w nim rosół z kaczki pyrka na małym gazie, miska owoców w zasięgu ręki, fioletowe hortensje, mrożona kawa i bazylia.

comments 2

Zapisane

Przeczytałam raz o tym, że można oszczędzać wodę w kuchni, jeżeli wodę po gotowaniu ryżu czy makaronu wykorzystamy do podlewania kwiatów. Tak też postanowiłam uczynić, jako że jem makaron praktycznie codziennie. Wskutek tego umarł mi hibiskus, asparagus pożołkł nieprzyjemnie, a temu, co nie wiem jak się nazywa, ale ma jedna dlugą nogę – po kolei odpadają liście. Żółkną i odpadają.

My tu gadu-gadu, a zleciał styczeń. Styczeń pod znakiem dobrego samopoczucia, co może brzmi dziwnie w ustach dwudziestoparolatki, twenty-something jak to się modnie mawia ostatnimi czasy, ale skoro się cierpi na niedobór zelaza i inne tego typu zabawy to chyba można.

Czytalam glownie czasopisma i książki, których nakupowałam bedąc w Polsce. Zawsze przeceniam moje możliwosci przerobowe. A także ilość czasu, jaki spędzam nie w Polsce. W rezultacie mam w domu kilka dumnych stosików rzeczy do czytania, nowe wciąż przychodzą, a ja nie nadążam. Z okazji zapłacenia kartą kredytowa w internecie dostałam dwutygodniową prenumeratę Leipziger Volkszeitung – która sama w sobie nie zaskakuje, ale fakt, ze dostarczają ją przed 6:30 rano, już tak,

raz w tygodniu grubaśny die Zeit, którego naprawdę nie jestem w stanie przeczytać do następnego czwartku,

cyfrowa prenumerata Wyborczej, ktora należałoby codziennie odbębnić, a już na pewno w weekend – wysokie obcasy i magazyn świąteczny. Ostatnio natrafiłam na magazyn Pismo, który wypróbowałam internetowo i który mnie wcale zaintrygował. Zastanowię się nad prenumeratą.

Podczas podróży pociągiem, już daleko na północy, zaskoczył nas:

śnieg, któryż to znowu zniknął za kilkanaście kilometrów

brak mleka w bordbistro, wiec piliśmy czarną kawę z filtra

W Niemczech wszędzie jest kawa z filtra. Ta prostota w podstawowym zaspokajaniu potrzeb. W pracy we wspólnej kuchni kawa będzie smakowała tak samo jak w kawiarence czy piekarni za rogiem. Żadnego puszenia się i lansu, po prostu kawa z samego rana, która z reguły nie kosztuje więcej niż dwa euro.

comment 0

Stan Smith w Paryżu

Mija właśnie mój ulubiony miesiąc, a ja jestem chora. Przez ostatnie dwa tygodnie snułam się z bólem gardła tłumacząc sobie to pogoda i ze  i że tego ulubionego swetra z półgolfem może jednak nie powinnam nosić, bo szyja odkrytaKupiłam sobie nawet z tej okazji szalik, gdy jednego dnia było mi zimno na mieście. Ech, zimą uruchamiają mi się dziwne instynkty przetrwania i jak tylko zrobi mi się zimno, mam ochotę naubierac się w najgrubsze rzeczy jakie mam, a jak jestem akurat na mieściemuszę coś ciepłego jak najszybciej zdobyć! Najlepiej kupićZimą wydaję dużo pieniędzy.

Tydzień temu byliśmy w ParyżuRomantyczna jesienna wycieczka,

z okazji urodzin,

z okazji odbywającej się tam konferencji

i bo Paryżowi się nie odmawia.

Udaliśmy się tam o dziwo pociągiemPodróż zajęła niecałe 7 godzin, co jest o tyle zaskakująceżepodróż stąd do Swino trwa tyle samo. To znaczy – teoretycznie sześć i pół godziny, ale wiadomo, jak bywa. Wcześniej byłam już raz w Paryżu i zaliczyłam, jak się wydajeobowiązkowe punkty: muzeum w Luwrze, Notre Dame, muzeum Picasso, wieże Eiffla, bazylikę Sacre Coeur, kupiłam pseudoartystyczne obrazki od artystów-nieartystow w Montmartre, Pola Elizejskie i Łuk Triumfalny. Więcej grzechów nie pamiętamale mam poczucie, że ten kto odstał 2,5 godziny w kolejce do muzeum ten naprawdę był w Paryżu. Mi było to dane we wspomnianym muzeum Picasso, za nami para Amerykanow, zupełnie jak w filmie Woody´ego Allena, rozmawiali rozemocjonowani o safari w Afryce i o córcektóra chce się przeprowadzić do south of France.

She loved it there, she really did.

(Da radę bardziej cliche?)

Tym razem postawiłam bardziej na szwedanie się i odkrywanie miasta takim powolnym tempem. Zatrzymaliśmy się w małym, obskurnym hotelu w 9 arrondissement. Okolica sama w sobie była całkiem przyjemnanazwalibyśmy  chyba hipsterska. Jedna obok drugiej ciesnily się małe knajpki – a to wietnamska zupa pho, a to te modne bowls (czyli barwnie upstrzone jedzenie podawane w miskach, spotykane też pod nazwą surówka, jak sądzę), modne kawiarnie ze skrzynkami po jabłkach na ścianach jako regał. Wiecie o co chodzi, takie modne knajpy, które stawiają też na design i instagrammability (jest takie słowo, czy właśnie wymyśliłam?). Takich, jakich pełno jest w Poznaniu ostatnimi czasy.

Zaskoczyło mnie to, wszak myślałamże co jak co, ale Paryż klasycznym bistro na rogu stoi i nie bawi się w nowoczesne hotdogi i bóg wie co jeszcze. Jak się okazuje, jest i na to miejsce.

Największy ból miasta nad Sekwana: herbata kosztuje wszędzie 4,5€. W tej pokaźnej cenie otrzymujemy mała filiżankę, nieco większą niż ta od espresso, przysięgam, oraz saszetkę wybornej herbaty Lipton. Do tego mały metalowy dzbanuszek z ciepłą, bo przecież nawet nie gorącąwodąMówię, bo wiem, zmagałam się z bólem gardła przez te cztery dni i niczego nie pragnęłambardziej niż gorącej herbaty, więc piłam ja dosłownie wszędziePrzepuścilam majątek na herbatęktórej napiłam się łącznie może z dwa litry.

Z innych jedzeniowych rzeczy: mule z frytkami (które wcale nie były lepsze niż ta sama potrawa we francuskiej knajpie we Frankfurcie, aha), zupa cebulowaślimakiłosoś w sosie ziołowymduże ilości bagietki (które smakują jednak o niebo lepiej niżgdziekolwiek indziej), jajka na miękko z czerstwym chlebem na śniadanie, quiche lorraine. Z pierwszych razówślimakiSkoro jużjesteśmy, to zamówimy! A potem głowiliśmy się paręnaście minut jak by to zjeśćŚlimaki podawane  wszak na takiej śmiesznejtacce, która ma wgłębienia na owe, w środku pływa sobie roztopione ziołowe masełko, do tego szczypce i łyżka. Wykminilismy, że szczypcami się je przytrzymujeżeby nie uciekły, a łyżką wydłubuje i je. Stąd te sceny w niektórych filmach, gdzie ślimakiprzelatują przez pół sali i uderzają kogoś po przeciwnej stronie sali w głowę. Chyba, że to nie ślimaki tylko ostrygi? Moim zadaniem było wyjadanie masełka bagietką. Najlepiej.

Na zwieńczenie wycieczki tybetańska knajpkaktóra oprócz tegoże była miło egzotyczna, bo co jak co, tybetańskiej knajpy jeszcze nie widziałam na oczy, nie zachwyciła jedzieniem. Choć mieli dobrą herbatę z mlekiem i przyprawami korzennymi. W pobliżu tej knajpy znajdował się Bataclan, a było to dokładnie 13 listopada, w drugą rocznicę zamachówUdaliśmy się tam więc, bo jakże by nie, przed wejściem stała tablica pamiątkowa, na której wygrawerowane były nazwiska ofiar, dużo świeczek i innych ludzi w skupieniu. W tym momencie, gdy zobaczyłam to na własne oczy dotarło do mnie, że to się wydarzyło naprawdę i naprawdętutaj. Że z tej oddalonej o 10m stacji metra wysiadali ludzie tego wieczoru i weszli przez te drzwi na koncert, z którego już nie wyszli. Że obok w knajpie na rogu siedzieli ludzie i słyszeli i spanikowali i…

Weekend był chłodny i wyjątkowo nieprzyjemny na zwiedzanie i spacerowanie. Napotkane kobiety, nazwijmy je roboczo Paryżankamichociaż wiecie o co chodzi, stawiają styl ponad zdrowie czy ciepło, bo było naprawdę mega zimno, a tam rozpiętepłaszcze (bo wiadomo, że lepiej wygląda), spodnie popodwijane tuż nad kostką, balerinki i inne płaskie obuwie. Czapki nie spotkasz, wielkich wełnianych rękawic też raczej nie. Obowiązkowe obuwie to sneakersy Stan Smith, te białe z zielonym językiem i bodaj podeszwa. To je musisz nosić wystarczająco długo  będą wyglądały na stare i broń Boże nie prać, nie czyścić, nie dbaćZestawiać z absolutnie wszystkim, jakby to były najklasyczniejsze na świecie czarne botki, szpilki lub cokolwiek. Nieważne, tiul, garnitur, perły – stan smith brudny jest.

comment 0

Poniedziałek, wrzesień

Wrzesień to zawsze świeży oddech, powiew świeżego powietrza, nowy początek. Słońce ma ten specyficzny odcień, dni robią się krótsze, a my staramy się zatrzymać w głowie myśli z urlopu i po prostu ten wakacyjny stan umysłu.

Ja wczoraj wypiłam bodaj dwa litry herbaty z miodem, więc chyba było to moje oficjalne pożegnanie lata.

Przyszły też zmiany w pracy – znów studiuję! Pracuję tylko trzy dni w tygodniu, a przez pozostałe dwa dni i część weekendu, jeśli zdołam coś z niego uszczknąć, będę pisać moją pracę magisterską. Przez ostatni rok byłam nastawiona na tak zwaną karierę, bo na uczelni miałam pozdawane wszystkie prace i pozostała mi tylko i wyłącznie praca magisterska do napisania. W międzyczasie natrafiła się oferta pracy, z której korzystałam. Praca ta dawała mi dużo satysfakcji i wcale nikt się nie pytał o mój dyplom, w związku z czym zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle kończyć te studia. Doszłam jednak do wniosku, że teraz akurat rzeczywiście nikt nie pytał o dyplom, bo jestem młoda i w ogóle, ale studiuje się też po to, żeby mieć pracę w wieku 40 i 50, i 60 lat, czyż nie? Także.

Dziś zbudziłam się dokładnie o tej godzinie, o której co dzień odjeżdża mój pociąg do pracy. Tym przyjemniej zapadłam się w łóżku, jeszcze trochę poleżeć… A potem zrobić sobie kawy. Na spokojnie, z ciepłym mlekiem. Nie na szybko, french press pomiędzy ubieraniem butów, a myciem zębów. Szybki chlust do kubka na wynos. Największym luksusem jest dla mnie obecnie to, że mogę rano normalnie się wyszykować. To znaczy mam te 15 minut na śniadanie, które jem siadając przy stole. Wypijam ciepły napój, myję zęby, maluję się trochę. Potem pracuję.

To znaczy taki jest plan.

Słucham porannego programu Trójki do końca – to jest luksus!

Ostatnio kupiliśmy nową kanapę i z rozbawieniem obserwuję, jak wraz z nowym meblem zmieniają się przyzwyczajenia. Przez tych kilka dni przeczytałam o wiele więcej stron książki niż kiedykolwiek! Wcześniej nie czytałam w domu, najczęściej tylko w podróży. W domu nie było się jakoś gdzie usadowić. Mieliśmy kanapę typowo studencką, nie była ładna, była tania, można było na niej siedzieć, a nawet spać. Największym jej mankamentem był brak oparcia, a jak tu czytać książkę, gdy oparcia brak?!

W weekend zasiadałam mościwie na kanapie i czytałam. Aktualnie “Mistrza i Małgorzatę”. Kupiłam ją przy okazji jakiejś promocji, nowy przekład, wydanie z zeszłego roku. Pomyślałam, że to taki klasyk literatury, że trzeba go po prostu mieć na półce. To taka bardzo jesienna książka, więc w sam raz na teraz. Nie wyobrażam sobie czytać Bułhakowa na plaży przy trzydziestu stopniach. Albo na działce, gdy sąsiad obok puszcza radio Jedynkę na cały regulator. Bułhakow wymaga herbaty w filiżance, pledu w kratę, podkolanówek i czarnego manicuru.

W weekend byliśmy na ryneczku na zakupach – wydaliśmy niedużo, a mamy wykwintne jedzenie dobrej jakości kupione u lokalnych producentów na cały tydzień. Kupiliśmy sery – dwa rodzaje gorgonzoli, ser kozi (który ostatnio uwielbiam, szczególnie z miodem lub konfiturą) i gruyere. Następnie u pani Greczynki nadziewane papryczki ostre i półostre, marynowany bakłażan i najlepsze na świecie serki z dużą ilością papryki i jeszcze większą ilością czosnku. Na zwieńczenie owoce i warzywa u pani – wzięłam też malinki i jagody, bo spojrzałam na nie tak z rozrzewnieniem i pomyślałam, że to może ostatnie w tym roku i jaka szkoda. Cieszy mnie też to, że jest sezon na lilie. Lilie to moje (nasze) ulubione kwiaty.

comment 0

Anse

Zimno się zrobiło. Wrzesień przyszedł trochę za szybko. Na ryneczku pojawiły się pierwsze wrzosy, a pomidory nadal takie dobre. Czy to trochę nie za wcześnie na wrzosy? Nie za późno na pomidory?

Ten czas, popołudniem, gdzieś pomiędzy szesnastą a siedemnastą – wtedy mogłabym zmieniać świat! Wtedy nie mam co prawda energii, ale tyle pomysłów! Tyle planów i przedsięwzięć! Kiedy mój mózg dotarł do domu po pracy i jest gotów skupić się na czymś innym. Na przykład na myślach o kolejnym dniu w pracy.

Śmieszne w języku polskim jest to, że słowo “pani” to właściwie synonim słowa “nauczycielka”. Czy to nie kuriozum? Że stereotyp gender jest tak silnie zakorzeniony w języku. Przez cały okres mojej edukacji używałam tego terminu, a owszem, i nawet się nie zastanawiałam. Zastanowiłam się nad tym głębiej dopiero gdy zaczęłam niejako nauczać polskiego (ha ha). Julian mówił zawsze nauczycielka, bo wszak jest to ekwiwalent niemieckiego Lehrerin, a mi to dziwnie brzmiało – nie no, przecież się mówi pani. 

W języku arabskim istnieje słowo anse. Nie mam, niestety, pojęcia, jak się je pisze, a Google Translate mi za bardzo nie pomaga. Można go w każdym razie użyć w znaczeniu nauczycielka, ale też podobnie jak francuskie mademoiselle. Myślę, że polskim odpowiednikiem byłoby słowo pani. Niektórzy z moich uczniów (to też śmieszne słowo, jak mówi się inaczej, jeżeli uczy się dorosłych? kursanci?) zwraca się tak do mnie, jak już trochę lepiej się znamy.

Anse, ich habe eine Frage…

Tschüss, Anse. 

Anse można by też powiedzieć na ulicy do nieznanej nam bliżej młodej kobiety, pytając, dajmy na to, o godzinę lub sprzedawczyni w sklepie.

 

comment 0

O tym, jak rządzi mną konsumpcjonizm

Czasami łapię się na tym, że popołudniu odpoczywając po pracy, w myślach kiełkuje myśl, że oto jeszcze muszę coś zrobić – na przykład skoczyć do miasta, żeby wejść do tego jednego domu towarowego, który prowadzi Burt’s Bees i kupić sobie ich krem do rąk z mleczkiem migdałowym, bo kosztuje 11,99€ i zawsze mi było na niego szkoda pieniędzy, a teraz bym zaszalała, a co tam.

I koniec z odpoczywaniem. Głowa zajęta czymś innym, książka zapauzowana, palec wetknięty między strony, resztkami koncentracji obliczam, ile zostało mi jeszcze czasu drzemki (jakby co najmniej była jakaś granica)…

Wszystko bez sensu.

Wczoraj wieczorem wróciłam z pięknego weekendu we Frankfurcie. Pogoda nie była piękna, Frankfurt też nie, ale weekend jak najbardziej. Dwa i pół dnia. Jako że to stąd nie aż tak daleko byłam o 17 już na miejscu i mogłam rozkoszować się weekendem, podczas gdy pozostali wydawali się dopiero przeć w stronę dworca i weekendu. Z całego pobytu najbardziej podobała mi się francuska restauracja, którą odwiedziliśmy w sobotę wieczorem, nazywa się Maachanz i jest boska. To knajpa z prawdziwego zdarzenia, z lekko starym wystrojem, prawdziwa restauracja z sercem, pysznym jedzeniem, kelnerem z wąsem i białej koszuli, co rusz uchylał rąbka tajemnicy i z rękawa sypał przepisami na odtworzenie zjedzonych dań w domu – przyrządzając mule w żadnym wypadku nie dodawać czosnku! Wszystko tylko nie czosnek! Białe wino, masło, tymianek, szalotki, ale nie czosnek! Na sam koniec dużo pietruszki.

Dzisiaj, ciężko niewyspana, i z myślami gdzieś w okolicach niedzielnego poranka, posnułam się po pracy do rzekomej tej jednej galerii, aby wspomniany krem do rąk kupić. Nie mogłam się zdecydować, więc wzięłam obydwa. Były jeszcze nowe szminki nawilżające w pięknych kolorach i równie pięknych nazwach, więc też wzięłam. No i klasyczną pomadkę ochronną także, bo jakże by mogło jej zabraknąć. Przy kasie okazało się, że wcale nie mam na koncie wystarczającej sumy pieniędzy, bo na weekend za bardzo zaszalałam i bęc!

Na pocieszenie obok znajdował się bankomat, a ja miałam pieniądze na koncie oszczędnościowym, więc postanowiłam je sobie od razu przelać. Coś nie zadziałało, nie udało mi się dokonać transakcji, więc postanowiłam szukać bankomatu. Przeleciałam przez pół centrum w poszukiwaniu bankomatu aż mnie ocuciło i dotarło do mnie, co tak właściwie robię. Latałam po mieście bez obiadu, zmęczona, niewyspana i z zalążkami przeziębienia, bo chciałam sobie kupić kosmetyki, które wcisnęłabym do mojej i tak już przepełnionej kosmetyczki.

Morał z tej historii jest taki, że rządzi mną konsumpcjonizm i cała moja lektura i przemyślenia na temat minimalizmu się opłaciły. Kremu nie kupiłam i nie zamierzam. Dziękuję bardzo.

comment 0

Lekcja minimalizmu w Świnoujściu

A właściwie przyspieszony kurs minimalizmu. Nie chodzi nawet o Świnoujście samo w sobie, jakoby to ono minimalizmem stało (broń Boże…), chodzi bardziej o wyjazdy wszelakie.

Jestem na takim etapie, że wakacjami nazywam odwiedziny u rodziców, co się jeszcze załapuje na wakacje, bo to wystarczająco daleko, więc bite sześć godzin pociągiem trzeba jechać, no i mieszkają w Świnoujściu, więc w miejscowości, gdzie większość ludzi spędza urlop z prawdziwego zdarzenia i za ciężkie pieniądze. Spakowałam w walizkę same letnie rzeczy. Oczywiście, wiem jaka tu jest pogoda i upału trzydziestostopniowego doświadczyłam tu może raz, ale lato i urlop i spacer po plaży, a działka, hamak, balkon i książka. Świnoujście przywitało mnie deszczem, wiatrem, termometr wskazywał w porywach raptem 15 stopni, ja w walizce jedne dżinsy i jedna marynarka. A gdzie moje kreacje? Gdzie moje misternie dobierane boxy cropped shirt do długich spódnic? Gdzie te klapki i sandałki z korka? Otóż. Po co. Na wakacje równie dobrze można spakować dosłownie dwa komplety ubrań, dwa outfity: raz to, co ma się na sobie i drugi outfit na zmianę. Tym bardziej jeśli odwiedzamy rodzinę to zawsze możemy też coś pożyczyć. Ja na przykład zapomniałam bielizny, więc najpierw kupiłam sobie set bawełnianych majtek w Kauflandzie, a w chwilach zwątpienia wspomagam się kolekcją mojej mamy.

Czy to fu? Nie sądzę.

Jeżeli można pożyczyć bieliznę, to tym bardziej można pożyczyć bluzkę, sweter lub ciepłą kurtkę.

Po co pakować całą walizkę ubrań? Żeby mieć więcej do wyboru? Hmm…

Lato to taka pora roku, kiedy zawsze kupuję więcej ubrań. Na lato jest więcej możliwości, letnie ubrania mają różne długości, wzory, kształty. Latem można bawić się modą. Także ze względów praktycznych trzeba mieć nieco więcej ubrań – szybciej się pocimy, a więc trzeba je więcej prać, to znaczy z kolei, że się szybciej zużywają i tak dalej.

Po co to na co, jak mawia klasyk? Większość ubrań leży w mojej walizce nieużywanych i pewnie ich nie ubiorę ani razu. Zapakowałam się w dużą walizkę, bo przecież tyle ubrań, a tylko jeden ciepły sweter.

Zapamiętać sobie: następnym razem zabrać jeden outfit (ewentualnie dwa, w zależności od długości wyjazdu) i nie zawracać sobie głowy pierdołami. Dziękuję.