comment 0

Detoks szafy – wrażenia

Jakiś czas temu postanowiłam pozbyć się z mojej szafy poliestrowych ubrań. Nie chodziło nawet o wszystkie sztuczne włókna, tylko poliester. Ten okropny poliester, którego tumany znajdziemy w każdej sieciówce na wyprzedaży. Jestem zdania, że poliester jest w modzie zdecydowanie nadużywany. O ile można zrozumieć jego zastosowanie przy produkcji wszelkiego rodzaju tapicerki, namiotów, odzieży outdoorowej itp., tak ciężko zrozumieć jego wszechobecność w modzie codziennej na każdą porę roku – od kostiumów kąpielowych, przez zwiewne bluzki, po swetry i dżinsy.

W tamtym okresie borykałam się z problemami skórnymi. Swędzenie, podrażnienie, wrażliwość, wysypki. Wtedy zaczęłam się też interesować materiałami i jakością ubrań, więc było dla mnie oczywistym, że to wina poliestru. Zawsze preferowałam mieć skromną ilość ubrań, więc z małymi wyjątkami nosiłam te same ubrania przez okrągły rok.

Mimo że przez cały ten czas uważałam się w pewnym sensie za minimalistkę i byłam przekonana, że świadomie konsumuję i wydaję pieniądze, chodziłam przez cały ten czas na zakupy i kupowałam nowe rzeczy, oczywiście byle bez poliestru. W międzyczasie przydarzyło się wesele, na którym miałam być świadkiem. Będąc świadomą konsumentką powzięłam zamiar, żeby nie wydawać ciężkich pieniędzy, którą raczej rzadko będę miała okazję ubrać, rozejrzałam się więc na DaWanda. Jedynymi wymogami była długość midi i kolor. Znalazłam więc czerwoną sukienkę, bez rękawów, odcinaną w talii, z koła, modelowo co prawda krótszą, ale na zamówienie można było zamówić inną długość. Materiał 100% bawełna. Stwierdziłam, że jeśli ślub jest w kwietniu to raczej będzie ciepło, a raczej nie będzie mi się uśmiechało spędzić pół dnia i pół nocy owinięta lateksem, nylonem czy innym poliamidem. Rozochocona zamówiłam sukienkę, która okazała się katastrofą, bo talia była w zupełnie innym miejscu niż u mnie. Ten krój do kolan chyba też był nie z przypadku, bo przedłużona wyglądała strasznie ciężko. No i ten materiał… 100% bawełny to oczywiście przyjemny materiał, ale na t-shirt, bieliznę lub pościel. Nawet najzwyklejsze majtki mają często domieszkę elastanu. Dżinsy są też rzadko ze stuprocentowej bawełny. Miała być to sukienka na specjalną okazję, gdzie warto wyglądać dobrze z każdej strony. Ta sukienka gniotła się niemiłosiernie przy każdym ruchu. Strach było w niej usiąść. Przez ogromne fałdy materiału nie można było jej nawet dobrze doprasować. Hmmm…

Musiałam oczywiście kupić drugą sukienkę. Znalazłam zwykłą acz elegancką szarą sukienkę, która wyglądała zadziwiająco dobrze na wieszaku. Okazało się, że to poliester z domieszką innych materiałów. Sukienka, która w ogóle się nie gniotła, a kontrafałdy zostawały na miejscu. Na dobrą sprawę można by ją było nawet wyprać w pralce. Poszłam oczywiście w tej sukience. Zostałam z czerwoną bawełnianą sukienką midi, której na dobrą sprawę nie mogę nosić nawet latem, bo talia jest w złym miejscu, a na dodatek jest ona za szeroka. Wyobrażałam sobie ją już latem z brązowymi sandałami, jakąś luźną torebką, okulary muchy, pasek… Ale nie wiem. W tej chwili zajmuje mi ona całkiem sporo miejsca w szafie, wala się po ziemi, bo jest dosyć długa i nie mam wcale ochoty jej wyjąć i nałożyć. Zdecydowanie nieudany zakup.

Także w kategorii ubrań codziennych oczyściłam moją szafę z poliestru. Nabywałam białe i niebieskie koszule wiskozowe. Białe zwiewne bluzki, też z wiskozy. Bluzki lniane i z konopii. Koszule wiskozowe w ogóle się nie przyjęły, bo strasznie się gniotły. Nie prały się też za dobrze, bo po każdym praniu materiał był jeszcze bardziej podatny na gniecenie. Prawdopodobnie jest wiskoza różnego gatunku, ale znam się na tym i nie wiem, jak ją rozpoznać. Niektóre wiskozowe bluzki najzwyczajniej w świecie się skurczyły i są mi o wiele za ciasne w biuście, a przede wszystkich w ramionach.

Jakiś miesiąc temu przeprosiłam się z poliestrem i dodatkiem sztucznych materiałów. Kupiłam czarną zimową sukienkę do noszenia “na coś”. Ma ok. 50% poliestru, reszta domieszka materiałów. Trzyma fason i nie mam obaw wrzucić ją do pralki. Kupiłam też dwie poliestrowe bluzki koszulowe, bo miały wyjątkowo przyjemny poliester. Kupiłam je w domu towarowym na wyprzedaży zwyczajowo dość drogich marek. Materiał jest bardzo przyjemny w dotyku, dobrze czuje się na skórze. Dlaczego nie?

Zrozumiałam, że są ubrania na każdą porę roku. Nawet jeśli baza pozostaje ta sama, to zmieniają się poszczególne elementy. Tak samo jak wełnianego swetra czy płaszcza nie ubierzemy raczej latem, tak samo poliestrowe koszule możemy schować w bezpieczne miejsce, gdzie przeczekają do następnej zimy. Są też ubrania na różne okazje. Jeżeli sytuacja wymaga od nas elegancji to nie ubierzemy raczej lnianej bluzki, choćbyśmy i były zagorzałymi zwolenniczkami lnu.

Moje problemy skórne rozwiązały się w momencie, gdy w końcu – po dobrych kilku latach stosowanie tylko mydła do mycia się, rezygnacji z mleczka do ciała będąc przekonaną, że to ono wysusza, bo pełne jest sztucznych składników – wysypka, zaczerwienienie i swędzenie dotarły na twarz, co mnie bardzo szybko wygoniło do dermatologa i okazało się, że mam egzemę. Dostałam maść, moja skóra się poprawiła, jednak ten stan często wraca. Cóż. Oczyszczenie mojej szafy z poliestru na pewno nie zaszkodziło mojej skórze. W dalszym ciągu preferuję materiał naturalny, który jest przyjazny dla skóry i dla środowiska, ale już nie demonizuję poliestru.

 

comment 0

Luty

Moment, w którym przypominam sobie o blogu to moment absolutnego relaksu i wewnętrznego balansu. Oznacza to, że zrobiłam już wszystko, co miałam zrobić. Wywietrzyłam, zdjęłam pościel, wstawiłam pranie, podlałam i wykąpałam kwiaty, wstawiłam rosół, posegregowałam ubrania w szafie, odkurzyłam, także pod łóżkiem, włączyłam zmywarkę. Teraz siedzę na kanapie, a godzina jeszcze młoda. Jest piękny dzień, świeci słońce. Pozakręcałam grzejniki, bo to zbyt gorące powietrze aż nie pasuje do tego słońca. Siedzę na kanapie, bo doszłam do wniosku, że tego mebla praktycznie nie używam. Lata przyzwyczajeń – mój mały pokój u rodziców, gdzie za kanapę i łóżko robił jeden i ten sam mebel, różne, mniejsze i większe pokoje studenckie – tak samo: szczytem luksusu było nieco wygodniejsze krzesło, które z kolei robiło za krzesło biurowe i fotel. I wieszak oczywiście, wiadomo.

Teraz mam pokój, tak zwany duży pokój, w którym znajduje się kanapa, fotel i krzesło biurowe! Mam też drugi pokój, w którym stoi łóżko, na którym mogę leżeć w poprzek i przeturlać się z jednego brzegu na drugi cztery razy. Przetestowałam. Przez długi czas po przeprowadzce, spędzałam czas tylko na łóżku. Potem postanowiłam wypędzić się z sypialni i zamontowałam tam słabsze światło. Lampa, która jest bardziej ozdobna niż praktyczna. Kupiliśmy ją na targu rękodzieła. Oświetla cały pokój ciepłożółtym światłem, ale nie wystarczająco, żeby móc przy niej czytać albo robić cokolwiek innego. Przyzwyczajam się do spędzania czasu w dużym pokoju. Więc siedzę na kanapie. Na ulicy za oknem zaczyna się popołudniowy ruch, ludzie wracają z pracy. Piesi czmychają przez ulicę, odbijając się od skupionych koło siebie knajpek i bistro – kurczak, chińczyk, pizza, kebab, pasta. A ja siedzę.

Jestem na zwolnieniu lekarskim. Dopadło mnie dziwne zmęczenie i brak motywacji. Ból gardła, który ostatnio przytrafił mi się w grudniu, nieznośnie akurat przed świętami i straciłam głos. Nie potrafiłam wykrzesać z siebie najmniejszej ochoty, żeby przygotować lekcję. Biłam się potem w pozycji leżącej z myślami, czy jednak się zmobilizować i pójść do pracy, czy chorować. Dziś rano poszłam do lekarza i jestem na zwolnieniu do piątku.

To dziwne zjawisko pracować na etacie. To niby normalne. Normalne według pewnych społecznych standardów. Jestem chora, nie pracuję. Mam prawo do chorowania, odpoczynku itd. Ta normalność dotyczy uczniów, studentów i młodych ludzi zatrudnionych na różnego rodzaju umowach, tylko w małym stopniu bądź w ogóle. Ile razy trzeba było zdawać egzamin, przygotowywać referat, a potem go wygłaszać będąc przeziębionym? A w szkole z gorączką doczekać do końca dnia? Ile razy byłam chora i, owszem, nie musiałam wtedy pracować, ale nie dostawałam też pieniędzy? Wystarczająco.

Tym bardziej zupełnie nowym zjawiskiem jest dla mnie zwolnienie lekarskie. Bo od bólu gardła się przecież nie umiera. Mogłabym zmobilizować się wczesnym rankiem, wyruszyć do pracy, stać tam z nabrzmiałymi migdałami, bólem przy przełykaniu. Skserować ćwiczenie 24 razy, rozdać, krótko wytłumaczyć zadanie, dać 10 minut czasu, a potem sprawdzić. Mogłabym przeprowadzić bardzo średnie zajęcia, byleby tylko odhaczyć, złożyć podpis pod listą obecności za kolejny dzień. Zdziwiłam się nieco, że nikt tego ode mnie nie wymaga. Chyba tylko ja sama od siebie, bo mimo, że jestem zwolniona do piątku i dostałam nawet antybiotyk, myślałam już, czy może by zostać w domu tylko jeden dzień, a potem jednak…

Luty minął tymczasem niespodziewanie. Poczyniłam skromne, malutkie kroczki w kierunku mojej pracy magisterskiej. Ze strony uniwersytetu okazało się, że muszę poprawić dwie prace semestralne, bo są za krótkie. Byliśmy w Świnoujściu na weekend. Krótko, bo tylko na weekend, a wydawało się, że sama podróż pociągiem była dłuższa niż sam pobyt tam. Załapaliśmy się na ładną pogodę, także sobotę spędziliśmy na działce i na plaży. Kupiliśmy też bilety do Madrytu, gdzie spędzamy tegoroczną Wielkanoc. Wszystko zapowiada się pięknie.

comment 0

Styczeń

Dzisiaj postanowiłam być produktywna. Skoro już urządziłam sobie w mieszkaniu miejsce do pracy z prawdziwego zdarzenia, na które składa się duże biurko, lampka biurowa, półka nad biurkiem zawierające wszystkie potrzebne szpargały, które należy mieć pod ręką, stary masywny dziurkacz znaleziony na pchlim targu, podręczny stolik na drukarkę i schowek na papier, to wypadałoby z niego też czasem korzystać. Do tego dochodzi jeszcze wywietrzony pokój, wygodne ubranie, butelka z wodą i szklanka soku, Trójka, zmywacz i lakier do paznokci. Nigdy równie intensywnie nie nachodzi mnie ochota na malowanie paznokci, jak wtedy, gdy właściwie muszę coś zrobić. Wtedy też najczęściej zabieram się za pisanie.

Styczeń dłużył się w nieskończoność. Zaczął się urlopem, kilka relaksujących dni spędzonych w Świnoujściu, a potem w domu. Przewspaniale było sobie tak właściwie pomieszkać w mieszkaniu. Gdy pracuję, funkcjonuję na dziwnym trybie, a w domu właściwie tylko śpię. Nie chodzi wcale o to, że tak długo pracuję, nie. Wstaję krótko po piątej, więc gdy wrócę z pracy jestem jeszcze/już zmęczona i dywaguję, czy opłaca się jeszcze się zdrzemnąć, czy lepiej odczekać te kilka godzin i pójść już spać na dobre. Nora. Tym bardziej w trakcie urlopu cudownie było pójść na spacer, kupić sobie czasopismo kulinarne (nawet jeśli jeszcze nie zdążyłam z niego nic ugotować), ugotować dwa przepisy z Kukbuk Zima (sukces!), wyspać się, posegregować szafę i zrobić sobie brwi. Ot, małe luksusy. Potem wróciłam do pracy z dużą dawką nowej energii, którą ponury i zimny styczeń mi systematycznie zabierał. Walczyłam z sennością, z kaprysami mojej skóry, wiecznym niedospaniem i niedoczasem. Z okazji nowego roku zafundowałam sobie też nową fryzurę z pełną grzywką, którą potem raz w tygodniu przycinałam nożyczkami fryzjerskimi z Rossmanna. Cotygodniowy beauty parlor we własnej łazience. W styczniu tylko trochę zajrzałam do mojej pracy magisterskiej, co mnie mimo wszystko cieszy, bo zawsze to krok w przód. W mieszkaniu zawitała do nas nowa lodówka! Wybrałam białą, bo wyobrażałam sobie, że będzie dobrze komponowała się z już obecnymi białymi meblami z drewnianym blatem. Lodówka okazała się jednak być bielsza niż meble… Co za dół. Jako że w tygodniu poza pracą czasu starcza mi ewentualnie na przeglądanie internetu. Rozejrzałam się na Etsy i nabyłam naklejki – czarne kropki – którymi dzisiaj przyozdobiłam lodówkę. Niby nic, a zwyczajna lodówka od razu nabrała rumieńców! Ostatni weekend miesiąca spędziliśmy w Hamburgu, gdzie odbywaliśmy krótkie odwiedziny. Raptem jeden dzień, nieco ponad 24 godziny, trzygodzinna podróż pociągiem, ciężko zimny wiatr w tamtejszym porcie, chowanie się po kawiarenkach i nerwowe kupowanie podkolanówek! Widzieliśmy nowo otwartą filharmonię, której budowa dłużyła się w nieskończoność. W przewodniku przeczytaliśmy, że koszty budowy z szacowanym 70 milionów eksplodowały na przyprawiające o zawrót głowy 786 milionów €!!!

W styczniu zaczytywałam się w Elle z przepiękną okładką (Zosia Wichłacz w czapce leninówce), Miasta wyśnione o koncepcjach architektonicznych, które kształtują naszą rzeczywistość (jeszcze nie skończyłam) i… licznych książkach do nauki niemieckiego na poziomie A2.

img_20170106_123041

Moja ulica.

img_20170106_1323472

Sąd.

img_20170108_085032img_20170108_124330

Zima – z okna i w parku, gdzie roiło się od bałwanów.

img_20170121_084727img_20170121_084738

img_20170121_084807img_20170121_084825

Widok z okna w sobotni poranek.

img_20170121_110200

W tle biblioteka Albertina.

img_20170128_145045img_20170128_145312img_20170128_145315

Hamburg – ratusz i przed ratuszem.

comment 0

Forum Romanum

W Świnoujściu na ulicy Konstytucji 3-go maja był sklep z artykułami do kąpieli i przeróżnymi kosmetykami zapachowymi – mydła, płyny do kąpieli, olejki, zapachowe saszetki do szafy. Wszystkie te zapachy mieszały się w jedną cudowną kakofonię. Woń. Pamiętam, że były wtedy akurat ferie zimowe, a ja chodziłam na tenisa. Wracając zachodziłam do tego sklepu, głównie po to, by powąchać. Sklep nazywał się Forum Romanum. Znalazłam w drogerii zapach kulek do kąpieli o takim samym zapachu. I wspominam ulicę Konstytucji w Świno.

Koniec.

comment 1

W nowym roku

Nowy rok,nowy oddech, nową kartkę rozpoczęłam już 31 grudnia, bo po co czekać do pierwszego? Wtedy zawsze długo się śpi, a gdy już po śniadaniu koło południa chwycę za kalendarz, mam wrażenie, że minęło już pół dnia.

W nowym roku chciałabym:

  • nauczyć się literackiego niemieckiego (poczytać Cień Wiatru po niemiecku)
  • mniej czasu spędzać w internecie przeglądająć kiepskiej jakośći kontekt
  • więcej czasu spędzać na świeżym powietrzu
  • popracować nad moim work-life balance

Dzisiaj czuję się jak nowonarodzony człowiek, bo świeci słońce, jest drugi dzień nowego roku, a ja nie jestem przeziębiona. Przez ostatni tydzień nękało mnie takie nieznośne przeziębienie, z okazji którego żaden lekarz nie wyśle cię na zwolnienie, żaden lek z apteki nie wyleczy tego w kilka dni, pani doktór nie chce przepisać antybiotyku, a tobie nie chce się żyć, tylko leżeć z zamkniętymi oczami i cicho pomrukiwać.

Jestem też człowiekiem na urlopie i tym bardziej cieszy mnie wolny czas niespędzony w pracy. Pierwszy raz jestem na ulropie z prawdziwego zdarzenia, o który musiałam pisać wniosek i który jest płatny. Najbardziej lubię sobie wyobrażać normalny dzień pracy i porównywać go z dzisiejszym. Dziś świeci słońce, a ja piję kawę w Świnoujściu – w normalny poniedziałek właśnie kończyłabym zajęcia i próbowała przekrzyczeć rozentuzjazmowany tłum dyktując zadanie domowe.

Nowy rok – zainwestowałam więc w kulturę:

  • płyta winylowa Hey Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! (z Biedronki!)
  • Kukbuk zima
  • Wysokie Obcasy Extra z Różdżką na okładce
  • “Zacznij kochać dizajn” Beaty Bochińskiej
  • “Miasta wyśnione. Siedem wizji urbanistycznych, które kształtują nasz świat” Wade Grahama
  • podwójne wydanie Madeleine Peyroux

Och, och. Jako że pierwszy raz wyjeżdżałam z mojego pięknego mieszkania, a nie z kwatery studenckiej, tęsknię, by do niego wrócić. Podlać kwiaty, zrobić pranie, zupę z mlekiem kokosowym, włączyć muzykę, poczytać w kuchni. Już niedługo. Tymczasem uskuteczniam dłuuuugie spacery po plaży i z powrotem promenadą.

 

comment 0

Sylwester

W tym roku pierwszy raz w życiu nie spędzałam świąt w lekko nerwowej atmosferze z rodzicami i babcią. Gdzie tradycja z karpiem i śledziem pod pierzynką wciśnięta była pomiędzy napięte grafiki, dniówki i nocki ze strony moich rodziców.

Tegoroczny sezon świąteczno-noworoczny obrodził w różne pierwsze razy. Pierwszy raz spędzaliśmy święta w naszym nowym mieszkaniu. Pierwszy raz gościliśmy rodzinę. Pierwszy raz nakryliśmy stół obrusem, być może to śmieszne. Pierwszy raz kupiliśmy i ubraliśmy choinkę. Pierwszy raz dekorowaliśmy wieniec suszonymi plastrami pomarańczy. Zabrzmiał Frank Sinatra. W oknie zawisła gwiazda.

Spędzałam święta w zgoła innej atmosferze niż zazwyczaj. Zupełnie nie czułam tych świąt, nie było w nich nic magicznego czy wzruszającego. To były po prostu wolne dni, podczas których cieszyłam się wolnym czasem. Nie gotowaliśmy za dużo. Dostałam od moich rodziców trzy paczki wypchane jedzeniem, słodyczami i prezentami. Pierwszy raz robiliśmy barszcz. Dumnie kisił się w kuchni trzy dni, smakował wybornie. Pyszny, bo własny. Do tego uszka i pierogi – ruskie i z kapustą i z grzybami. Ciasteczka, które piekliśmy już w listopadzie i cały grudzień. Pomarańcze, mandarynki i kawa.

Teraz zajechałam do Świnoujścia. Funkcjonuję na zwolnionych obrotach. Ratując się długimi spacerami i kawą, opieram się nieznośnym bólom głowy, które nękają mnie od dobrych kilku tygodni. Dzisiaj ostatni dzień w roku, a jednocześnie sobota, a więc dzień szczególny – jest Wyborcza i Wysokie Obcasy, są też Wysokie Obcasy Extra i Kukbuk Zima. Długi mroźny spacer, sporo okrojony ze względu na mróz. Plażę zostawiliśmy sobie na potem, bo chcemy późnym wieczorem tam podziwiać fajerwerki i doczekać do północy. Sielskość anielskość.

comment 0

Aleppo

W zeszłym tygodniu wojna Aleppo dotknęła mnie tak naprawdę.

Słowo uchodźcy lub niemieckie Flüchtlinge odmieniane jest od dobrych dwóch lat przez wszystkie przypadki, choć wojna w Syrii trwa od 2011 roku. Od kilku miesięcy uczę niemieckiego w kursach, których uczestniczy to w 99% Syryjczycy. Z początku były to dla mnie tylko słowa. Potem dołączyły do tego twarze, imiona, których z początku nie mogłam zapamiętać, bo zwyczajnie z niczym mi się nie kojarzyły. Z czasem osłuchałam się i wiem, które imię należy do kobiety, które do mężczyzny, podłapuję strzępy ich kultury. Kobiety wychodząc za mąż nie przyjmują nazwiska po mężu. Śledzę wiadomości na bieżąco i uważam się za zorientowaną osobę, toteż trudno było przeoczyć doniesienia z Syrii i Bliskiego Wschodu w ogóle.

Tydzień temu siedzimy na zajęciach. Była mniej więcej 10 rano. Robimy jakieś ćwiczenie z rozdziału o ubraniach i zakupach. Nagle zgłasza się jeden i ogłasza, że kuzyn tego drugiego właśnie zmarł. Zrobił krótką przerwę. W Aleppo. Dodał. Pytając tonem i spojrzeniem, czy ten drugi może pójść. Ja spojrzeniem i dziką gestykulacją mówię, że oczywiście, dobry Boże, co za pytanie.

Wieczorem słuchałam wiadomości w radiu, a tam: …w Aleppo trwają intensywne bombardowania… Gdzieś pomiędzy informacjami o świątecznej licytacji a reklamą o zniżkach w markecie z elektroniką. No i co, i nic.

A mnie w tym może i momencie ruszyło. Krótka wzmianka w serwisie informacyjnym wynikająca z dziennikarskiego obowiązku. Słyszana przez ludzi, którzy na tej skromnej informacji opierać będą swoje wywody pseudopolityczne przy kolacji, w korku i przy piwie.

A ja znam tych ludzi. Mam ich przed sobą codziennie. Całkiem dobrze się znamy i dogadujemy, o ile to oczywiście możliwe w kursie dla początkujących. I to jego rodzina. Ludzie, którzy porwali się na ucieczkę do Niemiec, podczas gdy rodzina została w Syrii gdzieś przy granicy z Irakiem. Dalsza rodzina mieszkająca w Syrii.

 

comment 0

Aktualności

Po trzech tygodniach przerwy wreszcie znów mamy internet.

Przeczytałam przez te trzy tygodnie całkiem sporo książek, obejrzałam kilka filmów, mniej kupowałam online. Moje poranki o 5 rano były też o wiele spokojniejsze, bo po prostu się szykowałam, szybko wciągałam miskę müsli i wychodziłam, nie sprawdzając nerwowo, czy pociąg ma spóźnienie.

Teraz czytam wszystkie zaległości, przede wszystkim artykuły na Wyborczej z trzech ostatnich tygodni.

Dziś kupiliśmy choinkę. Nigdy w życiu nie kupowałam choinki i była to dla mnie bardzo wyjątkowa chwila. Oczywiście obchodziłam święta, ale moi rodzice przez wiele lat mieli sztuczną choinkę, którą co roku w połowie grudnia wyciągaliśmy z piwnicy. W ostatnich latach pojawiła się choinka prawdziwa, ale dużo mniejsza i w doniczce, kupiona w supermarkecie. W tym roku dużo pierwszych razów – pierwszy raz świętujemy święta tak naprawdę razem, pierwszy raz w naszym nowym mieszkaniu, pierwszy raz kupowaliśmy choinkę. Julian podłapał bakcyla i piecze świąteczne ciasteczka – już trzeci raz w tym tygodniu. Jak tak dalej pójdzie do świąt, to nie będziemy mieli ich gdzie przechowywać, mimo że cały czas je podjadamy – na pierwsze śniadanie, drugie śniadanie i między posiłkami.

W dużym pokoju zagościł więc świerk mniej więcej mojego wzrostu, jakieś metr osiemdziesiąt. Tylko trochę grubszy. Najbardziej podoba mi się choinka sama w sobie, to znaczy nieprzystrojona, bo uważam, że w swojej formie jest wystarczająco strojna i nie potrzebuje dekoracji. Jako kompromis przystroiliśmy ją światełkami, szyszkami i pięcioma srebrnymi bombkami. Jest pięknie błogo. W oknie wisi też gwiazda, świeci na pomarańczowo i daje tak dużo światła, że oświetla niemal cały pokój. Pięknie widać ją też z zewnątrz. Pozostałe dekoracje świąteczne to dużo świec, w słoikach i przeróżnego rodzaju naczyniach szklanych. Jest też wieniec upleciony z gałązek, przystrojony suszonymi plastrami pomarańczy i workiem jutowym. Juta to taka przepiękna dekoracja, na święta najchętniej udekorowałabym tym cały dom. A potem uszyła jeszcze z tego ubrania!

Na kuchence bulgocze rosół, w drugim garnku curry z bakłażana. Uwielbiam potrawy jednogarnkowe, w dużych ilościach. Wrzucić wszystko do garnka, wstawić na gaz, wymieszać, w międzyczasie wypić herbatę i już. Robimy też creme du caramel i creme du citron.

Za tydzień spodziewamy się gości i nie mogę się doczekać. Tak bardzo cieszę się, że wreszcie mam mieszkanie, gdzie mogę gościć ludzi, ich przenocować, gdzie możemy przesiadywać przy winie i przegadywać całą noc.

Cierpię na brak książek do czytania. Dobrze, że już niedługo święta, może Mikołaj mi przyniesie nowe egzemplarze. Aktualnie czytam archiwa Wyborczej i Gazeta.pl.

 

 

comment 0

Pomieszkanie

Zaczęło już wczoraj wieczorem i nie chce ustać, nieprzerwanie siąpi nieznośny deszcz, który nie zmoczy zbytnio parasolki, ale powoduje ból głowy i ogólną senność. Ochotę na jeszcze jedną filiżankę kawy. Niewychodzenie z łóżka.

Wczoraj wieczorem, gdy już zakończyłam pierwszą rundę odsypiania całego tygodnia i wstawania o 5:15 ciemnym rankiem, poszliśmy posiedzieć do kawiarni Fleischerei, która jest na dole dosłownie po drugiej stronie ulicy. Takie przedłużenie naszego dużego pokoju. To całkiem przyjemna kawiarnia, z ładnym wystrojem. Fleischerei znaczy po niemiecku tyle co sklep mięsny, który się tam faktycznie wcześniej znajdował. Świadczą o tym chociażby kafle na ścianach, a także haki, na którym w sklepie wiesza się mięso i inne wyroby. Zamówiłam hiszpańskie wino z nutą wanilii i bagietkę z hummusem, który przy okazji był najlepszym, jaki do tej pory jadłam. Był tak mokry, a wcale nie smakował tanią oliwą z oliwek, miał bardzo wyrazisty smak sezamu. Pyszności.

Dzisiaj weekenduję w domu i od samego rana towarzyszy mi myśl, że ludzie w domach raczej mało mieszkają. Dom jest poniekąd wszystkim innym niż miejscem, gdzie można miło spędzać czas. Pracuję od poniedziałku do piątku. W domu jestem popołudniem, kiedy śpię lub tylko leżę i wieczorem. Teoretycznie dom nie ma kiedy się zabrudzić. Jednak w sobotę, pierwsze co po przebudzeniu, trzeba by się zabrać za sprzątanie. Przejechać wszystkie podłogi na mokro, w tym dwie specjalnym mleczkiem do pielęgnacji parkietu. Wstawić pranie, poprasować pranie wcześniejsze i ułożyć w szafie. Zrobić zakupy i wstawić obiad. Ugotować więcej, najlepiej zapasy i przetwory na kilka kolejnych dni. Wynieść śmieci, zanieść płaszcze do czyszczenia, a buty do naprawy. Wynieść stare ubrania i poznosić rzeczy do piwnicy. Jak się z tym wszystkim uporam to będzie popołudnie i znowu ciemno za oknem. Kiedy ma się czas dla siebie? Usiąść i pocieszyć się mieszkaniem? Pomyśleć, zastanowić się?

Ludzie mieszkają w pociągu i w kawiarniach. To w pociągu siedzi się (mniej więcej) beztrosko. to tam ma się czas na książkę, rozmowy telefoniczne, dużą kawę, drzemkę.  Podobnie w kawiarni. Tam odbywają się rozmowy w cztery oczy. To tam ludzie sprawiają sobie przyjemności, choćby te dla podniebienia. Tam  można zaszyć się z książka lub z gazetą.

A w domu? W domu zawsze będzie coś do zrobienia. Ściana, którą trzeba by odmalować. Jeszcze raz zamieść, wymienić żarówkę na energooszczędną, umyć okna.

Dzisiaj bardzo świadomie mieszkam.

Mimo że akurat mam co sprzątać i układać, bo przeprowadzka to nadal niezakończony temat. Znalazłoby się też coś do pomalowania. Planowałam nawet malowanie sypialni na kolor petrol (jak na opakowaniu kosmetyków Tołpa, co było dla mnie inspiracją, szczerze mówiąc), ale postanowiłam przełożyć to na następny weekend. Weekend, żeby pomieszkać.

comment 0

Jak wytłumaczyć Polskę

Nie myślałam długo nad tym wpisem i właściwie piszę go tak trochę z bomby. Przeczytałam właśnie wywiad z Filipem Springerem na temat jego najnowszej książki “Miasto Archipelag”. Wspomniał o tym, że w Polsce nie ma czegoś takiego jak decentralizacja urzędów, tak jak to robi się w innych państwach, Czechach, Szwecji, czy Niemczech. W Polsce każda kolejna duża instytucja powstaje w Warszawie lub jej okolicach. Z tego względu Polska to tylko Warszawa, a z drugiej strony Warszawa tak bardzo nie jest Polską. Żeby było jasne – w Warszawie nigdy nie byłam, ach, nie, byłam raz na dwa dni w Instytucie Goethego, a z miasta zobaczyłam tylko ulicę Chmielną, Nowy Świat i okolice Dworca Centralnego. Byłam dość zajęta, więc nie miałam okazji pozwiedzać i powłóczyć się na własną rękę. Jedyne, co mnie ciągnie do Warszawy, to liczne muzea, które oczywiście są tam – muzeum powstania warszawskiego, muzeum historii żydów polskich Polin, a w szczególności muzeum literatury, gdzie znajdują się rękopisy Agnieszki Osieckiej, którą uwielbiam.

Ta wzmianka o Niemczech, znowu mi się przypomniało. Czasami muszę objaśniać Polskę Julianowi. Właściwie nawzajem sobie objaśniamy oba kraje, Polskę i Niemcy. Nieuchronne porównania, ale bez pospolitego utyskiwania. Będąc w Polsce ma się zupełnie inną perspektywę na aktualne wydarzenia niż z perspektywy innego kraju. Bardziej docierają do mnie niektóre wiadomości, na zupełnie co innego zwracam uwagę. Odkąd tutaj mieszkam, nie mam telewizora, więc nie dociera do mnie żaden strumień nieustannych wiadomości z tvn24. Żadne dziwnie formułowane wiadomości. Czytam treści właściwie tylko w internecie, klikam na tytuły, które mnie interesują, to co mnie trapi i co mi wpadnie w oko. Telewizji polskiej już nie oglądam, telewizji niemieckiej nie oglądałam nigdy, więc klimaty niemieckie docierają do mnie również z gazet, które kupuję rzadko, prawie w ogóle lub z internetu. Miałam kiedyś krótką prenumeratę Die Zeit, czasem kupię gdzieś na dworcu Süddeutsche Zeitung, kiedy chcę się szczególnie dointelektualizować, ale denerwuje mnie szczerze format tych gazet, które są tutaj przeogromne. Można nimi dosłownie nakryć stół, a i tak poły makulatury będą zwisały aż do ziemi. Nie mogę czytać w takim stanie, więc preferuję internet.

Julian interesuje się Polską. Próbuje zrozumieć kraj, o którym nigdy nie miał pojęcia, bo tak na dobrą sprawę, kogo, kiedy i w jakim kontekście na arenie międzynarodowej interesowało tak stosunkowo małe państwo jak Polska? Jeżeli są wybory to rozmawiamy akurat o wyborach i o systemie wyborczym, który u nas jest przecież nieco inny niż w Niemczech. Rozmawiamy o partiach politycznych, dyskutujemy o najnowszych wydarzeniach czy wypowiedziach poszczególnych polityków, które cytowane są obszernie również w niemieckich mediach. Łapię się często na tym, że wielu rzeczy nie rozumiem, nigdy się nad nimi nie zastanawiałam. Nie do końca wiem, o co chodzi wszystkim partiom politycznym w Polsce, wiem tylko, że się nieustannie kłócą. Nie do końca wiem, jak funkcjonuje system emerytalny, jakie są ubezpieczenia, jakie formy zatrudnienia są korzystne, a które nie, wiem natomiast dobrze, jak to wygląda w Niemczech. Trochę mi z tym niezręcznie, bo jak to tak – w polskim ZUSie się nie orientuję, a w niemieckim tak? A ubezpieczenie zdrowotne? A przepisy prawne?

No, ale tak jest. Ja jestem akurat w tej sytuacji, że w dorosłe życie, także zawodowe wkraczałam w Niemczech. W Polsce mnie podatki, ubezpieczenia zdrowotne, ZUSy i inne takie rzeczy po prostu nie interesowały, bo większość robili za mnie moi rodzice, ja tylko od czasu do czasu musiałam dostarczyć jakieś zaświadczenie.

Aktualna debata na temat aborcji w Polsce, Czarny Protest, Czarny Poniedziałek i tego typu rzeczy… Rozmawiamy o tym wszystkim przy kuchennym stole, a Julian szczerze nie rozumie bądź nie dowierza. Ale jak, ale dlaczego, przecież to polskie prawo i tak jest jednym z najbardziej rygorystycznych na świecie… Oglądamy mapkę, gdzie kolorami oznaczone są kraje, gdzie aborcja jest możliwa, gdzie nie i w jakim stopniu.

Kredyty we frankach i oszustwa ze strony banków – niedawno pisałam na ten temat pracę semestralną, czy banki kłamały z lingwistycznego punktu widzenia. W Niemczech tak nie jest, tutaj coś takiego nie byłoby w ogóle możliwe.

Uchodźcy – bezsensowne pienienie się polskiego rządu i polskiego społeczeństwa. Obelgi pod adresem uchodźców, pod adresem Angeli Merkel, która zdecydowała się ich przyjąć, wulgaryzmy o wszach, syfie, epidemii itp, aż szkoda przytaczać.

Rynek najmu bądź jego brak w Polsce.

Opieka medyczna i chodzenie do lekarza prywatnie.

Opieka nad starszymi ludźmi i to, że są pozostawieni sami sobie.

Związki zawodowe.

Jednym z tych rzeczy, które naprawdę do mnie trafiają mieszkając w Niemczech, jest to, że tu na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być normalne. Politycy wprowadzają ustawy mające na celu chronić swoich obywateli lub ułatwiać im życie. Jeżeli ci obywatele potrzebują pomocy, także finansowej, państwo im ją oferuje. Zauważam to najbardziej w odniesieniu do polityki – politycy to wykształceni, inteligentni ludzie, którzy się ze sobą przede wszystkim nie kłócą. Oczywiście, obecny rząd nie ma 100% poparcia, ale kultura prowadzenia dialogu w tym kraju zaskakuje przede wszystkim tym, że w ogóle jest.

Chcąc nie chcąc śledzę też amerykańską politykę, choć nigdy nie rozumiem dlaczego europejskie media się tym tak bardzo ekscytują. Bardziej jestem zorientowana w wyborach prezydenckich w USA niż w tych w Polsce, o ile akurat są. Niemniej oglądałam ostatnio przemowę Michelle Obamy, w której to bez skrupułów krytykowała Donalda Trumpa, nie przebierając w słowach. Popłakałam się, jak często przy jej przemówieniach. Potem pomyślałam sobie, jakie to musi być piękne, móc żyć w kraju, w którym są normalni politycy, normalni ludzie, z którymi zgadzasz się w tym, co mówią i za czym się opowiadają. W ogóle mieć swojego kandydata… Obecnie śledzę więc amerykańską kampanię, niemiecką politykę w niedużej części i polską politykę w dużej mierze. Z tej polskiej docierają do mnie cytaty jak ten niedawny Kaczyńskiego – będziemy dążyć do tego, aby dzieci rodziły się… zdeformowane… ochrzcić… miały imię… pochować… Wzruszam się przy przemówieniach Michelle Obamy i płaczę z najczystszego żalu z rodzimej polityki.

Potem zasiadamy z Julianem wieczorem przy stole i chciałabym powiedzieć mu o tych słowach Kaczyńskiego. Ale sama ich nie rozumiem. Nie wiem, jak je przetrawić. Jak je ująć w słowa, co myśleć, jakie argumenty do tego dorobić. Nie mówię nic.